poniedziałek, 31 marca 2014

Fragment powieści "Kod Władzy": Rozdział 27 Góry Kaukazu, Azja



Pozornie w rozbitym u podnóża surowej góry obozowisku nie było niczego nadzwyczajnego. Kilka zszarzałych namiotów, para wyeksploatowanych samochodów pomalowanych w barwy mające upodabniać je do otoczenia. Dookoła kilka stołów z rozłożonymi wokół nich zbitymi z desek krzesłami. Za obozem dwa niewielkie drewniane budynki służące zapewne jako zaplecze dla mieszkających w namiotach mężczyzn. Obozowisko otoczone było kamiennym, naprędce wzniesionym, niewysokim murem, mającym zapewne bardziej symboliczne niż praktyczne znaczenie. Okolicę u podnóża wznoszącego się szczytu gdzieniegdzie porastały kępy traw próbujące przebić się między ogromnymi głazami. Na pierwszy rzut oka trudno było się zorientować, gdzie znajduje się obóz. Spoglądając na poruszające się w obozowisku osoby, można było nabrać przekonania, iż nie wybrały się one na turystyczny wypad czy naukową wyprawę. Przewieszone u niektórych z nich przez ramiona karabiny jednoznacznie sugerowały, iż ich pobyt w tym miejscu musi mieć jakieś militarne znaczenie. Można było przypuszczać, że może to być grupa najemników związanych jakimś lokalnym kontraktem. Przyglądając się uważniej, można było dostrzec, iż zebrani tu mężczyźni nie pochodzą z jednego kraju czy nawet nie są jednej rasy. Kilku miało wyraźnie jasną karnację skóry, odróżniając się od innych, o śniadej cerze. Ich rysy zdradzały wschodnie pochodzenie. Tuż za obozem dwunastu ubranych w wojskowe stroje ludzi ustawionych było w jednym rzędzie przed stojącym naprzeciwko nich barczystym, wysokim człowiekiem. Donośnym głosem przekazywał im najwyraźniej jakieś instrukcje. Stojący w szeregu od czasu do czasu potwierdzali zrozumienie jego słów skinieniem głowy. Do największego namiotu pośrodku obozowiska zmierzało czterech mężczyzn. Dwóch o wyraźnie wschodnim pochodzeniu, wśród pozostałej dwójki był wysoki obdarzony jasną karnacją i blond włosami człowiek wyglądający na Szweda lub Norwega. Barczysty, dobrze zbudowany, wszedł do namiotu jako ostatni, za idącym przed nim krępym brunetem około czterdziestki wyróżniającym się od pozostałych cywilnym strojem. W środku namiotu ustawiony był solidny stół. Obecni we wnętrzu czterej ludzie bez słowa usiedli na krzesłach. W milczeniu spojrzeli na krępego mężczyznę. Ten wyjął z trzymanej dotychczas w ręce brązowej torby zwitek pomiętych kartek.
– Nie muszę wam tłumaczyć – jego ton wskazywał, że mógł być ich dowódcą, a przynajmniej zajmował pozycję uprzywilejowaną wobec pozostałych – jak zwykle zresztą, że to, co wam dzisiaj przekażę, należy zachować w najgłębszej tajemnicy. Jej utrzymanie ważniejsze jest od waszego życia, które oddane za naszą sprawę spotka się ze zbawieniem i wiecznym życiem w chwale. Spojrzał na wpatrzone w niego twarze, szukając w nich potwierdzenia swoich słów. Ich wyraz wydawał się odpowiadać jego oczekiwaniom. Skoncentrowani, poważni, wsłuchiwali się w to, co mówił.
– Naszym obowiązkiem jest informowanie was, czego od was oczekujemy, a co najważniejsze – dlaczego. To, o co walczymy, na zawsze pozostanie w historii świata, a wasze imiona będą wspominane z wielkim szacunkiem przez pokolenia. Zamilkł na chwilę, czekając, aż jego słowa wywołają spodziewany efekt.
– Dostałem rozkaz… Sprawa dotyczy kontaktów pomiędzy Watykanem a Dalajlamą – dwoma instytucjami o niezwykłym wpływie i posłuchu wśród milionów wyznawców, ale również pozornie niezwiązanych z nimi obserwatorów – kontynuował. – Obie te wpływowe instytucje niezwykle dbają o swój autorytet. Mają jednakże świadomość, iż owa dbałość wymusza czasem trudne decyzje i bardziej lub mniej manifestowane sojusze. Tak było z wieloletnimi staraniami Watykanu o osiągnięcie porozumienia z Kościołem w Rosji czy na Bliskim Wschodzie. Podobnie jest z Dalajlamą. Od lat doradcy polityczni Watykanu starają się o doprowadzenie do wspólnej manifestacji wobec świata wartości mieszczących się we wzajemnie dopuszczonych poglądach. Pamiętajcie, że są to trudne sprawy. Każda religia rywalizuje o rząd dusz, każda więc patrzy z uwagą na swoją konkurencję. Ale, jak już mówiłem, czasem działa dla wspólnych interesów. To takie inne od wyznawanych przez nas wartości – udał zadumanie. – Ideologiczni przywódcy, jak mówiłem, łączą się.
Jego słowa wzbudzały u słuchaczy coraz większe zainteresowanie.
Nie ośmielali się mu przerwać pytaniami.
– Wracając do tego, o czym chcę dzisiaj mówić… Otóż porozumienie, a właściwie szczegółowy plan wspólnych działań, z tego co wiem, jest już na ukończeniu. Zakłada on nie tylko wspólną manifestację wzajemnego zbliżenia, ale również szereg szczegółowych działań mających na celu, oczywiście przy precyzyjnym, uzgodnionym rozdzieleniu stref wpływów, umocnienie pozycji i stopniowe zwiększenie liczby osób wiążących się z Kościołem i Dalajlamą. Musimy się temu przeciwstawić, spowodować, że ten plan nie zostanie zrealizowany. Wiem, że za kilka dni jego szczegóły zostaną dostarczone przez specjalnego wysłannika z Rzymu na Daleki Wschód. 
– Jesteśmy gotowi na wszystko – odezwał się mężczyzna o blond włosach. – Na wszystko, czego od nas zażądasz. Od lat wykonujemy wszelkie twoje polecenia. Powiedz nam – spojrzał na pozostałych siedzących przy stole – co mamy uczynić?
Człowiek, do którego się zwrócił, uniósł głowę.
– Za kilka dni ten, który ma zawieźć te ważne wskazania, poleci z Rzymu samolotem. Waszym zadaniem jest nie dopuścić do tego, by samolot dotarł do celu swojej podróży. Ma to wyglądać zwyczajnie, na typową awarię maszyny. Rozumiecie? Skinęli głowami.
– Nie chcę, by ktokolwiek powiązał nas z tym wydarzeniem.
– Czy masz już jakiś konkretny plan? – zapytał jeden z milczących dotychczas uczestników tajnej narady.
– Plan? Nie, ale nie sądzę, by był z tym jakiś większy problem. Na lotnisku w Rzymie mamy kilku oddanych naszej sprawie ludzi. Możemy na nich liczyć. Jestem pewien, że nie tylko ułatwią nam zadanie, ale jeszcze pomogą je dobrze zaplanować. Jego słowa przerwał odgłos wystrzałów z broni automatycznej dochodzący zza ściany namiotu.
– To nic… – uspokoił obecnych wysoki mężczyzna o blond włosach.
– To zwykłe, codzienne ćwiczenia. Jest z nami sporo nowych żołnierzy, gotowych w każdej chwili poświęcić swoje życie – dodał.
– Z dnia na dzień są coraz lepsi w tym, co robią, coraz sprawniejsi i, muszę przyznać, doskonale strzelają.
– Tak… Jeżeli za tym, co się robi, stoi jakaś idea, można dostąpić doskonałości – krępy brunet pokiwał ze zrozumieniem głową.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Podziel się swoimi uwagami

- See more at: http://pomocnicy.blogspot.com/2013/04/jak-dodac-informacje-o-ciasteczkach-do.html#sthash.uAMCuvtT.dpuf