Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lotnisko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lotnisko. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 sierpnia 2015

Dziwne ruchy Rosji na Bałtyku, co planuje Moskwa?

Pokaz siły a może przygotowania do poważniejszej operacji? W ostanim czasie w okolicach Morza Bałtyckiego stwierdzono znaczny wzrost aktywności rosyjskiego lotnictwa.
 
 


Jak podaje brytyjski think tank European Leadership Network tylko w 2014 roku miały miejsce 3 incydenty, z których każdy mógł się zakończyć zarówno ofiarami śmiertelnymi jak i bezpośrednim konfliktem między Rosją a Zachodem. Pierwsze takie wydarzenie miało miejsce w marcu, kiedy to omal nie doszło do kolizji między samolotem pasażerskim startującym z Kopenhagi a rosyjskim samolotem, który nie poifnormował o swojej pozycji. Do drugiego doszło we wrześniu w Estonii kiedy to pracownika tamtejszego wywiadu uprowadzono do Moskwy i oskarżono o szpiegostwo. Miało to miejsce tuż po wizyce Baracka Obamy w krajach bałtyckich i złożeniu przez niego gwarancji bezpieczeńswa dla tych państw. Pod koniec października u wybrzeży Szwecji trwało z kolei poszukiwanie tajemniczego obiektu, który pływał w pobliżu Sztokholmu, strona rosyjska zaprzeczyła jakoby jakakolwiek łódź podwodna Federacji pływałą w tamtej okolicy.

W obliczu sankcji, konfliktu na Ukrainie, zajęciu Krymu a także narastającej wojny ideologicznej między Rosją i Zachodem, takie incydenty nie mogą być bagatelizowane, a Rosjanie od pewnego czasu zdają się prowokować i sprawdzać szybkość reagowania sił NATO. Tylko w zeszłym tygodniu mieliśmy kolejne, tym razem aż 3 incydenty związane z lotnictwem:

Norweskie wojsko poinformowało, że ich samoloty bojowe omal nie zderzyły się z rosyjskim myśliwcem, który znalazł się w niedużej odległości od nich. Incydent miał miejsce na północy kraju. 

Finowie z kolei zgłaszają niezwykle wysoką aktywność rosyjskich wojsk nad Morzem Bałtyckim i Zatoką Fińską. Twierdzą, że zaobserwowano między innymi bombowce, myśliwce oraz samoloty transportowe, krążące między terytorium Rosji a Obwodem Kaliningradzkim.

Według relacji sił NATO rosyjskie samoloty były wielokrotnie widziane nad Bałtykiem, zaobserwowano ich w sumie ponad 30 typów,

Jakie są plany Rosjan? Czy któraś z kolejnych prowokacji może zakończyć się wybuchem znacznie poważniejszego konfliktu? Gdzie wówczas znajdzie się Polska? 



poniedziałek, 20 stycznia 2014

Fragment powieści "Kod Władzy", Rozdział 14 Lotnisko Balice, Kraków, Polska

Samolot linii Alitalia podchodził do lądowania. Na znajdującego się na jego pokładzie Poula w lotniskowym holu oczekiwało dwóch księży. Zostali wysłani po watykańskiego gościa przez krakowskiego metropolitę.
Kardynał został powiadomiony o misji Poula wbrew zwykłej procedurze. Nie było w zwyczaju informowanie zarządzających regionalnymi strukturami Kościoła o tajnych misjach specjalnych wysłanników. Mieli oni pomagać, ale nie wiedzieć. Pełna sekretów i dyscypliny kościelna struktura utrzymywała swoją sprawność od setek lat. Tym razem to osoba arcybiskupa spowodowała takie odmienne traktowanie. Był on wieloletnim współpracownikiem poprzedniego papieża. Znał wszystkie tajemnice Watykanu i ukrywane od lat szczegóły mechanizmów światowej polityki. Był kimś znaczącym. Czekający na lotnisku księża rozglądali się nerwowo. Oczekiwany gość pojawił się po dłuższej chwili w rozsuwanych drzwiach prowadzących z sali przylotów do holu. Spojrzał na czekających. Charakterystyczne stroje i trzymana przez jednego z mężczyzn wiązanka kremowych kwiatów nie budziły wątpliwości, do kogo ma podejść. Przywitanie było krótkie, pełne wyćwiczonej z obu stron uprzejmości. 

Mężczyźni wyszli przed budynek lotniska. Kierowcy służbowego czarnego mercedesa udało się zaparkować
pod samym wejściem. Zauważył schodzących po szerokich schodach. Wyszedł z samochodu i otworzył tylne drzwi przed najważniejszą w tym dniu osobą. Włożył jego walizki do bagażnika. Po chwili pojazd z ciemnymi szybami ruszył w kierunku centrum zabytkowego miasta. To właśnie tam znajdowała się siedziba kardynała – w sercu miasta stu kościołów i zamku królów polskich wznoszącego się majestatycznie nad zakolem największej rzeki w tej części Europy – Wisły. Dojechali na miejsce. Towarzyszący księża wskazali swojemu gościowi przygotowany dla niego pokój. Wymienili jeszcze kilka grzecznościowych słów i pożegnali się. 

Poul wziął prysznic i przebrał się. Za pół godziny miał wyznaczone spotkanie z kardynałem. Pomimo iż przywykł do przebywania wśród znamienitych postaci, czuł lekki niepokój. Człowiek, z którym miał się spotkać, onieśmielał swoich rozmówców. Znacząca przez lata postać Watykanu bez rozgłosu i zbędnego rytuału wyznaczała losy setek ludzi. To jego opinia była przez dziesięciolecia najbardziej istotną dla podejmowanych przez papieża decyzji. Powiernik, przyjaciel, ale z drugiej strony – strateg i największy znany mu bank wszelakich informacji.

Poul czuł niepokój, a może podniecenie przed spotkaniem. Starannie się do niego szykował. Usłyszał pukanie do drzwi swojego pokoju.
– Proszę.
W drzwiach stanął jeden z księży odbierających go z lotniska.
– Przepraszam, że przeszkadzam. Kardynał prosił, bym przekazał wiadomość – powiedział.
– Proszę bardzo – Poul życzliwie się uśmiechnął.
– Dzisiejsze spotkanie zostało przełożone na godzinę dwudziestą.
Kardynał przeprasza, ale nagle poprosił go dzisiaj o rozmowę premier. Przyjeżdża specjalnie w tym celu do Krakowa. Kardynał chce wynagrodzić tę zmianę planów, zapraszając na skromną kolację.
– Ależ oczywiście, będę zaszczycony. Może jakaś podpowiedź, co mógłbym robić do wieczora? – zapytał.
– Polecam spacer po krakowskim rynku, ewentualnie zwiedzanie zamku. Wawel jest piękny. Znajduje się kilka minut stąd.
– Wspaniale. W takim razie z przyjemnością się tam wybiorę.

To doskonała okazja, by zobaczyć zabytkowe miasto. Jestem wdzięczny kardynałowi za zaproszenie. Ksiądz pożegnał się i opuścił pokój. Poul został sam. Po chwili wyszedł przed siedzibę kardynała. Poszedł przez park w kierunku zamku. Wszedł po wznoszącej się kamiennej drodze na teren wspaniałej historycznej budowli. Katedra, w którym koronowano królów Polski i królewskie komnaty zafascynowały go. Po dwóch godzinach, pozostając pod wrażeniem tego, co zobaczył, poszedł wolno w kierunku rynku, mijając zabytkowe kamienice, najstarsze i najwspanialsze kościoły. Nie mógł się jednak pozbyć wrażenia, że czuje na sobie czyjś wzrok. Od czasu do czasu rozglądał się dyskretnie dookoła, ale nikogo podejrzanego nie udało mu się dostrzec. Znalazł się na głównym placu miasta, a stojący na jego środku piękny budynek zachęcał do wejścia do środka. Wśród kilkudziesięciu kolorowych straganów kręciło się sporo turystów. Można było usłyszeć wiele języków z różnych stron świata. Poul kupił kilka pamiątek dla swoich rzymskich przyjaciół. Wyszedł na zewnątrz. Z prawej strony przed przepięknym kościołem stały parasole otoczone tysiącami kwiatów. Poula zachwycały kwiaty. Kojarzyły mu się z ogromnym ogrodem jego rodziców i ich starym domem położonym w Toskanii. Wracał tam często, choć jedynie pamięcią. Zanurzył dłonie w kwiatach, dotykał ich delikatnych płatków. Nagle usłyszał świst. Stojący tuż obok niego gliniany wazon rozprysł się dziesiątkami kawałków i tysiącami kropel wody.
– Boże…! Czy ktoś do mnie strzela…?! – pomyślał gorączkowo.
Odwrócił się szybko za siebie. Zobaczył zamieszanie kilkanaście kroków dalej. Jakiś mężczyzna rozepchnął tłumek stojących wokół niego osób. Zaczął uciekać. Poul stał w miejscu jak wryty. Sparaliżowany strachem. Widział, jak ktoś ucieka w poprzek największego w Europie rynku. Czuł, jak krew odpływa mu w kierunku nóg. Trwało to dłuższą chwilę. Szukał bezpiecznego miejsca. Zobaczył kościół. Podenerwowany tłumek zaczął się już rozchodzić. Na placu znajdowały się tysiące ludzi, wszystko wyglądało tak, jakby nic się nic stało. Krzyki, rozpychanie się, bieganina. Straganiarz zaczął zbierać kawałki glinianego wazonu. Nie wiedział, co było przyczyną jego rozpadnięcia się. Kręcił głową wzruszając ramionami. Poul ruszył w kierunku pobliskiego kościoła. Wszedł do jego chłodnego wnętrza. Podszedł do bocznego ołtarza. Uklęknął.

– Ojcze nasz, któryś jest w niebie…

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Fragment powieści "Kod Władzy", Rozdział 13 Szczytno, Polska

Przez otwarte okno słychać było głosy dzieci grających w piłkę na szkolnym boisku. Komisarz Michał Konieczny kończył spisywanie protokołu. Marc i Monik najbardziej przekonująco, jak tylko potrafili, jeszcze raz opowiedzieli swoją wczorajszą przygodę. Komisarz, nawet gdyby myślał coś innego, starał się traktować sprawę zupełnie normalnie. Nie tylko w tych okolicach kradzieże samochodów, zwłaszcza zagranicznym turystom, zdarzały się bardzo często. Gdyby nie udział samochodu w nocnym pościgu i katastrofa helikoptera, sprawa ta niczym nie różniłaby się od wielu innych.



Policjant dokładnie wypytał o powód wizyty i pochodzenie zatrzymanych. Fakt, iż byli dziennikarzami, sprawił, że traktował ich ostrożniej, niż miał to w zwyczaju. Pisząc protokół, zastanawiał się jednak, czy to właśnie oni mogli wczoraj w nocy obserwować lotnisko. Dziennikarze, teren wojskowy – wszystko to wydało mu się wysoce podejrzane. Ale nie miał dowodów na obecność Niemców w Szymanach.
– To chyba byłoby wszystko. Czy zamierzacie państwo zostać w tej okolicy dłużej? – zapytał.
– Sami jeszcze nie wiemy – odparł Marc. – Mieliśmy zamiar wyjechać jutro, ale teraz… bez samochodu… – zawahał się.
– To nie będzie problem – odpowiedział komisarz. – Mam dla państwa dobrą wiadomość. Odzyskaliśmy wasz pojazd. Jak widać, nie jesteśmy gorsi od niemieckiej policji – uśmiechnął się.
– Ależ to doskonała wiadomość! – wyraźnie ucieszył się Marc.
– Czy możemy nim wrócić do miejsca, w którym się zatrzymaliśmy?
– Dzisiaj nie, musimy go jeszcze zatrzymać na dzień lub dwa – wymaga tego procedura. Proszę się nie niepokoić. Musimy zabezpieczyć ślady ewentualnych złodziei.

Komisarz starał się nie zdradzać nadmiernego zainteresowania sprawą. Jeszcze przed rozmową wydał polecenie, by dyskretnie śledzić tę dwójkę. Od lat nie ufał nikomu. Prowadząc skomplikowane śledztwa, nasłuchał się już sporo opowieści niemających nic wspólnego z rzeczywistością. Nie powiedział również tego, że został przysłany z Warszawy do wyjaśnienia sprawy katastrofy helikoptera w ścisłej współpracy z wojskowymi służbami.

– Gdybyście państwo chcieli się oddalić z tej okolicy, proszę nas uprzedzić – powiedział komisarz. 
– Oczywiście. Nie mamy takich planów. Będziemy cierpliwie czekać na wiadomość od pana – odparł Marc.
Pożegnawszy się z komisarzem, Monik i Marc wyszli przed budynek komisariatu policji.
Głęboko odetchnęli dokładnie w tym samym momencie. 
– Uff… wygląda na to, że mieliśmy szczęście – powiedziała Monik.
– Oby – odparł Marc. – Mam wrażenie, że za łatwo poszło. Ten komisarz nie wyglądał na naiwniaka. Coś mi mówi, że to nie koniec naszej przygody.
– Tak sądzisz? Może masz rację – zaniepokoiła się.
– Póki co mamy tu jeszcze coś do zrobienia. Musimy chyba trochę przedłużyć nasz pobyt. Masz coś przeciwko temu?
– Ależ nie. Czas z tobą zaczyna przypominać urlop z Bondem – uśmiechnęła się. 
– O, pochlebiasz mi – Marc odwzajemnił uśmiech. – Brakuje mi tylko Astona Martina. Na razie chodźmy na pocztę. Zadzwonimy do redakcji. Musimy przekazać im, co się dzieje, a chyba lepiej nie rozmawiać z naszych telefonów komórkowych. Zadzwonimy i wracamy do Kajetana. Nie sądziłem, że nasz pobyt tu nabierze takiego przyspieszenia. Chodźmy. 
Gdy przechodził przez pasy, Marc odwrócił się, a jego wzrok napotkał spojrzenie mężczyzny w kapeluszu siedzącego w pobliskim barze. Chciał zapamiętać jego twarz, ale gdy odwrócił się po raz drugi, stolik, przy którym siedział nieznajomy, był pusty. Ruszyli w kierunku małej poczty.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Fragment powieści "Kod Władzy": Rozdział 11 - Watykan

Poul siedział naprzeciwko kardynała Carrasoniego, który patrzył na niego z życzliwym uśmiechem.
– Prosiłeś mnie rano o informację? – zapytał Poula.
– Tak, to bardzo ważne. Dostałem zadanie od Ojca Świętego.
– Wiem – przerwał mu kardynał. – Masz wyjaśnić sprawę, którą zajmował się tragicznie zmarły przyjaciel Romanazzi. To nie będzie łatwe zadanie.
– Domyślam się – odparł Poul. – Czy coś wiadomo w sprawie śmierci kardynała?
– Staramy się ją wyjaśnić, jednakże wszystkie działania trzymamy w największej tajemnicy. Nie potrzeba nam sensacji na pierwszych stronach gazet. Ta śmierć wydarzyła się przecież na oczach papieża. To on mógł paść ofiarą zamachu. Może właśnie tak miało być. Ktoś wymienił szybę w jego apartamencie. Tak przypuszczamy.
– To bardzo dziwne – odparł Poul.
– Jestem przekonany, że w Watykanie działa ktoś, kto z oczywistych względów uczestniczył w przygotowaniu morderstwa. Powinniśmy teraz wszyscy szczególnie uważać… Ale przejdźmy do tego, z czym do mnie dzisiaj przyszedłeś. Pojedziesz do Krakowa. Zgłosisz się do kardynała, który tam na ciebie czeka. Skontaktuje cię z człowiekiem, którego szukasz. Nie zwlekaj, to naprawdę ważna sprawa. Czekam z niecierpliwością na wiadomości od ciebie. Kardynał wstał, wyciągając na pożegnanie rękę do Poula.
– Życzę ci powodzenia. Uważaj na siebie – powiedział życzliwie.
– Jedź i wracaj zdrów. Niech cię Bóg prowadzi.
– Dziękuję. Dziękuję za informacje, a szczególnie za okazaną życzliwość i troskę.
Poul uścisnął chłodną dłoń kardynała.





Rozdział 12
Stare Kiejkuty, Polska

Zdawać się mogło, że kolejny dzień nie różnił się od dwóch poprzednich. Jednak brak różnicy polegał jedynie na podobnie pięknej pogodzie. Wszystko pozostałe było już inne. Spokój, rozleniwienie i znużenie długą podróżą były dla Marca i Monik jedynie wspomnieniem. Wczorajsza noc zmieniła ich wycieczkę w prawdziwy koszmar. Ścigani dobiegli w nocy do chaty i wślizgnęli się cicho do swojego pokoju. Do rana uzgadniali, co powiedzą, gdy ktoś ich zapyta, dlaczego ich samochód pozostał w lesie. Zasnęli, kiedy świtało zgasło? Teraz spali głęboko, czasem tylko poruszając się nerwowo we śnie na swoich łóżkach.

Przed chatą krzątał się Kajetan. Przygotowywał śniadanie dla siebie i swoich gości. Zastanawiał się, gdzie zniknął ich samochód. Gdy wrócili, już spał. A sen miał jak w najlepszych dziecięcych latach. W oddali słychać było dźwięk policyjnej syreny. Miał wrażenie, że zbliżał się on do jego chaty. Podszedł do balustrady oddzielającej taras od pachnącej poranną rosą łąki. Na polanę wtoczył się jadący szybko policyjny wóz. Podjechał bliżej i zatrzymał się. Z jego wnętrza wysiadło dwóch funkcjonariuszy. Pełne uzbrojenie oraz hełmy na głowach zaniepokoiły Kajetana. Policjanci podeszli do tarasu.
– Dzień dobry. Pan tu mieszka? – zapytał wyższy z nich, będący jednocześnie kierowcą samochodu.
– Tak, razem z żoną spędzamy tu sporo czasu. Jesteśmy z Warszawy, ale bardzo polubiliśmy to miejsce – starał się rozładować wyczuwalne napięcie. – Żony nie ma w tej chwili.
– Czy wobec tego jest pan sam? Z żoną? – zapytał policjant.
– Nie, od przedwczoraj są u mnie goście.
– Kim oni są? – zapytał natychmiast policjant.
– To dwoje Niemców, dziennikarzy. Przyjechali pisać o Mazurach i zatrzymali się przypadkowo u mnie. Nie znaliśmy się wcześniej ale polecił mnie im mój znajomy – odpowiedział.
– Niemcy? – zdziwił się policjant. – Pan zawsze przyjmuje nieznajomych?
– Czy to coś złego? Nie mam tego w zwyczaju, ale pomyślałem, że co mi szkodzi. Chciałem być po prostu uprzejmy, a rekomendacja wystarczająca – uśmiechnął się.
– A gdzie są pańscy goście? Jak tutaj dotarli?
– Śpią jeszcze… Sam jestem zaskoczony, bo nie widzę ich samochodu. Wrócili w nocy, gdy spałem… widocznie musieli go gdzieś zostawić. Może się zepsuł?
– Jaki to był samochód? – zapytał policjant.
– Duże granatowe audi – opowiedział Kajetan.
Policjanci spojrzeli na siebie porozumiewawczo.
– Czy wie pan coś jeszcze o swoich gościach? – kontynuował pytania policjant.
– Nie rozmawialiśmy za wiele… przyjechali niedawno, mieli zatrzymać się u mnie na kilka dni i napisać artykuł. Odpoczywali.
Czy mam ich obudzić?
– Proszę – odparł policjant.
Policjanci weszli na taras. Drugi z nich odpiął zabezpieczenie pistoletu.
Kajetan zniknął w chacie.
Podszedł do drzwi pokoju. Zapukał. Nikt nie opowiedział. Zrobił to jeszcze raz, tym razem znacznie energiczniej.
– Tak? – usłyszał zaspany głos Marca.
– Dzień dobry. Chciałem państwa prosić na taras. To pilne, pyta o państwa policja.
– W porządku, już się zbieramy – odparł Marc.
Kajetan wrócił na werandę.
– Zaraz będą – zwrócił się do policjantów. – Napijecie się czegoś panowie?
– Nie, dziękujemy. Poczekamy na pańskich gości.
Minęło kilka minut.
W drzwiach chaty ukazała się Monik, a w ślad za nią Marc. Wyszli na werandę wyraźnie rozespani.
– Dzień dobry – Marc zwrócił się do policjantów. – Jestem Marc, a to moja redakcyjna koleżanka Monik. Oboje pracujemy dla poważnej gazety… Nie wiedziałem, że polska policja tak szybko działa.
– Tak? – zdziwił się policjant. – Szybko działa? A czego dotyczy to spostrzeżenie?
– Wczoraj wieczorem skradziono nam samochód, czyżbyście panowie mieli dla nas jakieś dobre wiadomości? – Marc starał się mówić tak, by jego głos brzmiał normalnie.
– Skradziono wam samochód? – zapytał policjant. – A o której i gdzie państwo to zgłosili?
– Problem w tym, że tego nie zgłosiliśmy… Nie mieliśmy okazji.
Samochód skradziono nam z leśnego parkingu parę kilometrów stąd. Ledwie trafiliśmy tutaj, do chaty. Nie znamy okolicy i baliśmy się pobłądzić. Tutaj nic w nocy nie jeździ i nie byliśmy w stanie dostać się do jakiejś najbliższej miejscowości.
– Jak to dokładnie się stało? – zapytał policjant.
– Ach, nic nadzwyczajnego. Zwiedzaliśmy trochę okolicę. Właściwie już wracaliśmy, była może 21:30. Monik – wskazał na nie ręką – poprosiła, abym się na chwilę zatrzymał.
Kajetan w tym czasie starał się tłumaczyć Monik treść rozmowy Marca z policjantami.
– Tak – wtrąciła się Monik – chciałam, jakby to powiedzieć, załatwić potrzebę fizjologiczną.
Kajetan przetłumaczył słowa Monik.
– Zatrzymaliśmy się na leśnym parkingu. Monik udała się w stronę pobliskiego zagajnika, a ja poszedłem w przeciwnym kierunku. Niestety zostawiłem nie tylko otwarte drzwi samochodu, ale i kluczyki w stacyjce. Proszę mi wierzyć, nie sądziłem, że coś takiego może nas tutaj spotkać. Słyszałem, że w Polsce często się to
zdarza, ale w takiej głuszy?
– Tak. Wszystko co pan powiedział wymaga formalnego opisania – powiedział policjant. – Pojedziecie państwo z nami na posterunek i tam złożycie zeznania.
– Oczywiście. Już się zbieramy. Przepraszamy za kłopot. Zabierzemy dokumenty.
– Nie zostały skradzione? – Zdziwił się policjant.
– Na szczęście nie, Monik miała je w torebce. Zabrała ją ze sobą.
– Spojrzał na policjanta szukając w nim akceptacji swoich słów.
– Zaraz będziemy gotowi.
Marc i Monik weszli do chaty. Zabrali dokumenty, a wychodząc, pożegnali się z Kajetanem.
– Bardzo cię przepraszamy za kłopot. Nie wiem, o której będziemy z powrotem – odezwał się Marc.
– Nic się nie stało. To wy macie kłopot. Mam nadzieję, że samochód się znajdzie i to szybko – powiedział Kajetan. Marc i Monik wsiedli do policyjnego radiowozu, który zatoczywszy koło obok chaty, oddalił się w kierunku głównej drogi.
Kajetan patrzył jeszcze chwilę na unoszący się kurz. Przez jego głowę przebiegały liczne pytania, na które jeszcze nie znał odpowiedzi.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Fragment powieści "Kod Władzy". Rozdział 3: Szymany, Polska

Jeśli ktokolwiek miałby ochotę, aby odwiedzić międzynarodowe lotnisko w Szymanach, niech nie oczekuje tablic wskazujących kierunek, wytwornego terminala i ryku silników samolotowych startujących co jakiś czas. Nawet najbardziej zafascynowany podróżami lotniczymi, nie miałby najmniejszej szansy tu trafić. Stary zapomniany obiekt kryją mazurskie knieje. Betonowy pas startowy już mocno sfatygowany, z biegającymi po nim swobodnie leśnymi zwierzętami. Na pierwszy rzut oka nic ciekawego nie może się tu wydarzyć. Obszar ten jednak od lat kryje prawdziwą tajemnicę. Niedaleko lotniska znajdują się Stare Kiejkuty położone na północ od Szyman.

Maleńka wieś. Trzydziestu pięciu mieszkańców w trzydziestu dwóch domach. Znaczna część spośród nich zatrudniona jest w tajnej jednostce wojskowej. Kobiety pracują głównie przy obsłudze wojska, mężczyźni wykonują drobne naprawy, a z racji tego, że robią to dla przyszłych szpiegów, są nauczeni milczenia. Jednostka ta jest ściśle tajna. Kiejkuty dzielą się na dwie części leżące po przeciwnych stronach jeziora Starokiejkuckiego. Właściwie wieś ciągnie się tylko wzdłuż głównej szosy. Do części drugiej, w której znajduje się podobno ośrodek wypoczynkowy, prowadzi droga lokalna. Już na samym jej początku umieszczony jest zakaz wjazdu. Nic nie wskazuje na to, że jest to teren strategicznego obiektu wojskowego. Dopiero po kilkudziesięciu metrach można dojrzeć przybitą gwoździem do drzewa tabliczkę z zakazem fotografowania i ostrzeżenie o rozpoczynającej się strefie wojskowej. Kilometr dalej znajduje się Jednostka Wojskowa 2669, wtajemniczonym znana jako Ośrodek Kształcenia Kadr Wywiadu, prawdziwa szkoła szpiegów.

* * *

Marc obudził się przed piątą.
Spojrzał na śpiącą w łóżku obok Monik.
– Urocza ta moja towarzyszka podróży – pomyślał.
Gospodarz zaprosił ich do pokoju z dwoma łóżkami. Pozwoliło to na uniknięcie niezręcznej dla obojga sytuacji. Marc był w dobrym nastroju, wstał z łóżka i podszedł do okna.
– Piękna pogoda. Aż chce się żyć… – uśmiechnął się do siebie.
Po cichu wszedł do łazienki, którą wczoraj wskazał im gospodarz.
Wytłumaczył się, że wczesna godzina jego aktywności związana jest z pasją porannego wędkowania. Zabrał ze sobą sprzęt nie tylko z chęci usprawiedliwienia wizyty na Mazurach, ale i trochę dla spełnienia własnego, rzadko uprawianego hobby. Ogolił się, wziął prysznic. Wrócił do pokoju, by się ubrać. Nie chciał obudzić Monik. Jeszcze raz spojrzał w jej kierunku.
– Będzie zła, że ją zostawiłem. Trudno, mój tajemniczy rozmówca mógłby się spłoszyć – usprawiedliwił się przed sobą.
Wyszedł do samochodu. Spojrzał w niebo.
– Ale pogoda – powtórzył w myślach swoją wcześniejszą myśl.
Sądził, że nie powinien mieć problemu ze znalezieniem drogi. Ruszył zostawiając chatę za sobą. Samochód toczył się cicho, wyjechał na asfaltową szosę. Po kilkudziesięciu minutach był w pobliżu lotniska. Nie zauważył niczego, co mogłoby go zaniepokoić. Zatrzymał się. Wyjął ze schowka kartkę papieru, na której zrobił szkic dojazdu zgodnie z instrukcją otrzymaną od telefonicznego rozmówcy. Cofnął samochód i wjechał w równoległą leśną ścieżkę.
– Koniec jazdy – pomyślał wysiadając z auta. – Dalej pieszo.
Ruszył w kierunku miejsca niezwykłego spotkania. Nie docierały tutaj odgłosy pobliskiego lotniska. Marca przepełniło znane mu uczucie podnoszącej się adrenaliny i ciekawości. Tak jak wtedy, gdy w Londynie spotkał się z informatorem tajnego stowarzyszenia byłych oficerów Stasi. Wtedy jednak jego życiu groziło niebezpieczeństwo.
Tym razem sam nie wiedział czego się spodziewać.
– Dotychczas wydawało mi się, że takie miejsca są wyłącznie poza Europą – diabeł mówi tu dobranoc – pomyślał.

Droga, którą się poruszał, wyglądała na nieużytkowaną. Zarośnięta, z koleinami przypominającymi ślady czołgowych gąsienic.
– To chyba jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów – pocieszył się.
Spotkanie z nieznajomym miało odbyć się przy starym młynie wodnym, który od lat stał opuszczony. To właśnie tam tajemniczy rozmówca Marca wskazał miejsce rozmowy. Sąsiedztwo obiektów wojskowych zmniejszało szanse natknięcia się na okolicznych mieszkańców. Jedynie dzikie zwierzęta biegały swobodnie po tym terenie nieświadome jego znaczenia. Choć gdyby wiedziały, jakich mają naprawdę sąsiadów, znalazłyby sobie pewnie spokojniejsze miejsce do życia. Marc znalazł się na polanie. Chylący się ku upadkowi budynek młyna dodawał polance uroku. Zaczął powoli zbliżać się do zabudowań, starając się robić trochę hałasu, aby nie zaskoczyć swojego rozmówcy.
Na zarośniętym trawą przewróconym młyńskim kole ktoś siedział.
Ubrany był w wojskową kurtkę. Na głowie, mimo narastającego upału, miał wojskowy kapelusz. Jego twarz maskowała zielona chusta. Najwyraźniej chciał pozostać anonimowy.
Marc podszedł do mężczyzny. Wyciągnął rękę w geście powitania.
Szorstka dłoń uścisnęła dłoń Marca.
– Witam, cieszę się, że zechciał się pan ze mną spotkać – powiedział Marc.
– Proszę nie dziękować, w końcu to była moja inicjatywa – odparł mężczyzna. – Chciałem, by ktoś z cywilizowanej części Europy dowiedział się, co się tutaj dzieje. Najpierw towarzyszyli nam Ruscy, a teraz Amerykanie.
– Jacy Amerykanie? Kogo pan ma na myśli? Nic pan wcześniej
nie wspominał – zdziwił się Marc.
– Naprawdę? –nieznajomy wzruszył ramionami. – Nie mówiłem, że samoloty były amerykańskie?
– Nie! Jakie samoloty?
– Być może. W każdym razie samoloty były amerykańskie.
Sprawdziłem to. I jestem pewien, że dzieje się tu coś złego. Ktoś prowadzi jakąś grę skrywaną przed światem. Dlatego do pana zadzwoniłem. Nagle po wielu latach spokoju zaczęły się dziwne lądowania, tajemnicze transporty. Pojawiły się samoloty, jakich te okolice wcześniej nie widziały. Kiedyś pomyślałbym, że to Ruscy coś kombinują, ale teraz? Po Ruskich pozostało tylko wspomnienie.
Najwyraźniej to nasi sojusznicy coś rozrabiają. Jestem przekonany, że to jakaś podejrzana operacja. Liczę na pańską dyskrecję, boję się o swoje życie.
– Ależ oczywiście, mam taki obowiązek – potwierdził Marc.
– No dobrze, co chce pan wiedzieć?
– Proszę opowiedzieć mi o tych samolotach.
– Terminy przylotów były zawsze pilnie strzeżoną tajemnicą. Samolot pojawiał się nagle i tak samo nagle, poza wszelką procedurą, znikał. Pamiętam szczególnie jedno takie lądowanie. Nikt nie uprzedził mnie o tym fakcie. Na krótko przed nim do wieży weszło dwóch cywili, którzy powiadomili obsługę, że za godzinę przyleci niezapowiedziana maszyna.
– Wcześniej tak nie bywało? – zapytał Marc.
– Nie, mówiłem, że lądowano z naruszeniem tradycyjnych procedur.
– Co stało się potem? – zapytał Marc.
– Gdy samolot wylądował, podeszło do niego tylko dwóch oficerów
Straży Granicznej. Zostali przysłani z Kętrzyna. Podjechały też dwa busy z przyciemnionymi szybami. Rejestracje samochodów rozpoczynały się na literę H. Tak samo są oznaczone pojazdy z oddalonej o około dwadzieścia kilometrów szkoły agentów wywiadu w Starych Kiejkutach. Samolot zatrzymał się na pasie w taki sposób, że z okien nie można było zobaczyć, czy ktoś wsiada albo wysiada. Maszyna nie tankowała i po około półgodzinie odleciała.
Busy, nie zatrzymując się przy bramie, odjechały w tamtym kierunku – odwrócił się od Marca, wskazując ręką północ.
– Czy wie pan, jaki był typ samolotów? Chyba się na tym pan zna? Domyślaliście się może, do kogo należały te nietypowe maszyny?– zapytał Marc.
– Gulfstreamy były wynajęte przez CIA lub FBI, tak się u nas mówiło. Lądowały tu już w 2003 roku i jeszcze co najmniej trzy razy. We wrześniu wylądował tutaj pomalowany na biało boeing 737. Samolot zatrzymywał się na pasie w dużej odległości od budynków lotniska, nie zauważyłem również, żeby tankował. Nie towarzyszyła mu wojskowa obstawa, nie było żadnych uzbrojonych wartowników. Po wylądowaniu boeinga podstawiliśmy trap, który w ostatniej chwili okazał się niepotrzebny. Żaden z pasażerów nie zarejestrował się na lotnisku, przy samolocie byli obecni tylko oficerowie z Kętrzyna i busy ze szkoły w Kiejkutach – mówił dalej.
Marc dostrzegł, że jego rozmówca stara się ukryć swoją twarz, poprawiając chustę.
– Skąd pan wie, że właśnie stamtąd? – zapytał coraz bardziej zaciekawiony. 
– Kiedyś, być może wiosną, tak się złożyło, że jechałem za takimi autami z lotniska. Jednym z nich była karetka pogotowia ze szkoły policji w Szczytnie. Samochody jechały właśnie do Kiejkut.

Następnego dnia po każdej z wizyt tych tajemniczych samolotów w Szymanach pojawiali się elegancko ubrani mężczyźni. Lądowania opłacali gotówką, do kasy spółki, która prowadzi to lotnisko. Firma dobrze na tym zarabiała, a na co dzień nie powodzi jej się najlepiej. Dostawaliśmy w takich przypadkach nawet kilka razy więcej niż wynosiła zwykle opłata za lądowanie samolotu tej klasy.
Byliśmy przekonani, że to ze względu na pośpiech towarzyszący lądowaniom, bo przecież o tym, że maszyna się zjawi, dowiadywaliśmy się dosłownie w ostatniej chwili. Z tego co wiem, firma dostawała zwykle około 4 tysięcy złotych za lądowanie samolotu tej klasy.
Inni moi rozmówcy twierdzili, że około 10 – 12 tysięcy. Opłaty lotniskowe za lądowanie gulfstreama wynoszą w Szymanach około 2 tysiące złotych.
– Co pana jeszcze zaniepokoiło? – wypytywał Marc.
– Podczas lądowania amerykańskich samolotów pracowników lotniska nie dopuszczano do obsługi tych maszyn. Czynności obsługi lądowania odbywały się według specjalnej procedury realizowanej tylko przez obsługę samolotu – stwierdził mężczyzna.
– Analogiczne procedury stosowano zazwyczaj przy lotach państwowych VIP-ów. Z tą różnicą, że VIP-y nie miały w zwyczaju się ukrywać.
Mężczyzna zamilkł na chwilę.
– Pewnie zastanawialiście się, kim byli pasażerowie tych samolotów? – zapytał swojego informatora.
Starał się jak najwięcej dowiedzieć od swojego rozmówcy, zastanawiając się jednocześnie nad motywem jego działania. Mężczyzna nie wspomniał dotychczas o jakichkolwiek własnych oczekiwaniach.
– Sądziliśmy, że lądujące tu maszyny przywoziły amerykańskich instruktorów, którzy prowadzili zajęcia w Starych Kiejkutach. Dokładne dane o samolotach z USA są w książce lotów, ale dyrekcja je utajniła.
– Myślę, że potwierdzenie lotów znajduje się również w Agencji Ruchu Lotniczego – powiedział Marc.
– Z pewnością – opowiedział mężczyzna. – Muszę już iść. Zaczynam pracę o siódmej. Jeżeli pojawi się coś nowego, dam znać.
Będziemy w kontakcie. Do kiedy jest pan na miejscu?
– Nie wiem, muszę przemyśleć wszystko, co tutaj dziś usłyszałem. Zdecyduję za kilka godzin. Sporo dowiedziałem się od pana.
– W porządku, znikam. Zadzwonię – rzucił nieznajomy.
– Chciałem jeszcze o coś zapytać. Jak pan myśli – dlaczego cała ta historia zdarzyła się właśnie tu? Przecież wiele jest różnych lotnisk i obiektów wojskowych.
Marc starał się spojrzeć w oczy swojemu rozmówcy.
– Dlaczego tutaj? Widzi pan, właśnie z tego powodu zadzwoniłem do pana. To pan powinien odpowiedzieć na to pytanie. Dziwne to miejsce. Pewnie pan wie, że niedaleko stąd była kwatera Adolfa Hitlera. W historii działy się tu niezwykłe rzeczy.
– A co to może mieć z tym wspólnego? – zapytał Marc. – Dawne dzieje… 
Nieznajomy nie usłyszał ostatnich słów. Podniósł się szybko i odszedł w kierunku lasu. Marc zaskoczony nagłym zakończeniem rozmowy nie zdążył zareagować. Kiedy pomyślał, że nie zapytał o motywy działania swojego informatora, tamten zniknął za ścianą lasu.
Pozostał sam. Po chwili zaczął wycofywać się do miejsca, w którym zostawił samochód. Odnalazł go bez problemu. Ostrożnie zawrócił. Jechał powoli. Był pod wrażeniem uzyskanych informacji. Analizował je dokładnie. Amerykańskie tajne lądowania? Odbywają się codziennie w różnych krajach i nic w tym dziwnego. Dlaczego właśnie w Polsce? Pod osłoną nocy? Dotychczas każdą obecność amerykańską w Polsce poprzedzał medialny spektakl. Czyniono z tego widowisko podobne do lądowania astronautów na Księżycu. Dlaczego właśnie teraz i właśnie tu? Być może rzeczywiście miejscem, do którego zmierzały te nocne procesje, był dawny szpiegowski ośrodek. Może dawny tylko z nazwy? Może miejsce o takiej tradycji dalej spełniało swoją funkcję, tyle tylko, że zmienili się instruktorzy, bo przecież słuchacze mogli pozostać ci sami. Tyle tylko, że instruktorów nie trzeba ukrywać po osłoną nocy? Co zatem ukrywa się nocą? Specjalną broń? Specjalnych gości? Znanego polityka, który dorabia jako wojskowy instruktor? Jedno w tej historii jest pewne – myślał Marc. – Jeżeli te nocne transporty rzeczywiście się zdarzają, to nikt o nich dotychczas nie wie. A już z pewnością jego koledzy po fachu i to może być obiecujące. 
 
Marc po kilkudziesięciu minutach znalazł drogę nad jezioro. Nie przestając analizować słów swojego rozmówcy, dotarł na miejsce. Na pomoście leżała Monik w kolorowym stroju kąpielowym. Opalała się. Przycumowanej wcześniej do pomostu łodzi nie było. Marc nie dostrzegł też nigdzie gospodarza. Zbliżał się do miejsca, w którym odpoczywała kobieta.
– Muszę jej wszystko opowiedzieć – pomyślał. – Pewnie jest wściekła, że jej nie zabrałem.

poniedziałek, 28 października 2013

Fragment powieści "Kod Władzy": Stare Kiejkuty cz. III

 Poprzednia część rozdziału do przeczytania tutaj:

Fragment powieści "Kod Władzy": Stare Kiejkuty cz. II


–  Ach, te polskie drogi – pomyślał .
Jazda  we  wskazane  przez  tajemniczego  rozmówcę  miejsce  budziła w nim mieszane uczucia .To, że na lotnisku lądują jakieś samoloty, nie jest jeszcze czymś nadzwyczajnym . Faktem jest, że byli niedaleko od miejsca, w którym kilkadziesiąt lat temu zbudowano tajną kwaterę Adolfa Hitlera .Wiedział, że to właśnie  tutaj  decydowały  się  losy  wschodniej  części  Europy . Widział, że to właśnie tutaj Hitler cudem uniknął śmierci. Możliwość odwiedzenia sąsiedniego kraju, w którym znajdowało się miejsce owiane  tajemnicą,  ucieszyła  go . Polska  pełna  była  śladów  i  blizn przeszłości .Tajemnicze zamki, podziemne korytarze, ukryte skarby zostały wpisane w jej historię .
–  Chyba  jesteśmy  już  na  miejscu  –  odezwał  się  do  swojej  towarzyszki .Możemy pojechać do Szczytna i tam poszukać miejsca do spania lub znaleźć coś tutaj, w jakiejś prywatnej kwaterze .Co robimy?
–  Jest mi wszystko jedno… Może rozejrzymy się po okolicy? Za chwilę będzie ciemno .Wiesz, amoże pojedziemy do tego miejsca, które polecił mi kolega z redakcji?
– Możemy, spróbuję je wobec tego znaleźć.
Samochód toczył się spokojniej.
–  Czy ten człowiek kontaktował się jeszcze później z tobą? Czy zostawił ci jakieś namiary na siebie? – wróciła do poprzedniej rozmowy .
–  Nie. Nie chciał .Podałem mu swój numer telefonu komórkowego .Prosiłem, żeby zadzwonił, gdyby zdarzyło się coś ważnego .
Na tym rozmowa się skończyła .
–  Kiedy to było? – zapytała .
Zastanawiał się przez chwilę .
–  Jakieś trzy tygodnie .Musiałem uporać się z bieżącymi tematami – chciałem tu przyjechać. Zadzwonił po dwóch tygodniach, poprosił o spotkanie .Na miejscu w Szymanach .Właściwie wezwał
mnie na to spotkanie .Był tak zdecydowany, że nawet nie pomyślałem o odmowie .Zaskoczyło mnie tylko bardzo dokładne wyznaczenie terminu – jutro o 6 rano… Postanowiłem spotkać się z tym
człowiekiem .Pojechać do Polski .Cieszę się, że dałaś się namówić na wspólny wyjazd .
–  Ależ nie mogę odpuścić takich tematów .W końcu wszystko
dopiero przede mną – zaśmiała się .
–  Zdecydowanie – potwierdził .
Samochód zjechał z asfaltu w leśną drogę biegnącą wśród iglastych drzew .Na jej końcu, jak się po chwili okazało, znajdowało się jezioro .
Nad jego brzegiem stała stara chata, jak z realistycznego obrazu .
Otoczona  była  pochylającym  się  płotem,  a  z  taflą  wody  łączył  ją niezbyt szeroki drewniany pomost prowadzący w głąb jeziora. Do niego przycumowana była mała łódka .
Rozpościerająca się obok łąka porośnięta była ziołami i polnymi kwiatami .
–  Miejsce jak z bajki .To tutaj .Zaraz się przekonamy, czy twój kolega dobrze nam doradził – zapytał.
–  Boże, nie wiedziałam, że coś takiego istnieje! – zachwyciła się .
– Nie powiedział mi, że jego znajomy mieszka w tak cudownej okolicy .
Powoli podjechali pod chatę, tak aby nikogo nie wystraszyć swoim nagłym pojawieniem się .

poniedziałek, 21 października 2013

Fragment powieści "Kod Władzy": Stare Kiejkuty cz. II

Dalszy ciąg drugiego rozdziału powieści "Kod Władzy", poprzedni fragment możecie przeczytać pod tym linkiem.

Mężczyzna, skupiony na jeździe milczał. Kobieta wyglądała na lekko zmęczoną. Przeciągnęła się na siedzeniu, które po wielu godzinach jazdy stawało się coraz mniej wygodne.
– Jesteś pewien, że ta wyprawa ma sens? – zapytała.
– Wiesz, w naszym zawodzie czeka cię sporo takich doświadczeń, kiedy długo nie będzie można powiedzieć, że to co robisz w danej chwili, ma sens. Chyba ma – uśmiechnął się .
– No tak, mój ojciec, przestrzegał mnie przed tym zawodem .Wiesz, nie chciał, bym pracowała w rodzinnym interesie – poirytowała się.
– Rodzinnym interesie? – mężczyzna roześmiał się .– Ładnie to nazwałaś .Ogromny światowy koncern, potentat prasowy. Szkoda, że nie jestem synem twojego ojca.Wiedziałbym, co z tym zrobić – zażartował .
– Zawsze możesz zostać jego zięciem – zadrwiła.
Mężczyzna zmieszał się.
– To na szczęście tak prawdopodobne jak wygrana na loterii – odparł.
Spojrzała na niego marszcząc brwi.
– Nic się nie bój, już tata znajdzie dla mnie jakiegoś bankrutującego księcia.
Słabnący blask zachodzącego słońca przebijał się przez sosnowe igły. Widok za oknem zachęcał do zatrzymania samochodu, jednak nie to było zamiarem kierowcy.
– Mam nadzieję, że dojedziemy przed zmrokiem – odezwał się.
– Myślisz, że znajdziemy jakieś wygodne miejsce, gdzie moglibyśmy się zatrzymać? – kobieta miała już wyraźnie dość podróży.
– Sądząc po tym, co planujemy, raczej celę z niewygodnymi pryczami – mimo zmęczenia nie opuszczał go dobry nastrój – ale nie jestem pewien, czy nas do tego oryginalnego hotelu wpuszczą.
Spojrzała na niego, wyraźnie się ożywiając.
– Przeanalizujmy twoją rozmowę z informatorem raz jeszcze.
Możesz ją powtórzyć?

Zamyślił się, starając przypomnieć sobie zdarzenie, o które go pytała.
– Telefon do redakcji zadzwonił krótko przed północą. Byłem zaskoczony, bo na ogół o tej porze nikt już nie dzwoni… siedziałem nad artykułem o dostawach broni do Iraku…
– Wspominałeś coś o tym – wtrąciła kobieta – Udało ci się dotrzeć do pośrednika.
– Właśnie… wówczas całkowicie mnie to pochłaniało .Jak mówiłem, zadzwonił telefon. Podniosłem słuchawkę. Po drugiej stronie odezwał się niski męski głos mówiący po niemiecku ze wschodnim akcentem.
– Myślisz, że to był Polak?
– Nie wiem… tak trudno ich odróżnić od Rosjan.
Odkręciła butelkę z coca-colą.
– Ledwo żyję… Przepraszam. I co powiedział?
– Zapytał o mnie. Doskonale wiedział z kim chce rozmawiać.
Mam wrażenie, że chciał się upewnić, że ma do czynienia właśnie ze mną… To nie był przypadkowy telefon.
Uniosła brwi ze zdziwieniem.
– Dziwne. Skąd wiedział, że siedzisz w redakcji tak długo. Zresztą, to akurat nieważne. Co było dalej?
– Stanowczo poprosił o dyskrecję .Przedstawił się jako pracownik lotniska w Szymanach. Nie wiedziałem, o jakich Szymanach mówi. Precyzyjnie określił lokalizację. Powiedział, że na tym niewielkim lotnisku lądują od pewnego czasu jakieś podejrzane samoloty.
Poprawiła się na fotelu.
– Samoloty? – powtórzyła – Co miał na myśli?
– Stwierdził, że samoloty odlatywały natychmiast po lądowaniu z pominięciem standardowych procedur.
– Czy powiedział ci, dlaczego zadzwonił właśnie do ciebie?
– Tak, powiedział, że zna moje publikacje. Wytłumaczył, że zaskoczył go fakt, iż pracownicy dostawali wtedy zaskakująco wysokie premie .Nocne lądowania bez zapowiedzenia, premie, wszystko to wydało mu się bardzo dziwne.
– To logiczne, ale dlaczego nie zadzwonił do jakiejś polskiej gazety? Z pewnością też by się tym zainteresowali.
– Mówił, że nie ufa polskiej prasie. Wiesz, powiedział mi coś jeszcze. Coś, co wydało mi się zupełnie nieprawdopodobne.
– Co takiego? – zapytała.
– Powiedział, że domyśla się, co dzieje się w tym ukrytym przed
ludźmi miejscu, ale nie wyjawił co miał na myśli.
W samochodzie zapanowało milczenie. Mężczyzna zmarszczył czoło, przypominając sobie tamtą rozmowę. Kobieta zastanawiała się nad tym, co powiedział. Spojrzała przez okno samochodu.
– Nigdy wcześniej o niczym takim nie słyszałam – powiedziała
niepewnie.
– Ja też… na drugi dzień sprawdziłem stronę internetową tego
lotniska. I wiesz, co tam znalazłem?
– Tak?
– Informację, że działalność lotniska została zawieszona – powiedział.
Samochód wtoczył się na kamienistą drogę. Mogło się wydawać, że koniec świata był już blisko . Kierowca starał się prowadzić go tak, by jak najmniej nim rzucało.

poniedziałek, 14 października 2013

Fragment powieści "Kod Władzy": Stare Kiejkuty cz. I

Zapraszam do lektury drugiego rozdziału mojej debiutanckiej powieści.
Stare Kiejkuty, Polska

Zbliżał się wieczór. W jednym z mazurskich jezior można było dostrzec pomarańczowe odbicie promieni słonecznych. Sielski obrazek dopełniał sosnowy las kołyszący się delikatnie w rytm podmuchu popołudniowego wiatru .Do maleńkiej miejscowości o nazwie Stare Kiejkuty trudno było trafić przypadkowo. Ukryta na końcu świata wśród lasów i jezior oddalona była o wiele setek kilometrów od Warszawy.

Jeszcze trudniejsze od znalezienia tej mazurskiej wioski było uzyskanie informacji, że to właśnie tutaj znajduje się tajemniczy ośrodek szkoleniowy polskiego wywiadu. Pilnie strzeżony, położony na uboczu, stał się miejscem częstych wizyt znakomicie wyszkolonych agentów. Przyglądając się mapie trudno było dostrzec położone w pobliżu lotniska Szymany.

Biegnącą wśród lasów wąską drogą jechało granatowe audi A6 na niemieckich numerach rejestracyjnych. Siedzący za kierownicą mężczyzna spokojnie prowadził samochód. Razem z towarzyszącą mu kobietą mogli w tych stronach uchodzić za potomków zamieszkujących kiedyś te tereny Niemców. Mężczyzna miał około czterdziestki. Był wysokim, przystojnym blondynem o śniadej karnacji. Urodził się we Francji, ale od lat mieszkał w Niemczech. W zasadzie swoje francuskie korzenie rozpoznawał bardziej na rodzinnych fotografiach niż w narodowym samopoczuciu. Było w nim jednak mało niemieckiego ducha. Marc, tak na imię miał mężczyzna, był nonkonformistą. Nie poddawał się narzucanej zawodowej dyscyplinie. Buntował przeciw utartym sposobom myślenia i wynikającego z tego postępowania. Szukał zawsze swojej prawdy. Fakt, że szybko się nudził, nie odrywał go od podejmowanych spraw, zwłaszcza wówczas, gdy te wciągały go swoją tajemniczością.

Towarzysząca mu kobieta była znacznie młodsza. Długie, kruczoczarne włosy harmonizowały z jasną cerą i zielonymi oczami. Smukłe nogi znakomicie współgrały z jej szczupłą sylwetką. Była bardzo ładną dziewczyną. Oceniając jej wiek, chyba tak można było o niej powiedzieć. Oboje byli dziennikarzami opiniotwórczego niemieckiego dziennika. Mieszkali i pracowali w Hamburgu. To tam była siedziba ich redakcji. Niedaleko portu. Kierowca samochodu był niezwykle zdolnym, odnoszącym sukcesy na polu dziennikarstwa śledczego człowiekiem. To on był korespondentem tragicznych zdarzeń w Nowym Jorku w 2001 roku. To za jego sprawą zdemaskowano siatkę europejskiej agendy Al-Kaidy, która doprowadziła do zamachów w Madrycie i Londynie. Był wszędzie tam, gdzie działy się ważne dla świata wydarzenia. Często ryzykował życiem realizując swoje materiały. Ryzykował, lecz gdy tylko na jego biurku dzwonił telefon, a temat okazywał się interesujący, pakował walizkę i znikał, pojawiając się w najodleglejszych zakątkach świata.
Kobieta w zasadzie dopiero debiutowała w swoim zawodzie. Była początkująca dziennikarką, tyle tylko, że od pozostałych członków zespołu dziennikarskiego różnił ją jeden znamienny fakt. Była córką właściciela wydawnictwa. Ta potencjalna nobilitacja na co dzień utrudniała jej życie. Ambitna, zdolna dziewczyna otoczona była znaczącymi uśmiechami kolegów po fachu i cieplarnianą atmosferą tworzoną przez funkcyjnych pracowników gazety .„W końcu córka szefa” – zakodowali sobie, kiedy dołączyła do zespołu.Ucieszyła się, kiedy Marc zaproponował jej wspólną podróż. Wyjechali zostawiając krótką informację: „jedziemy realizować materiał, wracamy za kilka dni. Będziemy w kontakcie” . Dokąd pojechali, nie wiedział nawet jej ojciec. Kiedy wyjeżdżała, był w Chicago na kongresie .Usprawiedliwiła się nadzieją, że zdąży wrócić przed jego przyjazdem. Ojciec wprawdzie nie kontrolował jej oficjalnie, ale lubił wiedzieć, co się z nią dzieje.

czwartek, 7 lutego 2013

Fragment powieści "Kod Władzy": Lotnisko w Szymanach

Specjalnie dla Czytelników bloga udostępniam fragment mojej pierwszej powieści "Kod Władzy" poświęcony lotnisku w Szymanach. Sprawa tajnych więzień CIA w Europie (w tym w Polsce) nabiera dziś rozpędu i rozgłosu w mediach. W książce do tematu odniosłem się już dawno temu, zanim w ostatnich dniach medialne doniesienia jeszcze silniej potwierdziły moje obawy. Zachęcam gorąco do lektury!

fot. natemat.pl
Ruszył w kierunku miejsca niezwykłego spotkania. Nie docierały tutaj odgłosy pobliskiego lotniska. Marca przepełniło znane mu uczucie podnoszącej się adrenaliny i ciekawości. Tak jak wtedy, gdy w Londynie spotkał się z informatorem tajnego stowarzyszenia byłych oficerów Stasi. Wtedy jednak jego życiu groziło niebezpieczeństwo. Tym razem sam nie wiedział czego się spodziewać. 

– Dotychczas wydawało mi się, że takie miejsca są wyłącznie poza Europą – diabeł mówi tu dobranoc – pomyślał. 

Droga, którą się poruszał, wyglądała na nieużytkowaną. Zarośnięta, z koleinami przypominającymi ślady czołgowych gąsienic. 

– To chyba jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów – pocieszył się. 

Spotkanie z nieznajomym miało odbyć się przy starym młynie wodnym, który od lat stał opuszczony. To właśnie tam tajemniczy rozmówca Marca wskazał miejsce rozmowy. Sąsiedztwo obiektów wojskowych zmniejszało szanse natknięcia się na okolicznych mieszkańców. Jedynie dzikie zwierzęta biegały swobodnie po tym terenie nieświadome jego znaczenia. Choć gdyby wiedziały, jakich mają naprawdę sąsiadów, znalazłyby sobie pewnie spokojniejsze miejsce do życia. 

Marc znalazł się na polanie. Chylący się ku upadkowi budynek młyna dodawał polance uroku. Zaczął powoli zbliżać się do zabudowań, starając się robić trochę hałasu, aby nie zaskoczyć swojego rozmówcy. 

Na zarośniętym trawą przewróconym młyńskim kole ktoś siedział. Ubrany był w wojskową kurtkę. Na głowie, mimo narastającego upału, miał wojskowy kapelusz. Jego twarz maskowała zielona chusta. Najwyraźniej chciał pozostać anonimowy. Marc podszedł do mężczyzny. Wyciągnął rękę w geście powitania. Szorstka dłoń uścisnęła dłoń Marca. 

– Witam, cieszę się, że zechciał się pan ze mną spotkać – powiedział Marc. 

– Proszę nie dziękować, w końcu to była moja inicjatywa – odparł mężczyzna. – Chciałem, by ktoś z cywilizowanej części Europy dowiedział się, co się tutaj dzieje. Najpierw towarzyszyli nam Ruscy, a teraz Amerykanie. 

– Jacy Amerykanie? Kogo pan ma na myśli? Nic pan wcześniej nie wspominał – zdziwił się Marc. 

– Naprawdę? –nieznajomy wzruszył ramionami. – Nie mówiłem, że samoloty były amerykańskie? 

– Nie! Jakie samoloty? 

– Być może. W każdym razie samoloty były amerykańskie. Sprawdziłem to. I jestem pewien, że dzieje się tu coś złego. Ktoś prowadzi jakąś grę skrywaną przed światem. Dlatego do pana zadzwoniłem. Nagle po wielu latach spokoju zaczęły się dziwne lądowania, tajemnicze transporty. Pojawiły się samoloty, jakich te okolice wcześniej nie widziały. Kiedyś pomyślałbym, że to Ruscy coś kombinują, ale teraz? Po Ruskich pozostało tylko wspomnienie. Najwyraźniej to nasi sojusznicy coś rozrabiają. Jestem przekonany, że to jakaś podejrzana operacja. Liczę na pańską dyskrecję, boję się o swoje życie. 

– Ależ oczywiście, mam taki obowiązek – potwierdził Marc. 

– No dobrze, co chce pan wiedzieć? 

– Proszę opowiedzieć mi o tych samolotach. 

– Terminy przylotów były zawsze pilnie strzeżoną tajemnicą. 

Samolot pojawiał się nagle i tak samo nagle, poza wszelką procedurą, znikał. Pamiętam szczególnie jedno takie lądowanie. Nikt nie uprzedził mnie o tym fakcie. Na krótko przed nim do wieży weszło dwóch cywili, którzy powiadomili obsługę, że za godzinę przyleci niezapowiedziana maszyna.

Powieść "Kod Władzy" można zakupić za pośrednictwem strony autora.

- See more at: http://pomocnicy.blogspot.com/2013/04/jak-dodac-informacje-o-ciasteczkach-do.html#sthash.uAMCuvtT.dpuf