Przez otwarte okno słychać było głosy dzieci grających w piłkę na szkolnym boisku. Komisarz Michał Konieczny kończył spisywanie protokołu. Marc i Monik najbardziej przekonująco, jak tylko potrafili, jeszcze raz opowiedzieli swoją wczorajszą przygodę. Komisarz, nawet gdyby myślał coś innego, starał się traktować sprawę zupełnie normalnie. Nie tylko w tych okolicach kradzieże samochodów, zwłaszcza zagranicznym turystom, zdarzały się bardzo często. Gdyby nie udział samochodu w nocnym pościgu i katastrofa helikoptera, sprawa ta niczym nie różniłaby się od wielu innych.
Policjant dokładnie wypytał o powód wizyty i pochodzenie zatrzymanych. Fakt, iż byli dziennikarzami, sprawił, że traktował ich ostrożniej, niż miał to w zwyczaju. Pisząc protokół, zastanawiał się jednak, czy to właśnie oni mogli wczoraj w nocy obserwować lotnisko. Dziennikarze, teren wojskowy – wszystko to wydało mu się wysoce podejrzane. Ale nie miał dowodów na obecność Niemców w Szymanach.
– To chyba byłoby wszystko. Czy zamierzacie państwo zostać w tej okolicy dłużej? – zapytał.
– Sami jeszcze nie wiemy – odparł Marc. – Mieliśmy zamiar wyjechać jutro, ale teraz… bez samochodu… – zawahał się.
– To nie będzie problem – odpowiedział komisarz. – Mam dla państwa dobrą wiadomość. Odzyskaliśmy wasz pojazd. Jak widać, nie jesteśmy gorsi od niemieckiej policji – uśmiechnął się.
– Ależ to doskonała wiadomość! – wyraźnie ucieszył się Marc.
– Czy możemy nim wrócić do miejsca, w którym się zatrzymaliśmy?
– Dzisiaj nie, musimy go jeszcze zatrzymać na dzień lub dwa – wymaga tego procedura. Proszę się nie niepokoić. Musimy zabezpieczyć ślady ewentualnych złodziei.
Komisarz starał się nie zdradzać nadmiernego zainteresowania sprawą. Jeszcze przed rozmową wydał polecenie, by dyskretnie śledzić tę dwójkę. Od lat nie ufał nikomu. Prowadząc skomplikowane śledztwa, nasłuchał się już sporo opowieści niemających nic wspólnego z rzeczywistością. Nie powiedział również tego, że został przysłany z Warszawy do wyjaśnienia sprawy katastrofy helikoptera w ścisłej współpracy z wojskowymi służbami.
– Gdybyście państwo chcieli się oddalić z tej okolicy, proszę nas uprzedzić – powiedział komisarz.
– Oczywiście. Nie mamy takich planów. Będziemy cierpliwie czekać na wiadomość od pana – odparł Marc.
Pożegnawszy się z komisarzem, Monik i Marc wyszli przed budynek komisariatu policji.
Głęboko odetchnęli dokładnie w tym samym momencie.
– Uff… wygląda na to, że mieliśmy szczęście – powiedziała Monik.
– Oby – odparł Marc. – Mam wrażenie, że za łatwo poszło. Ten komisarz nie wyglądał na naiwniaka. Coś mi mówi, że to nie koniec naszej przygody.
– Tak sądzisz? Może masz rację – zaniepokoiła się.
– Póki co mamy tu jeszcze coś do zrobienia. Musimy chyba trochę przedłużyć nasz pobyt. Masz coś przeciwko temu?
– Ależ nie. Czas z tobą zaczyna przypominać urlop z Bondem – uśmiechnęła się.
– O, pochlebiasz mi – Marc odwzajemnił uśmiech. – Brakuje mi tylko Astona Martina. Na razie chodźmy na pocztę. Zadzwonimy do redakcji. Musimy przekazać im, co się dzieje, a chyba lepiej nie rozmawiać z naszych telefonów komórkowych. Zadzwonimy i wracamy do Kajetana. Nie sądziłem, że nasz pobyt tu nabierze takiego przyspieszenia. Chodźmy.
Gdy przechodził przez pasy, Marc odwrócił się, a jego wzrok napotkał spojrzenie mężczyzny w kapeluszu siedzącego w pobliskim barze. Chciał zapamiętać jego twarz, ale gdy odwrócił się po raz drugi, stolik, przy którym siedział nieznajomy, był pusty. Ruszyli w kierunku małej poczty.