Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tajemnica 14 bramy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tajemnica 14 bramy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Fragment powieści "Tajemnica Czternastej Bramy": Rozdział 55 Czternasta brama Zamku Hochosterwitz. Austria


Światła samochodu rozświetlały czerń nocy. Droga wiła się wśród wzgórz. Zbliżali się do zamku. Każdy z nich zastanawiał się, co ich czeka. Alicja myślała o miejscu, w którym zniknęli jej znajomi. Marc szukał w myślach Monik, a George planował krok po kroku, co powinni zrobić. Zabrali z domu kilka latarek. Na niebie nie było widać księżyca. Dojechali do parkingu. Był pusty. Jeszcze kilka godzin temu byli w tym miejscu. Gdyby ktoś wtedy powiedział Alicji, że za chwilę tu wróci, zaprotestowałaby stanowczo. Teraz wysiadła z samochodu, rozglądając się uważnie. Słychać było krzyk nocnych ptaków.
George zamknął samochód. Spojrzeli po sobie.
– No to idziemy – odezwał się George. – Za piętnaście minut będziemy na górze. Rozglądajcie się cały czas dookoła. Gdyby się coś podejrzanego działo, dajcie znać.
– W porządku – odparł Marc.
Alicja kiwnęła potwierdzająco głową.
– I jeszcze jedno.
Spojrzeli na niego.
– Gdybyśmy się przypadkiem pogubili dzisiaj w nocy, to spotykamy się przed barem na parkingu. A gdyby coś sprawiło, że nasze rozstanie potrwa dłużej, spotkamy się u mnie w domu. W porządku? – zapytał.
– W porządku – potwierdzili jednocześnie.
– Chodźmy.
– A czy bramy prowadzące na zamek nie będą o tej porze zamknięte? – zapytała Alicja.
– Są zamknięte – odpowiedział George. – Ale mam wszystkie niezbędne klucze.
– Skoro tak, to chodźmy – zachęcił ich Marc. Poszli w kierunku zamkowego wzgórza. Znaleźli się w pierwszej bramie. Po jej zewnętrznej stronie namalowane były postacie w strojach, trzymające flagi. Z lewej strony widniała flaga w czerwono-białych kolorach, nawiązująca do symboli państwowych, a człowiek z prawej trzymał flagę w barwach żółto-czarnego godła rodziny Khevenhüller. Szli dalej. Bram nie dzieliła duża odległość. Sporo czasu zeszło im jednak na ich otwieraniu i zamykaniu. Nie odzywali się do siebie. Rozglądali się uważnie, dotychczas nie zauważając nic podejrzanego.
– Którą minęliśmy? – zapytała cicho Alicja.
– Już dwunastą – odpowiedział Marc.
– A co to za urządzenie? – zapytała dziewczyna.
Marc spojrzał w stronę, w którą wskazała ręką.
– To mechaniczna wciągarka do opuszczania zwodzonych wrót – wyjaśnił.
– Tak mi się wydawało. Marc?
– Tak?
– Boisz się?
– Przyznaję, że nie jest tu miło. Jeszcze chwilka i będziemy na miejscu.
– Czy to jedyna droga na zamek?
– Jest jeszcze jedna droga. Ale niebezpieczna. Prowadzi po bardzo stromym zboczu. Nazwano ją ścieżką głupców. Za głupców uznawano tych, którzy się po niej wspinali, naprawdę ryzykując życiem. Teraz jest zamknięta z powodu zbyt dużego ryzyka upadku, który musiał kończyć się tragicznie.
– Każda brama ma swoją nazwę, prawda?
– Tak.
– A jak nazywa się ostatnia, czternasta?
– Nazywa się Kulmem. Spójrz, ma spadziste dachy, wąskie wejście i drewniany mostek, po którym się do niej wchodzi. Na pozór nie ma w niej nic nadzwyczajnego. Oczywiście, jeżeli w ogóle nie ma nic nadzwyczajnego w niezwykłym zamku o czternastu bramach. Nigdy nie zdobytym.
Alicja złapała go za rękę.
– Marc...
– Tak? Co się dzieje?
– Powiedz mi, czy tam, w tej bramie, może być coś strasznego?
Marc przysunął się do niej.
– Tak myślę. Widziałem wielu ludzi, którzy tam zniknęli.
To może być tajemna droga do podziemi tego zamku. Strzeżona i znakomicie ukryta. Może prowadzić do miejsca, w którym
znajdują się twoi znajomi. Do miejsca, w którym może być moja dziewczyna, Monik.
– Czy myślisz, że to miejsce... to miejsce, w którym Oni prowadzą eksperymenty medyczne? Dlatego ci ludzie znikają?
Czy ten koszmar odbywa się gdzieś pod nami?
Marc uścisnął jej dłoń.
– Nie wiem, Alicjo. Ale musimy się tam dostać.
George włożył klucz do zamka. Otworzył bramę. Poczuli dziwny zapach. Nie była to wilgoć. Ani nic podobnego do typowych zapachów.
Weszli do środka. Zastała ich ciemność. Małe okienka, przez które nie wpadało światło tej nocy. Była wąska jak na zamkową bramę. Zapalili latarki. Zobaczyli chropowaty mur. Kamienny bruk na ziemi.
– Rozdzielmy się, niech każdy z nas dokładnie, centymetr po centymetrze przegląda mur. Szukajcie jakichś szczelin, wyrw, dziwnie wyglądających kamieni. Czegoś, co może być przyciskiem dźwigni, która uruchamia otwieranie wrót. Zbadajcie również dokładnie bruk pod naszymi nogami. Nie zawsze wejścia w podziemia zaczynają się otworem w murze.
– Czy mamy czegoś dotykać? – zapytał rzeczowo Marc.
– Lepiej nie – włączyła się Alicja. – Trzeba się odnosić do starych mechanizmów z wielką ostrożnością. Nigdy nie wiadomo, co ich konstruktor przewidział dla niechcianych gości. Lepiej się razem przyjrzyjmy, czemuś co nas zaintryguje. Jeżeli już dotykać, to bardzo rozważnie.
– Masz rację – powiedział George. – Nadmiar ostrożności nie zaszkodzi.
– Dobrze, zabieramy się do roboty – zachęcił Marc.
Rozeszli się, każde w inną stronę. Podekscytowani i trochę wystraszeni, przeglądali każdy kawałek muru. Nie spieszyli się. Wiedzieli, że jeśli nic nie znajdą, nie będą chcieli tu wrócić. Nie chcieli się rozczarować.
Każde z nich miało swój motyw, chcąc odkryć tę tajemnicę.
– I jak? Macie coś? – zapytał George półgłosem.
– Ja nie – odpowiedziała Alicja.
– Ja też jeszcze nic – odpowiedział Marc.
– W porządku, szukajmy dalej.
Milczeli.
Na zewnątrz bramy, niespiesznie wstawało słońce. Jeszcze niewidoczne, rozjaśniało delikatnie czerń nocy, zmieniając ją w szarą kurtynę, będącą tłem dla unoszących się na polach mgieł.
– Mam... mam, chodźcie tu szybko! – krzyknęła Alicja.
– To chyba to...
Podbiegli do niej. Skierowali światło swoich latarek w miejsce, które wskazała
Wstrzymali oddech.
– Spójrzcie, tutaj na ścianie jest takie pęknięcie. Widzicie?
– Kierowała światło latarki wzdłuż szczeliny, o której mówiła.
– Widzę – powiedział Marc.
– Niby taka normalna, ale zobaczcie, idzie bardzo równomiernie. I tu na górze, spójrzcie. Idzie poziomo, łącząc się z drugą szczeliną. Niby nic nadzwyczajnego. Ale... jestem pewna, że to tajne wejście.
– Skąd wiesz? – zapytał dziewczynę George.
– Skąd wiem? – powtórzyła. – Przecież jestem archeologiem i już niejedno ukryte przejście w życiu widziałam.
– A jak się je otwiera? – spytał Marc.

Alicja rozejrzała się po ścianie.
– Na ogół musi być coś jeszcze. Jakaś zapadnia, coś co wystaje, albo w co można włożyć rękę. Coś, co uruchomi dźwignię i otworzy przejście. Skupmy się, a na pewno znajdziemy. Przeglądali we troje mur. Raz i jeszcze raz. Niczego nie dostrzegali.
– Nic nie ma – odezwał się Marc zniecierpliwiony.
– Szukaj, musi być – powiedziała podniecona Alicja. – Musi być. Jeszcze raz uważnie zaczęli oglądać mur. George zaczął przeglądać ścianę po przeciwnej stronie.
Nagle schylił się.
Oświecił latarką miejsce, na które spoglądał.
– Chyba znalazłem. Zobaczcie. Tutaj, przy samej ziemi. Tu, gdzie odpadł tynk. Widać kilkanaście czerwonych cegieł. Spójrz Alicjo, jedna z nich jest jakaś inna. Bardzo wygładzona. Tak jakby była wsuwana i wysuwana. Możesz zobaczyć dokładniej?
Alicja nachyliła się. Odłożyła latarkę. Dotknęła ręką cegły.
– Marc, poświeć tutaj.
Marc zbliżył latarkę do miejsca, które oglądała. Alicja uklęknęła. Towarzyszący jej mężczyźni nachylili się nad nią skupieni na czynności, jaką wykonywała.
– Zaryzykujemy? – zapytała.
George dostrzegł w oczach Marca akceptację.
– Próbuj – powiedział zdecydowanie.
Alicja nacisnęła cegłę. Ta ustąpiła. Wsunęła się do środka. W chwili, gdy zrównała się z murem, usłyszeli szczęk otwierających się drzwi. Głośny, ciągły, metaliczny dźwięk. Spojrzeli za siebie, na przeciwległą ścianę. Ogromny kawał muru otwierał się do środka. Podnieśli się, patrząc zdumieni. Wstrzymali oddech. Drzwi rozchyliły się. Zobaczyli białe, kamienne schody prowadzące w dół. Spojrzeli na siebie.
Tajemnica czternastej bramy stanęła przed nimi otworem.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Fragment powieści "Tajemnica 14 Bramy": Rozdział 54 Okolice zamku Hochosterwitz. Austria


 Alicja spoglądała z zaciekawieniem na Georga.
Podrapana twarz nie odbierała mu uroku. Przełykał kawę.
Siedzieli w trójkę w milczeniu. Marc z Alicją czekali, aż George odezwie się pierwszy.
– Jak to dobrze być w domu. – Uśmiechnął się. – Mam nadzieję, że czujecie się u mnie dobrze? – starał się rozluźnić napiętą atmosferę.
– Ależ oczywiście – odezwała się Alicja. – Po dzisiejszym dniu czuję się tu jak spragniony wody wędrowiec w oazie na środku pustyni – zażartowała.
Marc spojrzał na nią.
– Należy ci się kilka słów wyjaśnienia. Otóż, poznaliśmy się Georgiem kilka dni temu. W zasadzie dosyć przypadkowo. Szukałem pomocy w momencie, kiedy moja dziewczyna, która przyleciała do mnie z Hamburga zniknęła. 
– Zniknęła – przerwała mu Alicja. – Jak to zniknęła? – W jej oczach widać było strach. – Podobnie jak moja wycieczka?
– Nie – odparł Marc. – Została uprowadzona z lotniska. Ale być może miejsce jej pobytu wiele nie różni się od miejsca, w którym mogą przebywać twoi znajomi. – Zamilkł na chwilę.
– George pracuje na zamku. Obaj mamy podejrzenia, że tam dzieje się coś niedobrego. Kilka dni temu wydawało mi się, że grupa osób prowadzonych przez strażników, a może ochroniarzy, zniknęła w jednej z zamkowych bram. Wspólna wola odnalezienia mojej dziewczyny i rozwiązania tajemnicy zamku Hochosterwitz połączyła nasze działania. W momencie kiedy do mnie zadzwoniłaś, ledwo uniknęliśmy śmierci. Ktoś otrzymał zadanie, by nas zabić. Rozstaliśmy się na parkingu. Poszedłem po ciebie, a George został w samochodzie.
– Właśnie, zostałem w samochodzie – odezwał się George. – Było spokojnie, na krótko. – Uśmiechnął się. – Wysiadłem na chwilę, żeby się trochę rozejrzeć i rozprostować kości. Na swoje nieszczęście. To zabrzmi mało prawdopodobnie, ale nie zauważyłem nikogo w pobliżu, po prostu stałem na środku pustego parkingu. I nagle... – spojrzał na Marca. – I nagle straciłem przytomność. Nie zostałem uderzony, nikt do mnie nie strzelał. Nie poczułem żadnego ukłucia. Nic, kompletnie nic podejrzanego.
– Dziwne – odezwał się Marc.
– No właśnie.
– I co było dalej? – niecierpliwiła się Alicja.
– Ocknąłem się w bagażniku pędzącego samochodu. W zasadzie bez szans na uwolnienie. Bez świadomości, gdzie mnie wiozą. Przez moment nawet rozważałem, czy nie czekać, udając nieprzytomnego, aż mnie przywiozą na miejsce. Przynajmniej wiedziałbym, gdzie – usprawiedliwił się, widząc zdziwione miny swoich rozmówców. – Jednak po krótkiej analizie doszedłem do wniosku, że nie będę ryzykował i postanowiłem spróbować się uwolnić. Nauczyłem się kiedyś, jak wydostać się z zamkniętego bagażnika. Na szczęście nie skrępowano mi rąk. Zapewne myśleli, że dłużej będę nieprzytomny, a miejsce, do którego mnie wieziono, nie mogło być zbyt daleko. Czekałem jedynie, kiedy samochód stanie na chwilę. Kiedy tak się w końcu stało, uciekłem, nie oglądając się za siebie. Na moje szczęście dookoła był las i pogoń była bez szans. Było ciemno.
Biegnąc trochę się poraniłem. – Dotknął twarzy. – Muszę kiepsko wyglądać?
– Ależ skądże! – zaooponowała szybko Alicja. – Jesteś niczego sobie – roześmiała się.
– Miła jesteś, dziękuję. Potem musiałem się już tylko dostać do domu. Muszę przyznać, że miałem wiele szczęścia.
– Czy masz jakieś podejrzenia? – zapytał Marc.
George zastanowił się chwilę.
– No cóż, mam wrażenie, że ktoś nie chce, byśmy się o czymś dowiedzieli. Najpierw błysk, zawalona góra, następnie ktoś do nas strzela na środku rynku w małej wsi. Potem pościg, a na koniec podróż w bagażniku. Sporo jak na jeden dzień. Można by obdzielić kilka powieści kryminalnych.
– No właśnie, jeszcze wcześniej dostałem po głowie na dziedzińcu – dodał Marc. – Chyba nie jesteśmy już bezpieczni.
Spojrzeli na siebie.
– I co my teraz zrobimy? – zapytała Alicja.
– George? – zapytał Marc.
George pokiwał w milczeniu głową. Spojrzał na dziewczynę.
– Chyba nie mamy innego wyjścia, niż rozwiązać tę zagadkę.
Czy jesteście na to gotowi?
Alicja spojrzała szybko na Marca. Jej źrenice rozszerzyły się.
– Jestem gotowy – odpowiedział zdecydowanie. – Ale ty,
Alicjo, możesz poczekać w jakimś bezpiecznym miejscu.
Zastanawiała się przez moment w milczeniu.
– Ojciec by mi tego nigdy nie wybaczył. Poświęcił wiele czasu, by uczynić mnie odkrywcą tajemnic cywilizacji. Idę z wami – odpowiedziała. – Ale nie powiem, żebym się nie bała.
– Jesteś pewna? – zapytał George.
– Tak, jakby co, będziecie mnie ratować – uśmiechnęła się rozbrajająco. – Dobrze?
– Oczywiście – odpowiedzieli niemal jednocześnie.
Roześmiali się wszyscy.
– To co robimy? – zapytał Marc i spojrzał na zegarek. – Jest wpół do drugiej.
George spojrzał na swój.
– Rzeczywiście. Jest środek nocy. Ale ta pora ma tę zaletę, że panuje teraz najmniejszy ruch w tych miejscach, w których w ciągu dnia nie da się przejść.
– O czym myślisz? – zapytała Alicja.
Spojrzał na nią.
– Myślę o... czternastej bramie.
– Chcesz tam jechać? – zainteresował się Marc.
– Właśnie.
– Czy to nie ryzykowne? – zaniepokoiła się Alicja.
George uśmiechnął się.
– Teraz już wszystko co zrobimy, będzie ryzykowne. Uważam, że korzystając z nocy powinniśmy przyjrzeć się bramie, w której znikają ludzie.
Alicja spojrzała na Marca.
– Skoro tak, to jedźmy.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Fragment powieści "Tajemnica 14 Bramy" Rozdział 53 Okolice zamku Hochosterwitz. Austria



Marc wrócił do pokoju. Usiadł naprzeciwko Alicji. Czekał, aż otworzy oczy. Minęło kilka minut.
– Przysnęłam znowu? – ocknęła się.
– Nie szkodzi, śpij, jeśli potrafisz.
– Jakoś wolę wiedzieć, że tu jesteś.
– Jestem, jestem. Powiedz mi, jak wyglądał dzień przed ich zniknięciem.
Alicja podniosła się. Usiadła.
– Rozstaliśmy się na parkingu, w chwili gdy przyszedł do autobusu przewodnik. Pamiętasz?
– Oczywiście, pamiętam – potwierdził Marc.
– Wchodziliśmy na zamkowe wzgórze z godzinę. Może trochę dłużej. Przewodnik wiele opowiadał o mijanych przez nas kolejnych bramach. Później zwiedzaliśmy zamkowy dziedziniec i przystający do niego niewielki, ale uroczy ogród. Następnie obejrzeliśmy dostępną dla turystów część zamkowych wnętrz. Nie spieszyliśmy się specjalnie. Mieliśmy zaplanowany cały dzień na zwiedzanie. Po obiedzie, który zjedliśmy na miejscu, mieliśmy zwiedzić zamkowe lochy. W czasie posiłku wszyscy tryskali humorem. Głośno żartowali, mówili jeden przez drugiego i przywoływali historie o białych damach i zamkowych duchach. Nic nie zapowiadało czekającej nas tragedii. Muszę dodać, że właściwie nikt się nami nie interesował. Nie zauważyłam niczego podejrzanego. Ot, zwykły dzień turystycznej grupy, jakich wiele. Po obiedzie trochę wypoczywaliśmy. Ludzie porozchodzili się w grupkach. Każdy zajmował się, czym chciał. Zebraliśmy się znowu razem po południu. Muszę zaznaczyć, że wszyscy byli obecni. Na pewno nikogo nie brakowało. Przewodnik dołączył do nas punktualnie. Zeszliśmy do lochów. Byłeś tam? – zapytała, by upewnić się, że Marc słucha jej uważnie.
– Nie, nie miałem okazji. Czy coś w nich było interesującego?
– No wiesz, niedługo miałam okazję je oglądać – przyznała.
– Byłam tam może z dziesięć minut. Poczułam się jakoś dziwnie. Miałam wrażenie, że to jakaś niestrawność po obiedzie. Przeprosiłam przewodnika i wróciłam z powrotem, tą samą drogą na górę. Byłam w łazience jakieś kilkanaście minut. Następnie zeszłam na dół. Czułam się, przyznaję, trochę nieswojo. Ostrożnie szłam do przodu wyznaczoną trasą. Mojej wycieczki nigdzie nie było widać. Szukałam ich z pół godziny. Potem głośno nawoływałam. Nic to nie dało. Zniechęcona wróciłam na górę. Wiesz, wówczas jeszcze nie byłam zmartwiona. Myślałam, że po prostu gdzieś poszli. W jakieś miejsce, do którego nie trafiłam. Spokojnie czekałam na górze. Wycieczka na dole miała potrwać trochę ponad godzinę. Po ponad dwóch godzinach zaczęłam się poważnie martwić. Poza tym zamykano to miejsce. Mojej grupy nie było. Zaczęłam wypytywać o nich obsługę zamku. Wszyscy wzruszali ramionami. Wyobraź sobie, nikt nic nie wiedział, lub do niczego się nie przyznawał. Byłam zrozpaczona. Czekałam na górze, aż do momentu, kiedy zamknęli bramę. Zeszłam na parking. Szukałam naszego autobusu. I znowu nic. Nie było autokaru, a obsługa parkingu nie odnotowała jego obecności. Marc, to jakiś horror. Wszyscy się pod ziemię zapadli, łącznie z autokarem Wyobrażasz to sobie? Jakiś absurd. Zadzwoniłam do hotelu. Z nadzieją... Wierzyłam trochę, że tam dotarli. Ale nie dotarli, zaginęli i tyle.
– Rzeczywiście niezwykłe wydarzenie. Czy ktoś cię śledził?
Miałaś wrażenie, że ktoś obcy cię obserwuje?
Alicja zastanawiała się chwilę.
– Wiesz, niczego takiego nie kojarzę. Błąkałam się sama i w zasadzie nikt nie zwracał na mnie uwagi.
– W zasadzie? – zainteresował się jej słowami Marc.
– No tak, jedynie strażnicy, którzy zamykali bramę, spoglądali na mnie zaskoczeni.
– I nic więcej? – dopytywał się Marc.
– Nic. Zrozpaczona zadzwoniłam do ciebie. Nic mądrzejszego nie przyszło mi wtedy do głowy. Marc, bardzo ci dziękuję, że się mną zaopiekowałeś. Wysłałeś mnie do swojego, bardzo mi życzliwego znajomego, właściciela baru, jak zrozumiałam. Gdyby nie wy, nie wiem co bym ze sobą zrobiła.
Łzy pojawiły się w jej oczach.
– Marc, dlaczego oni zniknęli?  Marc milczał. Nie wiedział, co jej powiedzieć. Trwało to chwilę. Wpatrywała się w niego z niepokojem.
– Na tym zamku dzieją się dziwne rzeczy.
Jego słowa przerwał głośny łomot uderzeń w drzwi frontowe.
Marc drgnął, wystraszona Alicja aż podskoczyła z miejsca.
– Marc, Boże, co to?
– Spokojnie, nie denerwuj się. Zaraz się przekonamy.
– Może nie otwierajmy? – spytała z lękiem.
Wstał. Złapał ją za ramię uspokajająco.
– Sprawdzę kto to. Zostań tu na kanapie.
Ruszył w kierunku drzwi. Był bardzo zaniepokojony. Więcej, bał się. Ale nie mógł tego dać po sobie poznać.
 Powoli podszedł do drzwi. Ktoś najpierw mocno w nie pukał. A potem uderzał pięścią.
– Kto tam? – zapytał głośno Marc.
Z zewnątrz usłyszał głos.
– Marc? To ja, George, otwórz!
Marc szybko przekręcił zamek. Otworzył szeroko drzwi. Stanął w nich George. Jego twarz pokryta była krwią. Poszarpane ubranie pokrywała przyklejona do niego ziemia.
– George, jak ty wyglądasz?! – wykrzyknął Marc. – Co się stało? Gdzie byłeś?
George wszedł do pokoju. Spojrzał w kierunku Alicji.
– To ona? Jest bezpieczna? – zapytał.
– Tak, czekaliśmy na ciebie przy samochodzie. Szukałem cię.
Później przyjechaliśmy tutaj. Nam nic złego się nie stało. Jak to dobrze, że jesteś – ucieszył się. Poczuł ogromna ulgę. – Jesteś ranny? Pomóc ci? – zapytał z niepokojem.
George zamknął drzwi. Przekręcił zamek. Spojrzał na Marca. Wydawał się bardzo spokojny, jakby wszystkie wydarzenia z ostatnich kilku godzin były wpisane w codzienność.
– Zaraz ci wszystko opowiem. Pozwolisz, że najpierw wezmę prysznic i przebiorę się?
– Ależ oczywiście. Zrobię ci gorącej herbaty. – Marc poczuł jak emocje powoli go opuszczają.
– Znakomicie – odpowiedział George.
Podszedł do zaskoczonej Alicji. Wyciągnął do niej przyjaźnie rękę.
– Jestem George. Witam cię w moim domu – uśmiechnął się do niej.
Alicja odwzajemniła jego gest powitania.
– Alicja... jestem Alicja. To ja dzwoniłam do Marca.
– Wiem – odpowiedział. – Pojechaliśmy po ciebie, razem.
A potem, jakoś tak się stało, że nie mogłem wam towarzyszyć – roześmiał się życzliwie. – Ale jestem. Póki co, Marc będzie dalej czynił honory pana domu, a ja się trochę ogarnę.
– Będziemy czekać. Pomogę Marcowi – odpowiedziała Alicja. George poszedł do pokoju na górze. Po chwili zszedł na dół i zamknął się w łazience.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Fragment powieści "Tajemnica 14 bramy": Rozdział 52 Okolice zamku Hochosterwitz. Austria



Podjeżdżając na parking rozmawiali o historii, która zdarzyła się Alicji. Marc przywołał ponownie swoje wspomnienie o przygodzie na zamku Czocha w Polsce, kiedy to zniknęło amerykańskie małżeństwo poszukiwaczy skarbów. Przekazał Georgowi informację, że w tym kraju ginie corocznie około piętnastu tysięcy ludzi. Znika bez śladu. Tak brzmią oficjalne dane, a jak jest naprawdę, nikt nie wie.

Podjechali pod bar. George spojrzawszy na Marca powiedział:

– Idź po nią, ja poczekam w samochodzie. Nigdy nie wiadomo, czy nie będzie trzeba szybko odjechać – wytłumaczył Marcowi.

– W porządku, idę.

Wysiadł z samochodu, kierując się do drzwi baru. Był on wypełniony papierosowym dymem, chociaż ludzi było w nim mniej niż zazwyczaj. Marc dojrzał dziewczynę, która siedziała przy barze. Piła herbatę. Zaprzyjaźniony barman starał się bawić ją rozmową.

Zauważył podchodzącego Marca.

– O! – Uśmiechnął się szeroko. – Jest ten przystojniak,

na którego czeka ta piękna dziewczyna. – Wskazał na Alicję.

Dziewczyna odwróciła się do Marca. Ześlizgnęła się z wyso-

kiego, barowego krzesła.

W momencie kiedy Marc podszedł do niej, zarzuciła mu ręce na ramiona i rozpłakała się. Marc przytulił ją bez słowa. Dał znać barmanowi gestem, by ten nic nie mówił. Barman odsunął się od nich dyskretnie.

Marc delikatnie, przyjaźnie przytulił ją raz jeszcze.

– Spokojnie, już dobrze. Wszystko będzie dobrze – odezwał się. Alicja starała się opanować płacz. Trwało to chwilę.

Otoczył ją ramieniem.

– Chodź, pójdziemy do samochodu. Zabiorę cię w bezpieczne miejsce.

Spojrzała na niego.

– Jak dobrze, że jesteś. Muszę zapłacić za herbatę.

– W porządku. Ja to załatwię. Podszedł do barmana. Zagadnął go. Ten pokręcił przecząco głową. Wyciągnął rękę i pożegnali się przyjaźnie. Marc z dziewczyną wyszli z baru. Podeszli do stojącego samochodu. W środku nie było jednak nikogo. Samochód był pusty.

Marc nachylił się do okna i spojrzał do środka. Radio było włączone, a kluczyki tkwiły w stacyjce.

Georga nie było.

– Jedziemy? – zapytała Alicja.

– Już, już – odpowiedział Marc.

Szukał Georga wzrokiem. Nie widział nikogo.

– George...! – krzyknął cicho Marc. 

Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona.

– Kogo ty wołasz? Nie jesteś tu sam?

– Nie, przyjechałem z przyjacielem. Dla towarzystwa – dodał. – Miał na nas czekać w samochodzie.

– Może poszedł do łazienki? – Alicja nie była zdziwiona.

– Może masz rację, poczekamy chwilę dobrze? – zapytał.

– George chyba miał jakieś sprawy do załatwienia, to duży i samodzielny chłopiec – zażartował, aby uspokoić ją i siebie samego.

Odszedł kilka metrów od samochodu.

– Nie zostawiaj mnie samej – powiedziała z niepokojem w głosie.

– Nie obawiaj się. Chciałem się tylko trochę rozejrzeć

– uspokoił ją. Marc zawahał się. Nie wiedział, czy powiedzieć Alicji o swoich podejrzeniach co do zniknięcia Georga. Nie chciał jej dodatkowo straszyć. Nie był również pewien, czy George nie oddalił się od samochodu z zupełnie prozaicznego powodu.

– Chodź, przespacerujemy się trochę, by ochłonąć. Za chwilę pojedziemy. Też miałem emocjonujący dzień – wyjaśnił, widząc strach w oczach dziewczyny. Po jego słowach uspokoiła się nieco. Marc wziął ją pod ramię. Prowadził ją tak, by móc rozejrzeć się po najbliższej okolicy, gdzie zaparkowany był samochód. „To niemożliwe, by George zostawił klucze w stacyjce. Miał świadomość, że może wydarzyć się coś niespodziewanego” – myślał.

Jego niepokój rósł. Czuł się coraz bardziej osaczony. George wzmacniał w nim dotychczas poczucie bezpieczeństwa. Spacerując nie dostrzegał niczego, co mogłoby go naprowadzić na ślad zaginionego partnera.

– O czym myślisz? – zapytała Alicja.

– Staram się na chwilę oderwać od przeżyć dzisiejszego dnia – odpowiedział najspokojniej jak potrafił. – Jesteś zmęczona? – dodał.

– Nie, raczej nie. Chyba tylko zdenerwowana. Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Ludzie nie znikają tak nagle. A już szczególnie grupowo. Chociaż... – zawahała się.

– Tak? – zainteresował się Marc. – Co chciałaś powiedzieć?

– Wiesz, mój ojciec interesował się znikaniem ludzi i pewnie byłby w stanie wytłumaczyć to zdarzenie.

– Powiesz coś więcej? – zapytał.

– Wspominałam ci, że mój ojciec całe swoje życie poświęcił na odkrywanie zagadek cywilizacji. Ale nie chcę teraz o tym rozmawiać. Jeżeli pozwolisz... – Spojrzała na niego z wyraźną prośbą w oczach.

– Ależ oczywiście. Chodź, wracamy. Czuję się już trochę lepiej. Skierowali się w stronę baru. Georga nadal nie było. Marc wyjął z kieszeni telefon.

– Pozwolisz, że zadzwonię?

– Oczywiście, nie musisz mnie pytać – odpowiedziała. Marc wybrał numer Georga. Usłyszał dźwięk dzwoniącego telefonu. Spojrzał w kierunku, z którego dochodził. Telefon leżał na siedzeniu, wewnątrz samochodu. „Cholera, to już nie przypadek – pomyślał. – Coś musiało się stać”.

– Jedziemy? – Alicja spojrzała na niego.

– Pewnie, wsiądź proszę – Marc otworzył jej drzwi samochodu. Obszedł samochód i sam również wsiadł. Ale nie ruszyli od razu. Musiał chwilę się zastanowić. Pomyślał, że dalsze tkwienie w tym miejscu naraża ich na niebezpieczeństwo. Otaczający ich ludzie znikali. Nie chciał, by oni sami stali się następnymi ofiarami tych szokujących zdarzeń. 

– Jedźmy. Zapnij pas. Ruszyli. Wyjechali z parkingu. Marc starał się przypomnieć sobie drogę do domu Georga. Dojechali po kilkunastu minutach. Marc dostrzegł przypięty do breloczka z kluczem do samochodu inny klucz. Pasował do drzwi domu.

– Rozgość się, proszę. Łazienka jest tam. – Wskazał ręką miejsce, które znał z poprzedniej obecności w tym domu.

– Postaram się szybko zrobić coś do zjedzenia. Pewnie jesteś głodna. Potwierdziła skinieniem głowy. Zniknęła za drzwiami łazienki. Marc wszedł do kuchni i rozejrzał się. W piekarniku stało naczynie z potrawą, którą przygotowywał George. Marc zajrzał do środka. „Makaron – pomyślał. – Świetnie”. Włączył piekarnik. Otworzył lodówkę. Wyjął karton soku pomarańczowego. Idąc do pokoju, zabrał ze sobą przygotowane wcześniej szklanki i sztućce. Położył je na stole.

Usłyszał Alicję wychodzącą z łazienki. Usiadła na kanapie.

– To twój dom? – zapytała. – Ładny – dodała.

– Miło, że ci się podoba. Ale nie należy do mnie. To dom przyjaciela – odpowiedział. – Proszę, czuj się swobodnie. Jesteśmy tu bezpieczni.

– To miło, jestem jednak trochę zmęczona – powiedziała, wyciągając się na kanapie. Nie będzie ci przeszkadzać?

– Absolutnie nie, wypoczywaj. Za chwilę poczęstuję cię czymś smacznym.

– To miło – odpowiedziała, przymykając oczy. Marc zgasił górne światło, zostawiając zapalone niewielkie stojące lampy. Dawały przyjemne, uspokajające światło. Poszedł do kuchni. Spojrzał do piekarnika. „Jeszcze chwila” – pomyślał. Od kilku dni nie potrafił pozbierać myśli. Wydarzenia następowały po sobie za szybko. Starał się zrozumieć ich sens, lecz nie miał czasu na solidniejszą analizę. Mimo swojego doświadczenia w rozwiązywaniu niełatwych zadań, pogubił się. Nigdy dotąd sprawy, jakimi się zajmował, nie dotknęły go tak osobiście. Tym bardziej, że sytuacja komplikowała się coraz bardziej. Nie odnalazł Monik. Stracił partnera, a sam kilka razy ledwo uszedł z życiem. I do tego jeszcze zdezorientowana i przerażona Alicja. Nie mógł stąd wyjechać. Zostawić wszystkiego. Odciąć się. Czuł, że pętla, w jakiej się znalazł, zacieśnia się. Wyjął gorący półmisek z piekarnika. Miły zapach rozszedł się po kuchni. Wszedł do pokoju. Postawił przygotowane przez Georga lasagne na stole. Spojrzał na Alicję. Spała. Podszedł do niej. Dotknął jej ramienia. Potrząsnął delikatnie. Otwarła oczy.

– Zasnęłam? – zapytała rozespana.

– Tak. – Uśmiechnął się. – Chodź, zjemy coś. Pewnie umierasz z głodu?

– Moje emocje zastąpiły głód. Wstała. Podeszli do stołu. Usiedli. Marc nałożył jej na talerz spory kawałek faszerowanego makaronu.

– Pachnie wspaniale – pochwaliła.

– Dziękuję. Smacznego życzę. Jedli przez chwilę w milczeniu. Danie rzeczywiście było smaczne. Marc myślał o Georgu.

„Pewnie tak doświadczony agent jak on da sobie radę

– usprawiedliwiał się przed sobą. – Trzeba czekać...”

– Smakuje ci? – przerwała milczenie Alicja.

– Oczywiście, uwielbiam włoską kuchnię – odpowiedział.

– Ja też – uśmiechnęła się. – Chociaż chińską też nie wzgardzę. Marc spojrzał na nią.

– Alicjo, czy jest coś jeszcze, co chciałabyś dodać do swojej relacji z tamtych wydarzeń?

Zastanawiała się przez moment.

– Nic takiego nie przychodzi mi do głowy – przyznała.

– Nie mam pojęcia, gdzie oni zniknęli. To jakiś absurd, by nikt ich wcześniej nie widział. – Zawahała się. – A może to jakaś zmowa?

– Myślisz o załodze zamku?

– Pewnie. Jak można twierdzić, że czterdziestu kilku osób nie było, skoro... byli – dodała.

– Masz rację. Jadła pośpiesznie. W pewniej chwili zamarła w bezruchu. Marc spojrzał na nią zaniepokojony.

– Czy coś się stało? Nad czym się zastanawiasz?

– Przypomniałam sobie, że to jest coś, o czym ojciec mówił mi wiele razy. Otóż, w swoich badaniach historii cywilizacji wielokrotnie zastanawiał się, czy to przypadkiem nie przybysze z obcych cywilizacji pomagali..., a już z pewnością wpływali na ludzkie losy. I wiesz, opowiadał mi wówczas, że zniknięcia ludzi nie zdarzają się przypadkiem. Oni po prostu są celowo porywani.

– Czy możesz mi powiedzieć wszystko, czego na ten temat dowiedziałaś się od ojca? To bardzo ważne. Chyba że nie masz na to teraz ochoty? – zapytał Marc.

– Nie, nie, oczywiście, że ci powiem. Pozwól tylko, że dokończę to twoje wspaniałe danie. Naprawdę konałam z głodu, ale dopiero teraz to czuję. Zrobię dla nas kawę, a potem pogadamy, dobrze?

– Oczywiście – zgodził się Marc. – Z przyjemnością. Cieszę się, że ci smakuje.

– Wspaniałe jedzenie.

Dokończyli kolację. Alicja, tak jak obiecała, zajęła się parzeniem kawy. Marc w tym czasie myślał o Georgu. Wierzył w jego umiejętności. Nie dopuszczał do siebie myśli, że przyjaciel już nie żyje. Posprzątał po kolacji. Po dłuższej chwili on i poznana rano dziewczyna usiedli pijąc kawę.

– Mój tata mówił mi, że są ludzie, którzy uważają, iż Ziemia jest domem dla niezliczonych ras przybyszów z innych planet. Podobno najpopularniejszą formą Obcych są tak zwane Szaraki. Jedynym krajem, który współpracuje z nimi na szerszą skalę są Stany Zjednoczone. Zaczęło się po drugiej wojnie światowej od kilku incydentów, ale bliższe kontakty zapoczątkowała katastrofa statku międzyplanetarnego Obcych w Roswell. Było to pod koniec lat czterdziestych. Oczywiście, wcześniej też istniały mniej lub bardziej bliskie kontakty. Ograniczę się tylko do mniej odległych czasów. Właśnie Szaraki wspomagały podobno III Rzeszę jeszcze przed wybuchem wojny. Nowe bronie i inne technologie miały pochodzić właśnie od nich. Ale Obcy nie byli bliskim sojusznikiem państwa Hitlera, zapewne w ogóle woleli nie mieszać się bezpośrednio w ludzkie sprawy. Gdyby było inaczej, losy wojny potoczyłyby się pewnie inaczej.

– Prawdę mówiąc, słyszałem już o tym, że istnieje nawet jakieś tajne porozumienie – Marc skomentował wypowiedź Alicji.

– No właśnie. Chodzi o jak najbardziej formalną umowę. Możemy mówić o swego rodzaju pakcie, jaki miał zostać podpisany w bazie Sił Powietrznych w Holliman przez przedstawicieli rządu Stanów Zjednoczonych oraz Obcych. Miało się to stać w 1954 roku. Ludzie mieli się zobowiązać do zapewnienia bezpiecznego, ustronnego miejsca i otoczyć je wszelką ochroną. Ponadto mieli dać dostęp do badań, a co najważniejsze umożliwić pozyskiwanie nowych obiektów do tego celu. Obcy ze swej strony zobowiązywali się do przekazywania nieznanych rasie ludzkiej technologii. Z ich wykorzystaniem można by pokonać choroby, wobec których nauka była dotąd bezsilna. To oczywiście tylko jedno z wielu zastosowań. Wyobraźmy sobie ziszczenie snów futurologów. Metale lżejsze od powietrza, antygrawitacyjne silniki, materiały o nieznanej dotąd wytrzymałości. A gdyby tak założyć, że to wszystko to tylko początek współpracy? Jeśli istnieje udział Obcych w polityce, w światowej ekonomii? Niedostrzegalny, lecz stały wpływ na codzienne sprawy każdego człowieka...?

– Czy twój tata mówił ci może, dlaczego pojawili się na Ziemi? – zapytał Marc.

– Obcy podobno nie mieli szans na przeżycie w swoim własnym środowisku. Również Ziemia nie jest dla nich miejscem doskonałym, wymaga podjęcia wielu wysiłków, aby adaptacja do nowych warunków mogła przebiegać z powodzeniem. Ich ciała nie są w pełni przystosowane. Dlatego właśnie istnieje konieczność ich przekształcania. To ma być powodem eksperymentów na ludziach, jak również na innych formach biologicznych. Kieruje nimi poszukiwanie wzorca, który mogliby wykorzystać. A przecież nie mamy w to wszystko szerszego wglądu. Nie znamy sposobu myślenia Obcych. Można przypuszczać, że w grę wchodzi także zapotrzebowanie na energię psychiczną, rodzaj pożywki, duchowej strawy. Do tego dochodzi, jak można założyć, stan nieustannego zagrożenia. Oni się boją I są zdesperowani. Każda wojna między ludźmi jest dla nich korzyścią. Skoro mają motyw i wielką potrzebę, to czy nie korzystają z okoliczności? Istnieje wiele przypuszczeń, że różne konflikty, wojny i kryzysy były przez nich inspirowane.

– Alicjo, czy wiesz coś może o organizacjach, które zajmowały się kontaktami z obcymi cywilizacjami? – Zadał to pytani głosem drżącym od emocji. Wizja Obcych zajmujących ważne stanowisko w świecie ludzi stawała się coraz bardziej realna.

– O tym również słyszałam. Grupa Majestic 12 powołana przez prezydenta Harry’ego Trumana jest najważniejsza ze wszystkich. Została zawiązana w 1947 roku. Skojarzenia z filmową „parszywą dwunastką” są jak najbardziej na miejscu. Wprawdzie skład mieli stworzyć najlepsi z najlepszych, ale praktyka szybko pokazała, że bezwzględność, brak jakichkolwiek zasad w osiąganiu celu, to tajemnica ich skuteczności. Początkowo głównym zadaniem grupy miało być zbieranie informacji, analiza dowodów dotyczących katastrofy w Roswell. Szybko jednak zmieniono priorytety. Usunięto też wszelkie ograniczenia w jej uprawnieniach. Głównym celem stała się pełna inwigilacja środowisk, które mogły być w posiadaniu jakichkolwiek informacji na temat katastrofy i działalności Obcych. Przeciwdziałanie ich przedostaniu się do opinii publicznej. Szantaże. Pobicia. Porwania. A także stosowanie wszelkich środków przymusu. To wszystko stało się częścią procedury działania „parszywej dwunastki”. Trzeba pamiętać, że grupa podlegała bezpośrednio samemu prezydentowi. Marc odłożył filiżankę kawy na stół. Od dłuższego czasu trzymał ją w ręce, wsłuchany w opowieść Alicji.

– Ważne są jeszcze dwie rzeczy, o których opowiadał mi tata. Otóż dotarł on do stworzonych przez naukowców opisów ras, które zamieszkują Ziemię, ale również do opisów statków kosmicznych, jakimi się poruszają.

– To bardzo interesujące. Opowiedz mi o tym.

– Według tego, co mi wiadomo, Obcych zwykle dzieli się na dwie grupy. Obie można zaliczyć do humanoidów, z tym że przedstawiciele pierwszej naprawdę bardzo przypominają ludzi, szczególnie rasy orientalnej. Właściwie na pierwszy rzut oka istnieje możliwość pomyłki. Mają około stu siedemdziesięciu centymetrów wzrostu, wagę od trzydziestu sześciu do czterdziestu pięciu kilogramów. Są dobrze umięśnieni. Ich oczy są nieco skośne, małe, głęboko osadzone, z dużymi źrenicami. Ich uszy są niewielkie, bardzo nisko osadzone. Mają szerokie i bardzo wąskie usta. Na całym ciele nie mają zarostu, podobnie jak niektórzy uwarunkowani genetycznie ludzie. To więc właściwie także nie jest cecha, dzięki której można by ich zdemaskować. Wyróżnia ich za to pewien defekt: ich kończyny mają tylko cztery palce. Zdecydowanie bardziej od ludzi różni się osobniki drugiej grupy. Przede wszystkim są o wiele drobniejsi. Ich waga waha się pomiędzy jedenastoma a dwudziestoma dwoma kilogramami. Mierzą niewiele ponad metr wysokości. Za to ich głowy są większe niż ludzkie, również ich oczy w stosunku do naszych są nieproporcjonalnie duże. Ich długie kończyny mają trzy bardzo wąskie, lecz wydłużone palce.

– Bardzo precyzyjny opis – pochwalił. – Właśnie taki wizerunek Obcych znajdujemy w większości doniesień. Pokrywa się z dzisiejszymi poglądami wielu naukowców. A ich środki transportu? Co o nich mówią źródła?

– Opisów jest bardzo wiele. Ale jest jeden, który szczególnie warto przytoczyć. Mam na myśli pewien tajny dokument sporządzony w latach pięćdziesiątych na podstawie licznych obserwacji niezidentyfikowanych obiektów latających, dokonywanych na przestrzeni wielu lat. W klasyfikacji wyróżnia się cztery główne typy statków. Pierwszy, to obiekty mające kształt trójkątny. Te zaobserwowano dopiero niedawno. Ich długość wynosi maksymalnie około stu metrów. Najczęściej spotyka sie jednak statki w kształcie elipsy. Są to tak zwane latające talerze. Doniesienia o ich pojawianiu się notowano od wielu lat w różnych zakątkach świata. Zazwyczaj są o wiele mniejsze niż trójkątne, mierzą mniej niż dwadzieścia metrów. Ale niektóre z nich miały mieć długość około dziewięćdziesięciu metrów. W dokumencie znajduje się też dokładny opis charakterystycznych sygnałów świetlnych, jakie są przez nie emitowane. W zasadzie w dużej mierze pokrywa się on z tym, co można przeczytać w wielu opracowaniach. Dane na temat dwóch pozostałych typów są bardziej skąpe. Obiekty w kształcie cygara najprawdopodobniej latają tylko w najwyższych częściach atmosfery, są nieomal nieuchwytne dla aparatury pomiarowej, także ze względu na ogromną prędkość, jaką mogą rozwijać. Ostatnią grupą są obiekty w kształcie owalnym. Wyróżniają się emitowaniem mocnego, skoncentrowanego światła.

– Muszę przyznać, że znakomicie wszystko zapamiętałaś.

– Ach, słyszałam o tym tyle razy, przy różnych okazjach. Marc... – przerwała nagle. Spojrzała na niego. W jej oczach widoczny był strach. – Czy ty sądzisz, że zniknięcie mojej wycieczki może być związane... – zawahała się. – No chyba wiesz, co mam na myśli?

Marc zastanawiał się chwilę.

– Szczerze mówiąc... Mam takie podejrzenie.

– Boże, naprawdę? – przeraziła się.

– Spokojnie, nie denerwuj się. To tylko hipoteza.

– Marc..., ale... czy my na pewno jesteśmy tutaj bezpieczni?

– Jej głos załamywał się.

– Jesteśmy – uspokajał ją. – Przecież tobie nic się nie stało. Nikt nie zauważył twojej nieobecności. Nikt cię nie ścigał. Czy to nie najlepszy dowód na to, że nic ci nie grozi?

– Może masz rację.

– No widzisz. Musimy zastanowić się, co zrobimy dalej.

A tymczasem, mała przerwa. – Wstał z kanapy. – Muszę skorzystać z łazienki. – Uśmiechnął się.

Poszedł w kierunku toalety. Alicja została sama. Przymknęła oczy, myśląc o swoich znajomych, którzy zniknęli.

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Fragment powieści "Tajemnica 14 bramy" Rozdział 49 Sankt Kathrein. Austria



Monik i Poul poruszali się powoli. Poul szedł pierwszy. Monik spoglądała co chwila za siebie, sprawdzając, czy nikt za nimi nie idzie. Szary, monotonny korytarz miał klika metrów szerokości i kilka wysokości. Zimne ściany z litej skały mogły sugerować, że znajdują się kilkanaście metrów pod ziemią. Jednak ani Monik, ani Poul nie umieli oszacować, jak głęboko pod nią się znajdowali. Szli ostrożnie, mając nadzieję, że odnajdą miejsce, w którym weszli do podziemnego labiryntu. Początkowo wydawało im się, że do podziemi małego kościoła będzie prowadzić prosta, nieskomplikowana droga. Szybko zostali wyprowadzeni z błędu, mijając kolejne skrzyżowania odchodzących w bok korytarzy. Były podobne do tego, którym się poruszali. Poul zastanawiał się chwilę na każdym rozdrożu, po czym podejmował decyzję, dokąd iść dalej. Nie pytał o nic Monik.
Nie konsultował z nią swoich decyzji. Kierował się intuicją, odmawiając po cichu modlitwę. Szukał pomocy u Tego, w którego wierzył całe życie. Wierzył, że jego Bóg pomoże mu ocalić idącą z nim kobietę i siebie. Ta prosta, jak mu się wydawało, metoda okazywała się jak dotąd zawsze bardzo skuteczna. Nad tym, ile w tym było prawdziwej ręki opatrzności, a ile jego działania nie zastanawiał się nigdy. Szedł zdecydowanie do przodu, starając nie pokazywać Monik najmniejszych wątpliwości, a tym bardziej strachu. Czuł prawdziwy lęk na samo wspomnienie. Trzymał się przecież dzielnie do momentu kiedy zobaczył dwie dziwne postacie, które zabrały ich do podziemnej poczekalni, jak mu się teraz wydawało. Nie wiedział jednak, czy coś zaszło, wypierał z pamięci widok swojego sobowtóra, postaci, pomieszczenia. Nie wiedział jak długo byli nieprzytomni. Nie rozumiał też, dlaczego nie zastali nikogo w miejscu, w którym się obudzili i później w czasie ucieczki. Nie rozumiał, ale też nie martwił się tym. Im dalej oddalali się od miejsca swojego uwięzienia, tym bardziej stawał się spokojny.
– Poul, daleko jeszcze? – niepokoiła się Monik.
Spojrzał na nią.
– Nie wiem, ale chyba nie.
– Dlaczego tak myślisz? – zapytała z nadzieją w głosie.
– Może się mylę – zawahał się. – Ale wydaje mi się, że z kierunku, w którym idziemy, czuję jakiś delikatny powiew wiatru.
Tak jakby dostawało się stamtąd świeże powietrze. Nie czujesz?– spytał.
Monik zastanowiła się. Wyciągnęła rękę przed siebie, śliniąc wcześniej jeden z palców.
– Widziałam to kiedyś w telewizji – usprawiedliwiła się.
Poul zaśmiał się cicho.
– No tak, jak żeglarze szukający wiatru. I co? Masz takie samo wrażenie?
Monik skupiła się.
– Może to tylko sugestia, ale chyba masz rację. Chodźmy,marzę o chwili, w której znajdziemy się na powierzchni. Poul...
– Tak?
– Jestem przerażona tym wszystkim, co się dzieje – powiedziała szczerze.
Przytulił ją przyjaźnie do siebie.
– Nie martw się. Wyjdziemy z tego. Odszukamy Marca i wyjedziemy z tej jakże tajemniczej okolicy. Tajemniczej, ale i bardzo groźnej – dodał.
– Tęsknię za nim bardzo – odpowiedziała cicho.
– Domyślam się. Chodź, spróbujemy znaleźć to wyjście.
Ruszyli dalej.
Poul miał wrażenie, że droga wznosi się lekko do góry.
Przypuszczenie to potwierdziło się szybko. Droga zwężała się i wznosiła wyraźnie. Szli tak kilka minut.
– To dziwne, że tak łatwo nam to przychodzi – odezwała się Monik.
– Czy masz na myśli, że nikt nas nie ściga? – zapytał.
– No właśnie, tak jakby pozwolili nam stąd się wydostać. Nie sądzisz?
Poul poirytował się.
– Nie wiem, ale wolę się nad tym teraz nie zastanawiać.
Przyspieszył kroku.
– Myślisz, że oni nam coś zrobili?
Zastanawiał się przez chwilę.
– Nie wiem, mam nadzieje, że nie zdążyli.
Korytarz kończył się. Dotarli do szerokich granitowych schodów. Nikt ich nie ścigał. Miejsca, po których się poruszali, były puste. Panowała w nich cisza przerywana jedynie odgłosem ich rozmowy. Poul pomyślał o słowach Monik. Czyżby to, że przemieszczali się tak swobodnie, coś oznaczało? Czy ci, którzy ich porwali, wiedzieli, że uciekają? Skoro tak, to dlaczego pozwalają im się oddalać? Czy stali się ofiarami jakichś zdarzeń, które wcześniej zaszły? A może środki nasenne zadziałały zbyt słabo i mieli pozostawać w stanie uśpienia jeszcze jakiś czas? Może stąd ten brak zainteresowania ich prześladowców
„Szkoda się nad tym zastanawiać – powiedział do siebie w myślach. – Będę o tym myślał w wannie hotelowej łazienki.”
Zatrzymali się przed schodami.
– Poznajesz je? – Poul zwrócił się do Monik.
Zawahała się.
– Nie chcę zmyślać, nie wiem. Pamiętam tylko, jak zeszliśmy do piwnicy pod kościołem, potem już nic.
– Rozumiem, wydaje mi się, że znam te schody, że byliśmy tu wczoraj.
Zrobił przerwę.
– No, chyba wczoraj, nie wiem jak długo nie mieliśmy świadomości, co się z nami dzieje.
Monik ucieszyła się z jego słów.
– Poul, jeżeli poznajesz te schody, to wspaniała nowina.
Mamy szansę się wydostać. Chodź...
Zaczęła szybko wchodzić po schodach.
– Ostrożnie. Tam może ktoś być – przestrzegł ją.
Zatrzymała się. Spojrzała na niego.
– Masz rację – ściszyła głos. – Ktoś może pilnować wyjścia.
Co robimy?
Poul zastanowił się.
– Ty tu zostań, a ja pójdę się zorientować, czy przejście jest
wolne od nieżyczliwych nam osób. Zawołam cię, gdy tylko się dowiem, jak wygląda sytuacja.
Monik zrobiła przeczący gest dłonią.
– W żadnym wypadku nie zostanę tu sama. Za dużo tych sensacji jak dla mnie. Będę się ciebie trzymać bez względ na to, czy to ci się podoba czy też nie. – Starała się uśmiechnąć.
Poul nie miał wyboru. Nie chciał się sprzeciwiać zdenerwowanej kobiecie.
„I tak jest bardzo dzielna” – pomyślał. Monik nie była słabą kobietą, ale wydarzenia ostatnich miesięcy nauczyły ją przezorności. Działanie w grupie było o wiele lepsze od mierzenia się z zagrożeniem w pojedynkę. Monik zniosła wiele, więc teraz lepiej było ją chronić i oszczędzić jej dodatkowego stresu.
Poul Spojrzał na Monik.
– Dobrze, nie zostawię cię. Wchodzimy ostrożnie do góry
– powiedział.
Pokonali horrendalną ilość schodów, coraz bardziej dysząc ze zmęczenia. Stanęli przed kamiennymi drzwiami. Poul złapał za żelazny uchwyt przymocowany do drzwi. Pociągnął je do siebie. Nie stawiały specjalnego oporu. Powoli otwierały się. Poul spojrzał do środka. Za drzwiami znajdowała się pusta, średniej wielkości kościelna krypta. Do jej środka, przez niewielkie okno umieszczone przy suficie, wpadało światło.
Otworzył kamienne drzwi szeroko.
– Chodź – zwrócił się do Monik. – Chyba mamy szczęście.
– Uśmiechnął się. – Jeszcze tylko mały krok do wolności.
Monik weszła za nim do krypty. Rozglądali się po jej wnętrzu. Kilka kamiennych grobów. Mały postument, chyba ołtarz. To było całe wyposażenie podziemnego pomieszczenia. Pod ścianą znajdowało się kilka stopni prowadzących do góry, gdzie mieściły się drzwi, a w zasadzie do poziomej płyty, jak się wydawało, prowadzącej na zewnątrz.
– No to ostatni akt. Muszę podnieść tę płytę. – Poul pokazał ręką na wyjście z pomieszczenia.
– Oby się tylko udało. Może ci pomogę? – zapytała.
Mężczyzna obruszył się.
– No coś ty, dam radę.
Wszedł po schodach do góry. Wyciągnął ręce, opierając je na płycie. Nacisnął. Nie drgnęła. Wszedł stopień wyżej. Starał się zebrać wszystkie swoje siły. Płyta ruszyła, powoli zaczęła się otwierać. Coraz szerzej, aż opadła zupełnie.
Droga do wolności była otwarta. Spojrzał na Monik.
– Chodź, nie ma na co czekać.
Wyszedł na powierzchnię. Monik podążyła za nim. Znaleźli się na chodniku otaczającym niewielki kościół. Poul starannie zamknął płytę.
Rozejrzeli się dookoła. Nikogo nie dostrzegli. Mały cmentarz był pusty.
– Co teraz? – zapytała Monik. Spojrzała pytająco na niego.
– Teraz powinniśmy jak najszybciej oddalić się od tego miejsca. Ciekaw jestem, czy mieszkańcy tej uroczej miejscowości wiedzą, co kryją podziemia tego kościółka? Chodź, pójdziemy w kierunku drogi i złapiemy jakąś okazję. Obojętnie, w jakim kierunku. Potem zatrzymamy się, by spokojnie coś wymyślić. Nie wiem, jakie są twoje odczucia, ale przypomniałem sobie, że nie jedliśmy nic od wielu godzin. Monik roześmiała się, nieco bardziej rozluźniona. Nie był to jednak swobodny, perlisty śmiech, ale nerwowy chichot, jakby dziewczyna wciąż nie mogła uwierzyć, że jest wolna.
– Nie mogę się z tobą tym razem zgodzić, Poul. Przez te wszystkie godziny... to był prawdziwy koszmar. Sama nie wiem, co mam myśleć, czuję mętlik w głowie, cała się trzęsę, poza tym... wciąż nie wierzę, że tak po prostu stamtąd wyszliśmy! To zbyt proste!
Uśmiechnął się wyrozumiale. Chwalił w duchu sam siebie za to, że nie powiedział Monik wszystkiego. Tego by nie zniosła. On sam cały trząsł się z emocji, ale wiedział, że musi zachować zimną krew i otoczyć opieką swoją towarzyszkę.
– Wyszliśmy, to najważniejsze. Potem będziemy się martwić i analizować sytuację, teraz musimy zadbać o siebie. Chodźmy. Monik skinęła głową, ale myślami była gdzie indziej. Strach wciąż ściskał ją za gardło, marzyła o tym, by był przy niej Marc. Wyszli przed kościelny mur przez metalową bramę. Droga prowadziła w dół. Przeszli obok kilku niewielkich hoteli. Po kilkunastu minutach wyszli na drogę. Nie czekali długo. Samochód zatrzymał się, a uprzejmy kierowca zaprosił ich do środka. Ruszyli. Poul utrzymywał grzecznościową rozmowę. W jej trakcie dowiedział się, że samochód jechał do Klagenfurtu. Ucieszyli się. W tym dużym mieście trudno będzie ich znaleźć.
Rozstali się z uprzejmym Austriakiem, wdzięczni za przysługę. Poszli w kierunku rynku, jednak skręcili w jakąś boczną uliczkę. Zatrzymali się przed tablicą ustawioną na chodniku, reklamującą tradycyjny apfelstrudel – ciasto z jabłkami. Weszli do środka. Niewielka miła restauracja. Zamówili kawę, spokojnie przyglądając się karcie dań. Uczucie głodu rodziło się w nich powoli, bo ich myśli wciąż krążyły wokół ostatnich wydarzeń. Napięcie towarzyszące im od wielu godzin opadało. Rozbudzone emocje uspokajały się. Czuli się coraz bezpieczniej. Zamówili kolację dopiero po godzinie. Niewiele się przez ten czas odzywali. Monik myślała o Marcu, a Poul analizował wydarzenia, jakie zaszły. Cała sytuacja wydawała mu się absurdalna i nierealna. Milczenie przerwała Monik.
– Poul, masz jakiś plan? – zapytała.
– Zastanawiałem się nad tym. Wiesz...
– Tak?
– Mamy dwa zadania przed sobą. Jedno to zapewnić sobie bezpieczeństwo i jak mi się wydaje, ukryć się na kilka dni, by sytuacja się uspokoiła. By mieć pewność, że nikt nas nie będzie intensywnie szukać. Nie sądzisz? – zwrócił się do Monik.
Spojrzała na niego uważnie.
– Zdecydowanie masz rację. Przy tej technologii, którą dysponują, oni mogą nas w każdej chwili namierzyć, nieprawdaż?
– Właśnie. Moglibyśmy zostać tu w tym mieście albo ukryć się gdzieś na wsi, ale ...
Zamilkł na chwilę.
– Ale co? O czym myślisz?
– Ale wydaje mi się, że Klagenfurt jest za blisko i oczywistym jest, że możemy się w nim ukryć, a wieś... A wsi to chyba mamy oboje, póki co, dosyć.
Monik uśmiechnęła się. Spojrzała na niego z wdzięcznością.
– Nie mogłeś lepiej oddać moich myśli. Gdzie się zatem ukryjemy?
Poul zastanowił się przez chwilę.
– Proponuję, byśmy pojechali natychmiast do Grazu. To duże miasto, niedaleko stąd. Znajdziemy tam jakiś mały pensjonat, a może lepiej jakiś wielki hotel, w którym bez podawania nazwisk będziemy mogli się ukryć. Zastanowimy się po drodze. Co o tym sądzisz?
Kobieta odpowiedziała bez namysłu.
– Zgadzam się z tobą w zupełności. Łatwiej będzie się nie tylko ukryć, ale w razie czego skontaktować się telefonicznie, by nie zostać od razu zlokalizowanym.
– To znakomicie, cieszę się, że się zgadzasz. Zaraz zorientuję się, jak tam dotrzeć.
– Poul – odezwała się Monik. – A druga sprawa? Mówiłeś o dwóch ważnych sprawach.
Mężczyzna skinął głową.
– Właśnie, druga sprawa to konieczność zapewnienia Marcowi bezpieczeństwa. Nie wiem czy twoje uprowadzenie, i moje też, nie jest przypadkiem związane z wizytą Marca w Austrii. Wówczas kontakt z nim mógłby narazić go na niebezpieczeństwo. Jak sądzisz? Monik zastanawiała się tym razem dłuższą chwilę. Ważyła argumenty. Przypominała sobie ostatnie rozmowy z Marciem.
– Chyba masz rację. Nie chcę go narażać na niebezpie czeństwo. Ale... obiecaj mi, Poul, że znajdziesz sposób, by go jak najszybciej powiadomić.
Spojrzał na nią poważnym wzrokiem.
– Mogę ci obiecać, że dbając o nasze bezpieczeństwo, zrobię to tak szybko, jak będzie się dało. Rozumiem twoje uczucia i wiem, że to dla ciebie teraz najważniejsze. Monik uspokoiła się. Brak kontaktu z Marciem stresował ją od czasu przylotu do Klagenfurtu.

– Bardzo ci dziękuję. To co? – Uśmiechnęła się. – Melduję, że jestem gotowa na kolejne przygody. Byle już mniej niebezpieczne – dodała, ściszając głos.

Wyszli z restauracji po kilkunastu minutach.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Fragment powieści "Tajemnica Czternastej Bramy" Rozdział 47 Zamek Korzkiew. Polska

Zapadał zmierzch. W zamku panowała cisza, a komnaty rozświetlało ciepłe światło, bijące z kominków. Zapach palonego drewna roznosił się po korytarzach. Zamek Korzkiew wznosi się na wzgórzu, kilkanaście kilometrów od Krakowa, nieopodal Ojcowskiego Parku Narodowego i położonej na jego skraju, przepięknej Doliny Prądnika. Historia niewielkiego zamku sięga 1352 roku. Wówczas to Jan z Syrokomoli zakupił wzgórze Korzkiew i wybudował na nim wieżę, pełniącą funkcję obronną i mieszkalną. Jak wiele budowli pod koniec XIX wieku, również Zamek Korzkiew popadł w ruinę. Długo czekał na swój renesans. Dopiero w 1997 roku, po stu latach, został odbudowany, przez potomka rodów szlacheckich, Jerzego Donimirskiego. Niewielki zamek stał się hotelem, ujmującym gości swym pięknem, wytwornością, a także znakomitą i dyskretną obsługą. W niewielkim salonie, w którym goście zwykli jadać śniadania, krzątały się trzy osoby. Młody mężczyzna, dziewczyna ubrana w czarno-biały strój kelnerki i szczupła, czarnowłosa kobieta w średnim wieku, która pozostałej dwójce wydawała polecenia cichym, ale zdecydowanym głosem. Przygotowywali stół do posiłku dla kilku osób. Kobieta spoglądała od czasu do czasu na widoczny przez przeszklone drzwi dziedziniec, otoczony zamkowymi budynkami. Odrywając od niego wzrok, zerkała na wiszący na ścianie zegar. Na jej twarzy widać było niepokój. Była zdenerwowana.
– Spieszcie się, proszę – powiedziała.

***

Za oknami zamku zmierzch powoli ustępował miejsca nocy. Kilka kilometrów dalej, drogą od strony Krakowa, zbliżał się duży czarny jeep z ciemnymi szybami. Jechał szybko, pokonywał wąskie zakręty, ryzykując zderzenie z niewidocznymi, nadjeżdżającymi z drugiej strony pojazdami. Hamował i przyspieszał gwałtownie. Nagle skręcił ostro w lewo, w drogę, oznaczoną brązowym drogowskazem z napisem „Zamek Korzkiew”. Jechał nią dłuższą chwilę, po czym wtoczył się na ciasną ścieżkę, prowadzącą ostro w górę. Zatrzymał się przed wejściem na zamek. Drzwi od strony kierowcy otworzyły się. Zza kierownicy wysiadł szofer, ubrany w granatowy garnitur i wąski ciemny krawat. Obszedł szybko samochód i otworzył drzwi tylnego siedzenia. Wyprostował się. Czekał. Z samochodu wysiadł mężczyzna, w ciemnym płaszczu, z podniesionym kołnierzem, w czarnym kapeluszu, przysłaniającym mu twarz. W ręce trzymał niewielką teczkę. Wyglądała jak torba z laptopem lub mała aktówka na dokumenty. Mężczyzna nie spieszył się. Spojrzał w kierunku wieży zamkowej, jej okna były ciemne. Odwrócił się w stronę stojącego przy drzwiach kierowcy. Powiedział coś do niego. Ten skinął głową. Kiedy mężczyzna ruszył w kierunku zamku, kierowca zatrzasnął tylne drzwi samochodu i wrócił za kierownicę. Pasażer samochodu nacisnął dzwonek, znajdujący się przy wejściu. Po krótkiej chwili światło w korytarzu, widoczne przez niewielkie okienko w drzwiach, zapaliło się. Słychać było dźwięk otwieranej zasuwy. Mężczyzna skinął głową w geście powitania i wszedł do środka. Wspiął się po wąskich schodach do komnaty, w której czekała na niego obsługa zamku.
– Przyprowadziłam gościa – powiedziała radośnie dziewczyna, która otworzyła mu drzwi. Chłopak podszedł szybko do mężczyzny i odebrał mu płaszcz. Powiesił go wraz z kapeluszem na wieszaku w sąsiedniej sali, spełniającej funkcję biura.
– Dobry wieczór pani Tereso – odezwał się mężczyzna, witając się ze stojącą w sali kobietą. Uśmiechnęła się życzliwie.
– Dawno pana u nas nie było. Dobry wieczór.
– Dawno? – zdziwił się mężczyzna. – Rzeczywiście, trochę czasu upłynęło. Naszych... – zawahał się – gości jeszcze nie ma?
– Nie, nie ma – odpowiedziała kobieta.
– Dawno byli? – zapytał.
Kobieta spojrzała na dwójkę młodych ludzi.
– Idźcie proszę. Przynieście wino z piwnicy – dodała. Zaczekała aż wyjdą, po czym zwróciła się do mężczyzny.
– Byli dwa razy w ubiegłym miesiącu. Odnoszę wrażenie, że chcieli jedynie sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Mężczyzna usiadł za stołem. Wskazał kobiecie ręką krzesło naprzeciwko.
– Proszę, niech pani usiądzie. – Uśmiechnął się. Kobieta usiadła po drugiej stronie stołu. Wpatrywała się uważnie w swojego gościa. Miał około pięćdziesięciu lat. Średniej budowy ciała, ciemnowłosy, średniego wzrostu. Ubrany był elegancko, w klubową angielską marynarkę i koszulę w kolorze brudnego różu. Na małym palcu lewej ręki widniał niewielki sygnet. Kiedyś zapytała go nieśmiało o jego historię. Był to, jak wyjaśnił, meteoryt oprawiony w białe złoto.
– Czy dźwięki, które towarzyszą ich wizytom, nie wzbudzają niepokoju wśród okolicznych mieszkańców? – zapytał.
Kobieta roześmiała się cicho.
– Teraz już pewnie nie wzbudzają. Początkowo ludzie wybiegali przed budynki i patrzyli w niebo. Nie wiedzieli, co się dzieje. Z czasem chyba się przyzwyczaili. Niewielu ich na szczęście mieszka pod zamkiem. Gorzej, jak na podzamcze przyjeżdża młodzież...
– Machnęła ręką. – Może nie gorzej, źle się wyraziłam – poprawiła się. – Jest wówczas więcej zamieszania. Ale dzieciaki uważają, że to duchy. W końcu – zaśmiała się – w każdym zamku powinny być zjawy. Co to za zamek bez jakiejś mrocznej historii?
– No faktycznie. Nasze upiory to prawdziwe duchy z niebios. A dziennikarze? – zaniepokoił się. – Nie zainteresowali się sytuacją?
Kobieta zastanowiła się chwilę.
– Zdarzyli się dziennikarze, a nawet policja. Ale mam wrażenie, że pomogły nam opublikowane ostatnio wyjaśnienia naukowców, które tłumaczą pojawiające się na całym świecie dźwięki. Zjawisko dziwnego „warkotu” lub „szumu”, jak komentowali, występuje ich zdaniem na świecie od dziesiątków lat. Prawdziwe zatrzęsienie doniesień i nagrań rejestrujących „warkot” pojawiło się na początku 2012 roku. Artykuły na ten temat zaczęły się pokazywać bardzo często, wiele gazet zajęło się wyjaśnianiem przyczyn tych tajemniczych dźwięków. Na przykład na stronie gazety Daily Mail podano link do niezwykłego nagrania z Niemiec. Jest ono tym bardziej interesujące, gdyż najwyraźniej dobiegający z nieba hałas spowodował uruchomienie samochodowego alarmu. Nasze dźwięki nic takiego na szczęście nie powodują – wyjaśniła kobieta, uśmiechając się znacząco.
– I jak to zjawisko wytłumaczyli naukowcy? – zapytał mężczyzna.
Kobieta odetchnęła głęboko. Widać było, iż zna doskonale temat, o którym rozmawiali.
– Ach, tłumaczą to różnie. Profesor Jean-Pierre St. Maurice z University of Saskatchewan stwierdził, że źródłem hałasów jest pole elektromagnetyczne z zorzy. Z zorzy! – powtórzyła z lekkim rozbawieniem. – Zdaniem sejsmologa Briana W. Stumpa z Southern Methodist University w Dallas, źródłem dźwięków mogą być trzęsienia ziemi. Z kolei David Deming z The University of Oklahoma nadał całemu zjawisku nazwę
„The Hum” – a więc warkot, buczenie, co zdefiniował jako „tajemniczy i niewykrywalny dźwięk, słyszany w określonych lokacjach na świecie przez dwa do dziesięciu procent populacji”.
Ładnie brzmi, prawda? – zakpiła. – Próby tłumaczenia podjęła również NASA, która całe zjawisko wyjaśniła faktem, że Ziemia bez przerwy emituje ogromną ilość fal radiowych.
Mężczyzna pokiwał głową.
– No tak... – Chciał coś powiedzieć, ale młodzi ludzie weszli do komnaty, niosąc butelki wina. Postawili je z boku, na drewnianej półce.
Spojrzeli na kobietę pytającym wzrokiem.
– Wszystko przygotowane – odezwał się chłopak. – Czy będziemy jeszcze potrzebni? – zapytał.
Kobieta wstała. Rozejrzała się dookoła.
– Przepraszam – odezwała się do mężczyzny. – Czy drewno w komnatach jest naniesione? – zwróciła się do chłopaka.
– Oczywiście – odpowiedział. – Wszystko jest przygotowane.
Kobieta złożyła ręce w geście akceptacji.
– No to moi drodzy, wypada mi wam podziękować i życzyć miłego wieczoru. Poradzimy sobie sami? – zwróciła się do mężczyzny.
Zapytany potwierdził, kiwając głową.
– Oczywiście, przynajmniej będziemy się starać – odpowiedział, patrząc z sympatią na zebranych. – Wasza pomoc jest nieoceniona. Dobrej nocy dla was i waszych rodzin. Młodzi ludzie pożegnali się. Zeszli na dół. Słychać było jak kobieta zamka za nimi drzwi. Po chwili wróciła na górę.
– Teraz możemy zająć się naszymi gośćmi. – Zerknęła na zegar. – Powinni być za piętnaście minut.
– Czy... – zawahał się mężczyzna.
– Tak?
– Czy właściciel tego zamku wie... – szukał właściwego słowa – kto odwiedza zamek?
Kobieta była zaskoczona pytaniem.
– Czy wie? – Zamyśliła się. – Myślę, że nie. Na pewno nie
– powiedziała po chwili zdecydowanym tonem.
– Różnie z tym może być – powiedział mężczyzna z nutą
zwątpienia w głosie. – Czasem nie wszystko można ukryć. Wróciłem wczoraj z zamku Hochosterwitz w Austrii. Bywa na nim tysiące turystów każdego dnia. – Obniżył głos, jakby obawiając się, że ktoś go podsłuchuje. – Tysiące turystów – powtórzył – i nikt się nie zorientował, że gdzieś obok pojawiają się dziwni goście. Kobieta zrobiła kilka kroków w kierunku małej kuchni, nieco rozkojarzona. – Boże – zdenerwowała się. – Zapomniałam zapytać, czy się pan czegoś napije. Bardzo przepraszam.
Mężczyzna zrobił przeczący gest ręką.
– Ależ pani Tereso, proszę się nie fatygować – uspokoił ją.
– Poczekamy na naszych gości.
Spojrzała na niego.
– No na pewno, z nimi się pan czegoś napije! A może jeszcze coś zje? Czy oni w ogóle coś jedzą? – powiedziała z ironią w głosie. Usiadła za stołem.
– Wracając do tematu, jeszcze tylko by tego brakowało, by ktoś się zorientował, kto nas odwiedza... Mielibyśmy wówczas tysiące turystów każdego dnia!
– Właściciel opływałby w luksusy – stwierdził mężczyzna.
– Nie wiem, czy by zdążył...
– Co ma pani na myśli? – zapytał, marszcząc brwi.
– No... czy zdążyłby dożyć. Dostałby zapewne zawału, gdyby się dowiedział!
Mężczyzna roześmiał się.
– Tryska pani dzisiaj dowcipem. Nie wiedziałem, że ma pani takie satyryczne talenty.
Kobieta wzruszyła ramionami.
– Na szczęście nasi goście omijają dni, kiedy na zamku odbywają się wesela lub imprezy okolicznościowe.
Mężczyzna spoważniał. Spojrzał na dziedziniec.

– Powinni już być?

– Tak, wypada nam tylko czekać.

Zamilkli oboje, pogrążając się w niespokojnym oczekiwaniu.

poniedziałek, 16 listopada 2015

Fragment powieści "Tajemnica Czternastej Bramy" Rozdział 46 Watykan



Po wyjściu z gabinetu kardynała ksiądz szybko przemierzał korytarz. Spieszył się. Niemal zbiegł po schodach na niższą kondygnację watykańskiego budynku. Przy wyjściu z niego minął wyprostowanych, kolorowo ubranych żołnierzy watykańskiej gwardii szwajcarskiej. Po chwili był na placu św. Piotra. Szedł szybko, czasem potrącając wszechobecnych w Watykanie turystów. Wypełniali cały plac, ustawiając się w długich kolejkach prowadzących do katedry. Poddając się szczegółowej kontroli, przywoływali skojarzenia spektakularnego zamachu na papieża. Ksiądz wyszedł z placu. Szedł drogą, mijając zaparkowane na jej poboczu liczne, turystyczne autobusy. Ich rejestracje były prawdziwym festiwalem liter i cyfr pochodzących z przeróżnych, czasem niezwykle egzotycznych krajów. Ich rozespani kierowcy układali się na siedzeniach, starając się jak najdłużej kontynuować sen. Przeszedł przez most rozłożony nad snującą się powoli rzeką. Po chwili był już na wąskiej, malowniczej uliczce prowadzącej do starej części Rzymu. Małe sklepiki, liczne w tym miejscu restauracje i bary wytwarzały ciepłą, przyjazną dla mieszkańców wiecznego miasta, energię. Ksiądz skręcił w lewo, przeszedł kilkanaście metrów. Zatrzymał się. Spojrzał za siebie. Wszedł do małego baru. O tej porze był pusty. We wnętrzu dostrzegł szczupłą, niewysoką brunetkę. Myła podłogę, trzymając w ręce szczotkę. Spojrzała na niego pytającym wzrokiem.
– Poproszę o kawę. Gdzie jest telefon? Chciałbym zadzwonić. Dziewczyna wskazała ręką w kierunku korytarza prowadzącego na zaplecze. Ksiądz kiwnął głową. Podszedł do wiszącego na ścianie, czarnego aparatu. Wykręcił długi numer. Czekał. W słuchawce zgrzytało. Sygnał przebijał się przez trzaski i szumy.
– Tak, słucham – głos odezwał się po hiszpańsku.
– To ja – ksiądz odpowiedział w tym samym języku. – Dzwonię z Rzymu.
– Tak, wiem. Czy coś się stało?
– Właśnie dzwonię, by powiedzieć, że oni wiedzą. Wiedzą o naszym planie.
W słuchawce zapanowała cisza.
– Skąd dzwonisz?
Ksiądz rozejrzał się po barze.
– Z bezpiecznego miejsca – uspokoił swojego rozmówcę.
Ponowna chwila ciszy.
– Powiedziałeś, że wiedzą?
– Tak.
– Skąd?
– Nie mam pojęcia.
– I jak zareagowali?
– Są wściekli.
Chwila ciszy.
– Wracaj z powrotem. Będziesz mnie informował o wszystkim.
– Dobrze.
– Do widzenia.
– Do widzenia.
Rozmowa przerwała się. Ksiądz odłożył słuchawkę. Spojrzał w kierunku kelnerki. Dziewczyna stawiała kawę na małym stoliczku. Podszedł do niego. Usiadł. Podniósł filiżankę do ust. Kawa była smaczna. Jak zawsze.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Fragment powieści "Tajemnica Czternastej Bramy" Rozdział 44 Sankt Kathrein. Austria



Marc tracił nadzieję. Mijały dwie godziny, a nie dowiedział się niczego. Chodził od budynku do budynku, powtarzając jak mantrę historię o swoich archeologicznych zainteresowaniach. Starał się miło rozmawiać z mieszkańcami Sankt Kathrein, wsłuchując się dokładnie w to, co mówili. Nasłuchał się historii rodzinnych. Były też recenzje posługi miejscowego proboszcza. Wspomnienia z licznych kościelnych uroczystości. Wszyscy byli uprzejmi i bardzo wylewni. Zainteresowanie się ich kościołem wzbudziło sympatię wobec nieznajomego. Marc wypił kilka herbat, został poczęstowany miejscowym winem i lokalnym, zupełnie niezłym serem. Wszystko to było przyjemne. Oprócz jednej rzeczy. Nikt nic nie wiedział. Tylko w dwóch przypadkach intuicja mówiła mu, że jego rozmówcy nie mówią prawdy. Coś ukrywają. Starał się kilkakrotnie naprowadzać ich na interesujący go temat, ale unikali odpowiedzi na ważne dla niego pytania. Po tych rozmowach Marc był skonsternowany. Nie wiedział, czy spotkani ludzie kłamią, czy boją się rozmawiać. Coś było nie tak. Zastanawiał się nawet, czy nie wrócić do tych, których już pytał, kiedy zorientował się, że nikt inny nic nie wie. Po namyśle zrezygnował z tego pomysłu. Pewnie i tak by nic nie powiedzieli. Szedł dalej. Pozostał mu do odwiedzenia już tylko jeden budynek. Położony pod lasem, oddalony od zwartej zabudowy niewielkiej wioski. Biała elewacja, pierwsze piętro obłożone drewnem. Wykończony toczoną z drewna balustradą balkon. Przed domem starannie pielęgnowana zieleń. Do domu prowadziła krótka, lecz kręta droga. Marc wspinał się pod górkę. Był już trochę zmęczony. Wszedł za drewniane ogrodzenie. Podszedł do rzeźbionych drzwi. Nie znalazł dzwonka. Zastukał. Czekał, ale nikt nie otwierał. Zapukał raz jeszcze.
„Nie ma nikogo – pomyślał. – Pewnie i tak by to nic nie dało”. W chwili, gdy odwrócił się z zamiarem odejścia, usłyszał hałas na górze domu. Ktoś otwierał drzwi prowadzące na balkon.
– Kto tam? Kto tam jest? – usłyszał.
Zrobił dwa kroki do tyłu, by zobaczyć wnętrze balkonu. Spojrzał do góry. Stał na nim starszy mężczyzna, wychylający się przez poręcz. Jego skroń pokrywały srebrno-siwe włosy. Był szczupły i wysoki. Ubrany w jakąś ludową, zieloną marynarkę. Jego twarz miała przyjazny wyraz. Spoglądał na Marca zdziwiony.
– Pan do mnie? – zapytał.
Marc uśmiechnął się, starając się wzbudzić zaufanie.
– Tak, do pana. Dzień dobry. Jestem Marc i chciałem o coś zapytać, jeżeli pan pozwoli oczywiście.
– No dobrze. Proszę bardzo. Pewnie pan zabłądził? Czasem trafiają do mnie zagubieni turyści. Nie pan pierwszy i nie ostatni.
Marc odsunął się od domu jeszcze kawałek. Teraz lepiej widział nieznajomego.
– Przyjechałem tu specjalnie.
– Do mnie? – przerwał mu. – A to ciekawe. Niech pan poczeka. Zaraz zejdę na dół.
– Świetnie – ucieszył się Marc.
Drzwi balkonu zamknęły się. Marc czekał chwilę. Po chwili spotkali się na werandzie. Przywitali się. Usiedli obaj na drewnianej ławce stojącej na werandzie.
– No to słucham. Co pana sprowadza w moje progi? Dawno nikt mnie nie odwiedził.
– Tym bardziej się cieszę, że tu dotarłem. Jak już wspomniałem, mam na imię Marc. Jestem archeologiem...
– Kim? Archeologiem? – zdziwił się starszy człowiek.
– A cóż archeolog może u nas robić? – zaśmiał się. – Nie pomylił pan Sankt Kathrein z Egiptem? Tu nie znajdzie pan żadnej piramidy.
– No piramidy to pewnie nie znajdę, ale może z pańską pomocą uda mi się coś interesującego wykopać. – Marca rozbawił usłyszany komentarz.
– Może gdybyśmy dobrze pokopali, to byśmy coś wykopali – odpowiedział rymem nieznajomy.
– Właśnie, zgodnie z porzekadłem: kto szuka, ten znajdzie.
– No to pożartowaliśmy, a teraz do rzeczy – spoważniał nieznajomy. – Proszę powiedzieć o co chodzi, bo zacznę wierzyć, że rzeczywiście razem znajdziemy skarb. Za stary jestem, by uwierzyć w jakieś bajki. I za mądry – dodał znacząco.
Marc zastanowił się chwilę. Rozważał, co może powiedzieć nieznanemu sobie człowiekowi. W zasadzie niczym nie ryzykował. Intuicja podpowiadała mu, że powinien być szczery. Zaryzykował.
– Szukam dziewczyny. Swojej dziewczyny. Kilka dni temu została uprowadzona z lotniska w Klagenfurcie. Przyleciała do mnie i zniknęła. Nie bardzo wiem dlaczego. Z informacji, jakie posiadam wynika, że mężczyźni, którzy ją porwali, przywieźli ją do tej miejscowości. I teraz najważniejsze. Podobno zniknęli pod kościołem. – Marc zrobił przerwę. – Nie wiem czemu tak szczerze o tym mówię.
Nieznajomy spojrzał na niego.
– Zdaje się, że nie ma pan innego wyjścia – skomentował.
– Chyba tak... – przyznał Marc. – Nie mam i przyznam, że ogromnie mnie to przygnębia.
– I mam rozumieć, że pańska dziewczyna przyleciała do pana, by szukać odkryć archeologicznych?
– Hm... powiedzmy – zmieszał się Marc.
– Domyślam się wobec tego, że lepiej abym nie wiedział, co pan tu naprawdę robi.
Marc ponownie zastanowił się chwilę.
– Może lepiej nie. Ale chcę, by pan wiedział, że nie jesteśmy ani ja, ani ona żadnymi przestępcami. Ot, czasem razem staramy się rozwiązywać różne zagadki, o których nie wszyscy chcą mówić publicznie.
– Rozumiem, a skąd przekonanie, że ja mogę jakoś pomóc?
– Nie wiem. Coś mi mówi, że tak może być. Ale oczywiście mogę się mylić – odpowiedział Marc.
Zamilkli obaj.
– Czy to możliwe, by pod kościołem znajdowały się jakieś podziemia, w których mogliby ją przetrzymywać? – zapytał. Nieznajomy pogładził ręką podbródek. Powtórzył gest kilkukrotnie.
– Czy możliwe? – Spojrzał na Marca. – Miejscowy proboszcz z pewnością nic o tym nie wie.
– Słucham? – zapytał Marc.
– Powiedziałem, że miejscowy proboszcz z pewnością nic o tym nie wie. Podobnie zresztą jak większość mieszkańców tej uroczej miejscowości – dodał.
– Rozumiem. A jaka jest prawda?
Mężczyzna ponownie pogładził podbródek.
– A prawda jest taka, że od czasu do czasu ktoś przywozi tu kogoś i znika pod ziemią – odpowiedział. – Panie archeologu... – dodał, kiwając głową.
– A skąd pan o tym wie?
– Powiedzmy, że wiem. Może też jestem archeologiem.
– Rozumiem – uśmiechnął się Marc.
– Właśnie – roześmiał się nieznajomy. – Powiedzmy, że archeologia to moja pasja.
– Czy wiadomo, w którym miejscu znikają?
Mężczyzna zastanowił się chwilę.
– Mniej więcej, ale to wygląda na bardzo zmyślnie zrobione wejście. Na zewnątrz niczego podejrzanego nie da się dostrzec. Idealnie dopasowane kamienie, żadnych śladów. Nikt niczego nie zauważy. Czasem tylko właz uchyla się i wchodzą do niego ludzie.
– Czy ktoś jeszcze o tym wie?
– Nawet jak wie, to milczy. Nikomu nie są potrzebne kłopoty. To spokojna miejscowość, nastawiona na turystów. Zła reklama nikomu tu nie służy, a... – Zastanowił się chwilę.
– A z pewnością nie przybywają tu poszukiwacze skarbów znani z telewizyjnych programów.
– Rozumiem. Czy domyśla się pan, dlaczego przyjeżdżają i czemu tam znikają? Nieznajomy ponownie zamilkł. Widać było, że zastanawia się nad odpowiedzią.
– Powiedzmy sobie, że za krótko prowadzę tu badania, realizując swoją archeologiczną pasję. – Uśmiechnął się.
– Ach tak – westchnął Marc. – To wszystko, czego mogę się dowiedzieć? – zapytał.
– No... – Nieznajomy spojrzał w niebo. – Jestem przekonany, że ta piękna pogoda utrzyma się jeszcze przez kilka dni...
Marc wstał. Wyciągnął rękę do swojego rozmówcy.
– Bardzo mi pan pomógł. Jestem wdzięczny. Dziękuję.
Nieznajomy wstał. Uścisnął dłoń Marcowi.
– Mam nadzieję, że ją pan znajdzie.
Marc odwrócił się. Zrobił kilka kroków. Stanął. Odwrócił się ponownie w kierunku gospodarza.
– Przepraszam, czy...?
– Tak?
– Czy mogę zostawić swój numer... na wypadek, gdyby pan ją zobaczył? Gdyby zaszło coś, co mogłoby mi pomóc?
– Oczywiście. Będę pamiętał. Czy ma pan może jej fotografię?
Marc zastanowił się. Złapał ręką za portfel.
– Mam. – Wyjął zdjęcie, które nosił przy sobie. – Proszę.
– Podał je nieznajomemu.
Ten spojrzał na fotografię.
– Piękna kobieta. – Uśmiechnął się.
– Właśnie. Dziękuję raz jeszcze. Do widzenia.
– Do widzenia. My, archeolodzy, powinniśmy trzymać się razem. Marc opuścił zabudowania. Spojrzał na zegarek. George pewnie już na niego czekał. Przyśpieszył kroku. Po kilku minutach był przy samochodzie.
Tak jak sądził, George czekał oparty o auto.
– Dobrze, że jesteś. Jak poszło? – zapytał.
– Nie najgorzej – odpowiedział Marc. – Jedziemy?
– Tak, porozmawiamy po drodze.
Wsiedli do samochodu. Nie zamierzali marnować czasu.

- See more at: http://pomocnicy.blogspot.com/2013/04/jak-dodac-informacje-o-ciasteczkach-do.html#sthash.uAMCuvtT.dpuf