W ostatniej dekadzie nastąpiło kilka przełomów w tworzeniu „sztucznych słońc”, reaktorów jądrowych, które wykorzystują fuzję elementów lekkich do wytwarzania energii. Kopiowanie tego, co gwiazdy robią co sekundę, daje obietnicę nieograniczonej czystej energii, dlatego zainteresowanie reaktorów międzynarodowym ostatnio wzrosło.
Chiny opublikowały informację o planach uruchomienia najnowszego reaktora HL-2M który zlokalizowany jest w Chengdu w Syczuanie, zbudowany przez Southwest Institute of Physics w ramach China National Nuclear Corporation.
Postęp budowy reaktora został ogłoszony na konferencji kilka tygodni temu. HL-2M jest rodzajem reaktora znanego jako tokamak. Wytwarzana energia będzie większa niż jądro Słońca i ograniczony silnymi polami magnetycznymi.
Zespół spodziewa się, że plazma w HL-2M osiągnie 200 milionów stopni Celsjusza (360 milionów stopni Fahrenheita), co podwoi obecny chiński rekord osiągnięty przez innego tokamaka EAST (eksperymentalny zaawansowany tokamak nadprzewodzący). Eksperymenty przeprowadzone na HL-2M będą ważne dla ITER , międzynarodowej współpracy finansowanej przez Unię Europejską z udziałem Chin, Indii, Japonii, Korei Południowej, Rosji i Stanów Zjednoczonych.
Reaktory syntezy jądrowej działają poprzez zamianę wodoru w hel. Centralny "pączek" to komora próżniowa, w której wprowadza się czysty gaz. Potężny prąd elektryczny usuwa gaz z jego elektronów, zamieniając go w plazmę ograniczoną przez silne pola magnetyczne. Zderzenia i dodatkowe metody ogrzewania prowadzą do niewiarygodnych temperatur i ciśnień, a w tych warunkach jądra wodoru łączą się, tworząc hel. Uwalnia to ogromną ilość energii, której część jest przenoszona na ścianę komory, z której można ją wykorzystać i zamienić w elektryczność.
HL-2M jest kolejnym ważnym krokiem naprzód w kierunku chińskiego reaktora testującego inżynierię syntezy jądrowej (CFETR), który wciąż znajduje się w fazie projektowania. Chociaż jest postrzegany jako kolejny krok od ITER, nie jest tak potężny jak DEMO - proponowana pierwsza elektrownia do syntezy jądrowej.
Indyjskie władze budują ogromny podziemny kompleks, w którym najprawdopodobniej trwają prace nad bronią termojądrową. Zaniepokojony jest zarówno Zachód jak i sąsiedzi.
fot. Samat Jain via Creative Commons)
W okolicach miasta Challakere mieszczącym się na południu Indii dokonano niedawno wywłaszczenia mieszkających tam ludzi a przebiegająca przez okolicę droga krajowa została przeniesiona, dotychczasowe granice między miejscowościami zostały przecięte wysokim na 15 stóp murem blokując dostęp do naturalnych ścieżek komunikacyjnych, ziół i drewna opałowego. Ok. 10 lat temu w okolicy zaczęły wysychać studnie, 101 farmerów popełniło samobójstwo z powodu utraconych plonów a władze ogrodziły niezwykle ważny dla okolicy rezerwowy zbiornik Ullarthi. Na pytania mieszkańców władze odpowiadają zdawkowo lub wcale, wyjaśnienia próbowali uzyskać także ekolodzy - bez rezultatu, również oni spotkali się z krótką i wiele mówiącą odpowiedzią: "Nie macie szans na wygraną". Cóż więc tak ważnego znajduje się w tamtym rejonie, że rząd indyjski przyjął tak zdecydowaną postawę?
Jak podaje magazyn Foreign Policy pewnych wyjaśnień dostarczają wypowiedzi emerytowanych pracowników indyjskiego rządu i ekspertów pracujących w Londynie i Waszyngtonie. Sami Amerykanie przyznają, że nie wiedzą dokładnie co Hindusi budują pod ziemią - jeden z zapytanych pracowników administracji Obamy stwierdził, że plany indyjskiego rządu są dla nich "niejasne"., jednak już Gary Samore pracujący w latach 2009-2013 jako koordynator spraw związanych z kontrolą uzbrojeń i broni masowego rażenia przyznał otwarcie, że Indie budują broń termonuklearną, która ma posłużyć jako straszak przeciwko Chińczykom. Z kolei Brytyjczycy regularnie śledzą postępy prac w budowie podziemnego kompleksu, również jednak oni nie mają lub nie chcą podać do wiadomości publicznej żadnych dokładniejszych informacji.
Indie od lat mają niezwykle napiętą sytuację ze swoimi sąsiadami, przede wszystkim Chinami i Pakistanem, również mocarstwami atomowymi, pomimo podkreślanej niejednokrotnie demokratyzacji indyjskiego rządu, tym liczącym ponad miliard mieszkańców od pewnego czasu wstrząsają kolejne kryzysy, przede wszystkim wzrost aktywności lokalnych islamskich i lewicowych bojówek, konflikty etniczne a także niepewna sytuacja w regionie. Obawy budzą także procedury bezpieczeństwa - organizacja non-profit the Nuclear Threat Initiative (NTI), która niedawno dokonała przeglądu praktyk bezpieczeństwa 25 państw, które znajdują się w posiadaniu materiałów mogących zostać wykorzystane do budowy bomby atomowej uplasowała Indie na 23. miejscu w rankingu, tuż za Iranem i Koreą Północną. Co więcej podczas gdy wiele państw, w tym Chiny starały się w ostatnim czasie poprawić swoje procedury bezpieczeństwa, podobnych działań nie zaobserwowano ze strony Indii.
Władze chińskie stawiają przed sobą co raz to ambitniejsze cele, jednym z najnowszych pomysłów Pekinu ma być inauguracja projektu, w wyniku którego na Księżycu powstaną kopalnie wydobywające izotop helu.
Miejsce lądowania na Księżycu chińskiego satelity Chang3
Jądro Helu-3 składa się z dwóch protonów i jednego neutronu, na Ziemi jest on niezwykle rzadki. Właściwości izotopu sprawiają, że może on znaleźć zastosowanie w branży energetycznej i zupełnie zrewolucjonizować istniejące metody pozyskiwania energii. Dzięki izotopowi helu-3 udałoby się wytwarzać jej znacznie więcej, a co szczególnie ważne, spadłaby ilość produkowanych w wyniku prac reaktora radioaktywnych odpadów.
Problemem są jednak pieniądze i dostęp do odpowiednich zapasów gazu. W tej chwili cena za gram izotopu wynosi około 1000$, za tonę musielibyśmy zapłacić aż miliard dolarów. To skutecznie zniechęca do inwestowania w bardzo drogie eksperymenty i prace nad czystszymi Na Srebrnym Globie z kolei złoża są bardzo duże, szacuje się, że może być go tam nawet pięć milionów ton, pozostaje więc pytanie kto dotrze do niego pierwszy.
Chińczycy chcą już w 2017 roku wysłać pierwszą załogową misję na Księżyc i pobrać niezbędne próbki, najtrudniejsze jednak dopiero przed nimi. Pomimo wysokich cen helu-3 na Ziemii jego wydobywanie i transport są wciąż nieopłacalne, szczególnie że ewentualne założenie kopalni na Księzycu będzie poważnym pogwałceniem międzynarodowych dokumentów i porozumień zawartych jeszcze w latach 60. XX wieku.
Liczne zgony bankierów w ostatnim czasie wzbudziły ogromną ilość domysłów i teorii spiskowych. Kilka lat wcześniej miała miejsce podobna "epidemia", która wówczas dotknęła przede wszystkim naukowców prowadzących badania nad drobnoustrojami oraz zajmujących się energią atomową.
fot. Dees Illustration
Czy praca mikrobiologa jest niebezpieczna? Albo atomistyka? Z pewnością codzienna praca ze śmiercionośnymi wirusami i bakteriami stanowi zagrożenie dla życia badaczy, ale czy jest ono aż tak poważne? Czy najwybitniejsi naukowcy świata nie są w stanie zachować podstawowych zasad bezpieczeństwa? A co jeśli wcale nie giną z powodu działania mikroorganizmów ani napromieniowania? Okazuje się, że w ostatnich latach śmiertelność wśród naukowców pewnych dziedzin jest podejrzanie wysoka i nie wiadomo tak naprawdę dlaczego.
Tylko w latach 2004-2006 w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach zmarło blisko 20 naukowców z różnych krajów. Wśród nich byli Amerykanie, Koreańczycy, Rosjanie, Irakijczycy, Hindusi, żaden z nich nie zmarł z przyczyn naturalnych a wiele przypadków do tej pory nie zostało wyjaśniownych.
Przyjrzyjmy się historiom niektórych z nich:
Leonid Strachuński - zmarł 8.06.2005 po tym jak został trafiony w głowę butelką szampana. Specjalizował się w mikrobach odpornych na działanie broni biologicznych. Jego ciało znaleziono w pokoju hotelowym w Moskwie po tym jak wracając z podróży do Smoleńska miał udać się do USA.
Robert J. Lull - zmarł w wieku 66 lat 19.05.2005 roku w wyniku ran odniesionych po wielokrotnym ugodzeniu go nożem. Zdaniem policji jego śmierć wcale nie musiała być na tle rabunkowym, pomimo, że w pobliżu ciała nie było kart kredytowych, zniknął też samochód, jednak z domu nie zabrano żadnych cennych przedmiotów. Lull był profesorem radiologii na University of California, San Francisco oraz szefem medycyny nuklearnej w San Francisco General Hospital, pracował również jako redaktor medycznego czasopisma naukowego.
Geetha Angara, matka trójki dzieci zaginęła w wieku 43 lat 8 lutego 2005 roku. Jej ciało znaleziono w Totowa, New Jersey na dni zbiornika do nawadniania roślin. Zdaniem policji zmarła popełniła samobójstwo.
Matthew Allison, biotechnolog, 13 października 2004 na przeciwko marketu Wal-Mart eksplodował jego samochód. .W spalonym aucie znaleziono kanistry z propanem i rozpałkę do drewna. Według świadków do wybuchu doszło tuż po tym jak Allison wsiadł do środka.
Don Wiley - jeden z wiodących badaczy zajmujących się śmiercionośnymi wirusami, takimi jak ebola i HIV a także ekspert w kwestiach odporności organizmu na ataki wirusów zniknął w wieku 57 lat podczas jednej z biznesowych podróży do Memphis w stanie Tennessee. Policja znalazła jego samochód na moście pod miastem, jego ciało wyłowiono wkrótce z rzeki. Wcześniej kupił bilety do Graceland dla siebie i swojego syna.
24 listopada 2001 roku samolot linii Swissair z Berlina do Zurychu rozbija się podczas próby lądowania, 22 osoby giną, 9 przeżywa. Wśród ofiar śmiertelnych jest aż trzech izraelskich mikrobiologów: dr Yaakov Matzner dziekan Hebrew University school of medicine; Amiramp Eldor, dyrektor wydziału hematologii szpitala Ichilov w Tel Avivie a także Avishai Berkman, dyrektor departamentu zdrowia Tel Avivu.
Tego typu "wypadków" kilka lat temu było rzecz jasna znacznie więcej. Szacuje się, że w niewyjaśnionych wypadkach zmarło ponad 100 naukowców. Statystycznie jest to do wyjaśnienia? Być może, ale czy na pewno możemy mówić o zbiegu okoliczności?
Japonia wciąż nie poradziła sobie ze skutkami katastrofy w elektrowni atomowej w Fukushimie. Media głównego nurtu praktycznie w ogóle przestały się interesować tym wydarzeniem, chociaż procesowi napraw towarzyszą nieustanne skandale.
Do ostatniego doszło niedawno kiedy to agencja Reutersa w specjalnym raporcie poinformowała, że podwykonawcy firmy Obayashi, drugiej największej firmy budowlanej w Japonii, nielegalnie zatrudniali bezdomnych za głodowe stawki.
W proceder zamieszane były trzy największe organizacje przestępcze (Yamaguchi-gumi, Sumiyoshi-kai and Inagawa-kai), działające pod przykrywką podwykonawców Obayashi - w sumie agencji udało się naliczyć aż 733 przedsiębiorstwa, które podpisały umowę na oczyszczanie nuklearnych odpadów z terenu elektrowni. Cała organizacja miała charakter piramidy, na dole której znajdowali się bezdomni zatrudniani bez żadnych umów i za stawki znacznie poniżej płacy minimalnej. Źródłem skandalu stał się między innymi fakt, że Obayashi jest jednym z głównych beneficjentów kontraktów na utylizację radioaktywnych odpadów, których wartość wynosi blisko 35 miliardów dolarów.
Pierwotnie japońskie ministerstwo środowiska zapowiadało, że Fukushima zostanie oczyszczona do marca 2014 roku, jednak w ostatnim czasie poinformowano, że cały proces zajmie dwa lub trzy lata dłużej. W wyniku uszkodzeń elektrowni do tej pory do morza trafiło blisko 90 milionów ton toksycznej wody, a zarządzająca obiektem firma Tepco od dłuższego czasu nie mogła sobie poradzić z kryzysem. Skandal związany z zatrudnianiem bezdomnych był jednym ze skutków aresztowań jakich dokonano jeszcze na początku 2013 roku, kiedy to ujawniono, że organizacje przestępcze uzyskały znaczne wpływy wewnątrz koncernu Obayashi.
Światowa Organizacja Zdrowia opublikowała raport, który zawiera oceny poziomu dawek promieniowania wyemitowanych po wypadku w elektrowni jądrowej Fukushima Daiichi w Japonii. Według informacji tam zawartych poziomy promieniowania w całym kraju jak i na świecie nie odbiegają od poziomów uznanych za prawidłowe według międzynarodowych standardów.
fot. opednews
Wyjątkiem są dwa obszary w prefekturze Fukushima. Według ekspertów WHO łączna dawka promieniowania w dwóch miejscach w sąsiedztwie zakładu jest w zakresie od 10 do 50 milisiwiertów (mSv). W innych częściach prefektury poziom promieniowania oscyluje między 1 a 10 mSv. W pozostałych częściach kraju wartości te są rejestrowane w zakresie 0,1 do 1 mSV.
W danych, które przytacza WHO ważne jest to, ze są to dozy, jakie skumulowały się w ciągu roku. Teraz spodziewane jest już tylko spadanie tych poziomów. Nagromadzone dawki, których można się spodziewać nie powinny, zatem przekroczyć nigdzie poziomów uważanych za niebezpieczne a te zaczynają się od 150 mSv.
Reasumując, według WHO ryzyko zachorowania na raka w wyniku oddziaływania elektrowni jądrowej w Fukushimie nie wzrosło. Zwrócono jednak uwagę, ze w okolicach zakładu istnieje ryzyko większej zachorowalności na schorzenia tarczycy w związku z oddziaływaniem izotopu jodu 131.
Czy Waszym zdaniem raport WHO jest rzetelny czy jedynie ma na celu "uspokojenie" opinii publicznej?
Dzisiaj Chiny bardzo szybko budują swój potencjał technologiczny, militarny, ale i atomowy, jednak nie podlegają żadnym kontrolom i w zasadzie nikt nie ma pojęcia co dokładnie dzieje się na jego obszarze. Jaki zatem kierunek obrało Państwo Środka i dokąd dziś zmierza?
fot. rotefahne.eu
Jeszcze do niedawna eksperci podkreślali, że broń jądrowa nie jest nadrzędnym celem Chin. Dziś zmieniają zdanie i alarmują o braku oficjalnych danych co do posiadanych przez chińskie władze głowic. Jeszcze do niedawna według danych Stockholm International Peace Research Institute, instytucji zajmującej się badaniem zagrożeń międzynarodowych, Chiny były na w miarę odległej pozycji, jeśli chodzi o wydatki na zbrojenia. Dzisiaj - według tej samej instytucji - są już na pozycji drugiej, za Stanami Zjednoczonymi.
Chiny mogą mieć znacznie więcej broni atomowej niż sądzili dotychczas eksperci ds. kontroli zbrojeń. Grupa badaczy z uniwersytetu w Georgetown pod kierownictwem byłego stratega i doradcy w Pentagonie, poświęciła ponad trzy lata na znalezienie dowodów istnienia sieci chińskich tajnych tuneli, które przechowują broń nuklearną.
Do tej pory sądzono, że Chiny posiadają od 400 do 800 głowic atomowych. Najnowsze wyniki badań wykazują jednak istnienie prawie 5000 km podziemnych tuneli, w których ukryte może być nawet 3000 (!) zabójczych rakiet. Zdaniem amerykańskich badaczy, kopaniem tuneli zajmuje się tajna jednostka chińskiej armii, wchodząca w skład drugiego korpusu artylerii. Ostatecznie rząd ChRL przyznał, że co prawda sieć tuneli istnieje, ale pełnią one jedynie funkcję schronów.
Chińska armia zaostrzyła niedawno także zasady ataku za pomocą broni jądrowej. Chińczycy uznali, że w sytuacji gdy ich kraj nie będzie mógł obronić się przed agresją w sposób konwencjonalny, zaatakują bronią jądrową. Dotychczasowa doktryna głosiła, że atom zostanie użyty tylko w odpowiedzi na inny atak jądrowy.
W ostatnich dziesięcioleciach bezpieczeństwo energetyczne okazało się być jednym z priorytetowych interesów państwa, które coraz silniej podlega stosunkom międzynarodowym. To bezpośredni efekt "panoramy po zimnej wojnie", w której zdolności ekonomiczne i posiadanie źródeł surowców ustanowiły nową równowagę geopolityczną. Jaką rolę próbuje odegrać w tym obszarze NATO?
fot. atlantic-council.ca
Wzrastające znaczenie czynnika energetycznego w stosunkach międzynarodowych dotyka czterech dużych problemów: zmiany klimatu, bezpieczeństwa dostaw, efektywności energetycznej i ochrony środowiska. Wymiar bezpieczeństwa dostaw i dystrybucji energii zyskał ogromne znaczenie w międzynarodowej debacie z powodu uzależnienia większości państw "od zewnętrznych dostawców energii, których często nęka polityczna niestabilność".
Powody te doprowadziły do zainicjowania przez NATO debaty na temat wielopoziomowego bezpieczeństwa energetycznego. NATO poruszyło temat bezpieczeństwa źródeł energii po raz pierwszy w czasie szczytu w Rydze w 2006 roku, jednak prawdziwa debata rozpoczęła się dopiero na spotkaniu w Bukareszcie w 2008 roku z powodu "krytycznej infrastruktury i wojskowej efektywności energetycznej".
Rok 2012 można uznać za punkt zwrotny - następuje wyraźne przyspieszenie działań NATO. Zdaniem liderów organizacji "musimy dążyć do osiągnięcia znaczącej poprawy efektywności energetycznej naszych sił zbrojnych. Dodatkowo będziemy rozwijać swoje kompetencje w zakresie wspierania ochrony infrastruktury energetycznej". W formalnej deklaracji NATO poparło w tym celu utworzenie Centrum Bezpieczeństwa Energetycznego (NATO ENSEC COE) z siedzibą na Litwie.
Dziś NATO stoi przed podwójnym wyzwaniem: z jednej strony próbuje spełnić swoje ambicje, starając się skierować światową debatę w kierunku bardziej zrównoważonej przyszłości energetycznej, z drugiej zaś realizuje praktyczne podejście do tematu, którym jest edukacja i szkolenia. Należy dodać, że ambicją nowo utworzonego Centrum jest ustanowienie siebie jako przywódcy badań na temat bezpieczeństwa i efektywności energetycznej.
Czy Waszym zdaniem NATO naprawdę ma szansę stać się światowym liderem rozmów o energetyce?
Rosja i Białoruś uruchamiają wspólny program mający na celu przygotowanie jednostek wojskowych i żołnierzy na wypadek "radioaktywnej wojny" w ramach regionalnej strategii wojskowej. Informacja ta została wydana w ostatni wtorek przez ministra obrony Białorusi po wspólnej sesji zarządu białoruskiego Ministerstwa Obrony oraz rosyjskiego Ministerstwa Obrony.
fot. img.ehowcdn.com
Według białoruskiego urzędnika, Rosja i Białoruś przeprowadzą cykl szkoleń bojowych dla jednostek wojskowych, agencji kontrolnych oraz żołnierzy na wypadek zagrożenia radioaktywnego. Pierwsze działania w zakresie "radioaktywnej wojny" mają zostać podjęte jeszcze w tym roku. Spotkanie na szczeblu ministerstw obrony miało stanowić także podsumowanie ubiegłorocznej współpracy wojskowej i naukowej oraz określenie perspektyw do roku 2015.
Oba państwa podkreślają ogromne znaczenie prac badawczych w dziedzinie bezpieczeństwa militarnego "państwa unijnego" (określenie użyte przez białoruskiego ministra obrony na określenie współpracy Rosji i Białorusi). Realizacja programu ma pozwolić na "połączenie potencjału naukowego krajowych akademii nauk oraz wojskowych instytucji badawczych dla spójnego rozwoju białoruskich i rosyjskich sił zbrojnych".
Wspólna sesja skorygowała poglądy dotyczące funkcjonowania obowiązujących standardów regionalnej współpracy wojskowej, wojskowych badań naukowych, wsparcia dla sił zbrojnych oraz wspólnych wysiłków w zakresie promieniowania, broni chemicznej i ochrony biologicznej. Według ministra obrony Białorusi, koniecznym jest "tworzenie nowych instytucji wojskowych nastawionych na aktualne wyzwania, zwłaszcza w zakresie zagrożenia atomowego i radioaktywnego".
Czy Waszym zdaniem działania Rosji i Białorusi powinny być wskazówką dla innych państw?
Chiny i Pakistan osiągnęły formalne porozumienie o skonstruowaniu trzeciego już reaktora jądrowego w Chashma na terenie Pakistanu. Administracja Baracka Obamy podkreśla, że Pekin sukcesywnie narusza tym samym obietnice złożone w ramach międzynarodowego porozumienia antynuklearnego. To kolejny dowód na to, że Chiny dążą do realizacji własnych interesów, nie zważając na reakcje ze strony innych państw...
fot. img.allvoices.com
Chińskie przedsiębiorstwo "China National Nuclear Corporation" zbuduje reaktor w północnej prowincji Pendżab, gdzie stoją już dwa wcześniej uruchomione chińskie reaktory. Nie pomogły wysiłki rządu USA, aby zablokować program nuklearny Pakistanu, a pośrednio tym samym Chin.
Rząd w Pekinie jeszcze w zeszłym miesiącu wydał wewnętrzne zawiadomienie dla swoich urzędników pracujących w sektorze atomowym oraz regionalnych przywódców politycznych, wzywając ich do milczenia. Celem ma być uniknięcie jakichkolwiek przecieków na temat chińskiej i pakistańskiej energii atomowej oraz jej "ulepszania" na terenie Chashma.
Chińska firma (CNNC), która ma wybudować kolejny reaktor na terenie Pakistanu, jeszcze w latach 90. sprzedawała tysiące magnesów pierścieniowych, które były używane na pakistańskim terytorium w wirówkach dla produkcji wysoko wzbogaconego uranu. Co istotne, ostatnie raporty wywiadowcze USA wskazują, że Pakistan, który otrzymał technologię i projekty atomowe z Pekinu, jest w trakcie modernizacji swojego arsenału nuklearnego w Islamabadzie (szacowanego na aż 110 głowic!).
Specjaliści podkreślają, że "podejmowane chińsko-pakistańskie wspólne kroki mogą umożliwić zarówno ilościowe, jak i jakościowe ulepszenie arsenału jądrowego w Pakistanie. Grozi nam pojawienie się nowego strategicznego rozgrywającego w regionie, który stoi po stronie Chin". Dodajmy, że Pakistan produkował i dostarczał już niejednokrotnie swoją broń do Libii, Iranu i Korei Północnej.
Czy Waszym zdaniem oficjalne deklaracje Chin w zakresie broni atomowej są jedynie pozorne? I czy Pakistan jest tylko "wykonawcą woli" chińskich władz, czy działa w sposób niezależny?
To najbardziej elitarny z klubów - dziewięć państw, które posiadają broń nuklearną. Należą do niego także Chiny, które program zbrojeń rozpoczęły jeszcze w latach 60. poprzedniego wieku. Dzisiaj Chiny bardzo szybko budują swój potencjał technologiczny, militarny, ale i atomowy, jednak nie podlegają żadnym kontrolom i w zasadzie nikt nie ma pojęcia co dokładnie dzieje się na jego obszarze. Jaki zatem kierunek obrało Państwo Środka i dokąd dziś zmierza?
fot. ruvr.ru
Priorytety Państwa Środka
Jeszcze do niedawna eksperci podkreślali, że broń jądrowa nie jest nadrzędnym celem Chin. Dziś zmieniają zdanie i alarmują o braku oficjalnych danych co do posiadanych przez chińskie władze głowic. Jeszcze do niedawna według danych Stockholm International Peace Research Institute, instytucji zajmującej się badaniem zagrożeń międzynarodowych, Chiny były na w miarę odległej pozycji, jeśli chodzi o wydatki na zbrojenia. Dzisiaj - według tej samej instytucji - są już na pozycji drugiej, za Stanami Zjednoczonymi.
Chiny twierdzą, że prowadzą politykę nieproliferacji, czyli nierozprzestrzeniania broni masowego rażenia. Same zaś boją się "grać kartą broni nuklearnej". Obserwatorzy z zewnątrz już od dawna uważają, że to tylko mydlenie oczu, ponieważ Chiny zbroją się nader szybko, prowadzą liczne eksperymenty i poprzez szeroką siatkę szpiegowską "podpatrują" rozwój nowoczesnych technologii na całym świecie.
Pekin ma więcej atomu niż przypuszczano?
Chiny mogą mieć znacznie więcej broni atomowej niż sądzili dotychczas eksperci ds. kontroli zbrojeń. Grupa badaczy z uniwersytetu w Georgetown pod kierownictwem byłego stratega i doradcy w Pentagonie, poświęciła ponad trzy lata na znalezienie dowodów istnienia sieci chińskich tajnych tuneli, które przechowują broń nuklearną.
Do tej pory sądzono, że Chiny posiadają od 400 do 800 głowic atomowych. Najnowsze wyniki badań wykazują jednak istnienie prawie 5000 km podziemnych tuneli, w których ukryte może być nawet 3000 (!) zabójczych rakiet. Zdaniem amerykańskich badaczy, kopaniem tuneli zajmuje się tajna jednostka chińskiej armii, wchodząca w skład drugiego korpusu artylerii. Ostatecznie rząd ChRL przyznał, że co prawda sieć tuneli istnieje, ale pełnią one jedynie funkcję schronów.
Mapa przedstawia dziewięć państw na świecie, które oficjalnie deklarują posiadanie broni atomowej.
(fot. article.wn.com)
Okręty podwodne i broń atomowa
Komisja amerykańskiej Izby Reprezentantów opublikowała raport, z którego wynika, iż najpóźniej za 2 lata Państwo Środka rozmieści ładunki nuklearne na swoich okrętach podwodnych. Specjaliści alarmują, że ten termin jest zbyt odległy. Niektórzy z nich sądzą nawet, że chińskie statki już od dawna na swoich pokładach posiadają głowice jądrowe.
Sam raport zwraca jednak uwagę także na fakt, że Chiny są tuż przed osiągnięciem nuklearnej triady, czyli posiadaniem lądowych międzykontynentalnych rakiet balistycznych, okrętów podwodnych z jądrowymi pociskami balistycznymi oraz bomb jądrowych zrucanych z samolotu. Chińskie działania w tym zakresie z czasem zaczną prowadzić do napięć między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, dwóch światowych największych gospodarek, póki co zorientowanych (przynajmniej oficjalnie) na wzajemne powiązania gospodarcze i próbę ominięcia światowego kryzysu.
Chiny zaostrzają zasady ataku za pomocą broni jądrowej
Chińska armia zaostrzyła niedawno także zasady ataku za pomocą broni jądrowej. Chińczycy uznali, że w sytuacji gdy ich kraj nie będzie mógł obronić się przed agresją w sposób konwencjonalny, zaatakują bronią jądrową. Dotychczasowa doktryna głosiła, że atom zostanie użyty tylko w odpowiedzi na inny atak jądrowy.
Zgodnie z nowymi zasadami militarnego działania, Chiny mają najpierw ostrzec przeciwnika przed wykorzystaniem broni jądrowej, ale jeśli wróg i tak zaatakuje (choćby siłami konwencjonalnymi), to II Korpus Artylerii może "rozważyć" wyprzedzający atak atomowy.
Informację o nowych zasadach przyjętych przez Chiny w zakresie użycia broni atomowej podały japońskie media, które miały powołać się na tajny chiński dokument o nazwie "Obniżenie progu zagrożeń nuklearnych".
Niebawem przegonią Stany Zjednoczone?
Według różnych źródeł ubiegłoroczny budżet chińskiej armii wyniósł blisko 120 mld dolarów. Na tak duże nakłady pozwala bardzo dobra sytuacja gospodarcza tego kraju. Jednak chińskie władze nie zamierzają zadowalać się pozycją vice lidera i jak najszybciej planują przebić USA, mające do dyspozycji około 600-650 mld dolarów rocznie.
Fundusze te mają być zainwestowane w rozwój nowoczesnych technologii, a także zmniejszenie stanu liczebnego wojska, w zamia za lepsze wyposażenie w sprzęt wysokiej klasy. Chińczycy chcą w ten sposób jak najszybciej zniwelować przepaść technologiczną w stosunku do USA, którą sami oceniają na około 20 lat.
Czy Waszym zdaniem Chiny mogą faktycznie ukrywać w swoich raportach prawdziwą liczbę posiadanych głowic jądrowych? Dokąd zmierza dziś chińska polityka atomowa?
Wczoraj wieczorem doszło do nagłego wyłączenia reaktora w rumuńskiej elektrowni atomowej Cernavoda położonej na wschód od Bukaresztu. Pomimo faktu, iż zadziałały czujniki bezpieczeństwa, ani operator elektrowni, ani też rumuńskie władze nie wiedzą dlaczego do niego doszło.
fot. romania-insider
Elektrownia Jądrowa Cernavoda to jedyna elektrownia jądrowa na terenie Rumunii. Produkuje około 20% energii elektrycznej kraju i posiada dwa reaktory. Właścicielem elektrowni jest rumuńskie ministerstwo gospodarki, handlu i środowiska biznesowego, zaś operatorem Societatea Nationala Nuclearelectrica S.A.
W krótkim oświadczeniu rzecznik operatora Dumitru Dina stwierdził, iż "drugi reaktor wyłączył się automatycznie w środowy wieczór, powody są nieznane". Jednocześnie zapewnił, że "nic złego się nie stało i elektrownia niebawem wznowi pracę".
Podnoszone obawy mediów i pobliskich mieszkańców w związku z wczorajszą awarią nie wydają się być jednak bezpodstawne. W lipcu i grudniu ubiegłego roku dochodziło już do chwilowego wyłączenia pierwszego reaktora. Oficjalną przyczyną był "zbyt porywisty wiatr", jednak tym razem warunki pogodowe były dobre.
Władze Rumunii planują włączenie dwóch kolejnych reaktorów do 2015 roku. Przed 2020 r. ma powstać jeszcze piąty.
Czy Waszym zdaniem obawy mediów i mieszkańców są zasadne? Czy rumuńska elektrownia od samego początku posiada "technologiczną wadę"?
Z Japonii wciąć docierają niepokojące wiadomości po tym gdy po raz kolejny dowiedziano się o próbach ukrycia przez rząd w Tokio niewygodnych faktów dotyczących awarii elektrowni atomowej w Fukushimie.
Zaledwie kilka dni temu do mediów dotarła wiadomość, że rząd Japonii będzie zmuszony przeprosić swoich obywateli za przetrzymywanie map dotyczących poziomu radiacji w okolicach elektrowni. Przeprosiny te skierowane będą przede wszystkim do członków społeczności mieszkających w strefie położonej najbliżej Fukushimy, którzy skierowali oskarżenie przeciwko władzom.
Nie ma na świecie kraju, który by bardziej ucierpiał od broni atomowej niż Japonia. Chociaż oficjalnie Tokio było od lat jednym z głównych rzeczników pokojowego wykorzystania energii atomu to najnowsze doniesienia wskazują, że równocześnie pracowali oni nad własnym arsenałem.
Wczoraj minęła 26. rocznica od czasu pamiętnego wybuchu w elektrowni w Czarnobylu. Od tego czasu okolice miasta Prypeć wciąż pozostają właściwie niezamieszkane. 25 lat później w wyniku trzęsienia ziemi i wywołanej nim fali tsunami poważnemu uszkodzeniu uległ reaktor elektrowni atomowej w Fukushimie. Zagrożenie było na tyle poważne, że w pewnym momencie władze japońskie rozważały nawet ewakuację liczącej 30 milionów mieszkańców stolicy kraju.Katastrofa w Fukushimie wywołała wśród Japończyków debatę na temat wykorzystania energii atomowej.
Po II Wojnie Światowej Japonia stała się jednym z czołowych państw, w których zdecydowano się na inwestycje w dziedzinie energetyki jądrowej. Energia była piętą Achillesową Kraju Wschodzącego Słońca i stąd pomimo traumatycznych doświadczeń z Hiroszimy i Nagasaki zdecydowano, że to właśnie ta technologia będzie dla nich zbawienna. Oficjalnie Japonia pozostawała jednym z głównych propagatorów pokojowego wykorzystania atomu, jednak z opublikowanego na stronie amerykańskiego Public Education Center artykułu wynika, że cała sprawa wyglądała zupełnie inaczej.
Tajemnicza łódź podwodna opuszcza niemiecki port w Bremerhaven, na jej pokładzie znajduje się bomba wodorowa o mocy 500 kiloton. Pomimo wykorzystania najnowocześniejszych urządzeń śledzących okręt typu "Delfin" (produkcja niemiecka) znika.
Chociaż powyższa historia przypomina nieco opowieści o tajemniczych łodziach podwodnych opuszczających niemieckie porty pod koniec II Wojny Światowej (jak na przykład historie związane ze śmiercią Adolfa Hitlera czy okrętu U-534) to jednak ma to być rzekomo opis wydarzeń mających miejsce zaledwie tydzień temu.
Portal "Veterans Today" opublikował 30 kwietnia artykuł, z którego wynika, że kilka dni wcześniej anglosaskie służby, takie jak amerykańska NSA, brytyjskie MI 6, Office
of Naval Intelligence i Królewska Marynarka Wielkiej Brytanii próbowały przechwycić okręt z niebezpiecznym ładunkiem na pokładzie. Zaraz po tym wydarzeniu jeden z pracowników powyższych agencji został aresztowany na terenie Oksfordu. Ponieważ jednak Bernerhaven jest jednym z bardziej ruchliwych portów łodzi nie udało się schwytać ani tym bardziej ustalić z jakiego kraju pochodziła.
Gdy na tym zegarze wybije godzina 12:00 najprawdopodobniej nie będzie już nikogo kto będzie w stanie o tym napisać. Działający od 1947 roku Zegar Zagłady (Doomsday Clock) ma w sposób symboliczny pokazywać jak bardzo ludzkość zbliżyła się do momentu Ostatecznej Zagłady.
Od czasu jego uruchomienia autorzy Bulletin of the Atomic Scientists wydawanego na uniwersytecie w Chicago przestawiali wskazówkę kilkakrotnie, jej pierwotna pozycja w 1947 roku znajdowała się na 11.53. Najbardziej gorący okres miał miejsce już w 1953 kiedy to zdaniem naukowców byliśmy zaledwie "dwie minuty" od końca świata. Drugim skrajnym momentem po latach ocieplenia był rok 1984 (11:57) i prowadzony wówczas wyścig zbrojeń. Wkrótce jednak, wraz zakończeniem Zimnej Wojny, sytuacja zdawała się poprawiać a po podpisaniu przez USA i ZSRR traktatu START1 wskazówka powędrowała aż na 11:43. Ten wybuch optymizmu trwał jednak zaledwie kilka lat, od pewnego czasu obserwujemy kolejne, nieubłagane przesuwanie się wskazówki w stronę "północy".
Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że naukowcy z Chicago od lat 90-tych dodali kolejne kryterium - zmiany klimatyczne wywołane działalnością człowieka. Po ich uwzględnieniu, jak również w związku z narastającym napięciem w stosunkach międzynarodowych, 10 stycznia bieżącego roku wskazówka powróciła do stanu z roku 2007.
Czy sytuacja na świecie jest aż tak zła? Jeśli spojrzymy na wskazówki i porównamy ze stanem poprzednim, stwierdzimy, że wciąż istnieje dość duże pole manewru. W końcu bywało gorzej. Owszem, bywało i tym musimy się pocieszać, z drugiej jednak strony sam zegar jest jedynie pewnym symbolicznym i medialnie atrakcyjnym wskaźnikiem ustalanym przez relatywnie niedużą grupę naukowców, którzy są przecież tylko ludźmi i jak to u ludzi bywa też popełniają błędy.
Internet aż zanosi się ze śmiechu przywołując co rusz wesołe historie związane ze zmarłym ostatnio koreańskim Wodzem. Koreańczycy noszą między łopatkami karabin, ich kobiety śpiewają pieśni o Wspaniałym Umiłowanym Przywódcy a naród umiera z głodu. Chociaż oficjalnie ich władcy twierdzą, że są samowystarczalni, to wciąż wyciągają rękę z prośbą o dostarczenie kolejnych dostaw ryżu ze zgniłego Zachodu i od zdrajców z południa. Ich metoda pozyskiwania ryżu budzi podziw. Polega ona na ciągłym inwestowaniu w kolejne programy nuklearne a następnie straszeniu południowych sąsiadów zbudowaniem kolejnej bomby atomowej.
Obawiający się zamienienia ich stolicy w parujący krater Koreańczycy z południa cierpliwie wysyłają na północ kolejne dostawy żywności. W tym czasie Phenian wydaje pieniądze na rozwój technologii atomowych. A przynajmniej tak twierdzi. Wygląda na to, że chce doprowadzić do stanu kiedy w miejsce żywności ludność zacznie się żywić energią atomową.
Póki co infrastrukturę mają imponującą co widać na poniższej mapce. Ciekawe jednak, że pomimo tak pięknie wymalowanej mapy oficjalnie nie działa u nich żadna elektrownia atomowa. Pod znakiem zapytania stoi również wyliczenie - ile mają głowic atomowych? Kilka lat temu głośno było na temat koreańskich prób atomowych. Wygląda jednak na to, że dawno je sprzedali by w ten sposób kupić sobie kolejne kilka lat spokoju. Nasuwa się pytanie – czy Korea Północna faktycznie posiada coś groźnego czy po prostu komuś z wielkiej światowej polityki zależy by nią straszyć tym małym "komunistycznym" skansenem uzasadniając tym samym kolejne wydatki militarne.
Ledwo się obejrzeliśmy a minęło już pół roku od czasu gdy potężna fala tsunami spustoszyła wschodnie wybrzeże Japonii. Japończycy to dzielny i zdyscyplinowany naród, który z pewnością podniesie się ze zniszczeń jakich dokonała fala. Jest jednak sprawa, która spędza sen z powiek zarówno politykom jak i zwykłym mieszkańcom tego wspaniałego kraju. Wciąż nie może on się uporać z radioaktywnym wyciekiem z elektrowni Fukushima.
Wydawałoby się, że skoro w głównych mediach nikt o tym już nie pisze, to znaczy, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane i wyciek został powstrzymany. Prawda jest niestety dramatyczna. Japońskie władze uciekają od oficjalnego publikowania wyników pomiarów promieniowania. Faktów nie udało się jednak zataić. Obywatele wzięli sprawy w swoje ręce i sami zaczęli sprawdzać jak w rzeczywistości wygląda sytuacja. Wszystko wskazuje na to, że nie jest dobrze. Informacje przeciekły na zewnątrz. Nawet niezbyt, na co dzień wnikliwa Al-Jazeera opublikowała krótki reportaż, w którym możemy usłyszeć opinie ekspertów twierdzących, że istnieje możliwość ewakuacji całej liczącej blisko 35 milionów mieszkańców stolicy Japonii.
Według przywołanych przez ekspertów danych, poziom promieniowania pochodzącego z elektrowni w Fukushimie może być o wiele wyższy niż ten po eksplozji reaktora w Czarnobylu w 1986 roku. Czy mamy, więc do czynienia z największą katastrofą atomową w historii? Niestety, istnieje takie ryzyko.
19 września 20 tysięcy Japończyków wyszło na ulice by zaprotestować przeciwko wykorzystaniu energii atomowej. Z badań wynika, iż za ograniczeniem liczby elektrowni jest blisko 55% obywateli Kraju Kwitnącej Wiśni.
Inwestycje w tą do niedawna rozwijającą się światową branżę przeżywają obecnie prawdziwy dramat. Zaczęło się od Fukushimy, chwilę później doszło do nagłej zmiany decyzji kanclerz Merkel, która z dnia na dzień wycofała się z planów przedłużenia eksploatacji najstarszych elektrowni i rozpoczęła program ich zamykania. Kilka miesięcy później pojawiły się informacje o zagrożeniu elektrowni atomowej w Nebrasce w USA, zaś zaledwie tydzień temu, 12 września doszło do wybuchu we francuskiej elektrowni Marcoule. Zginęła wprawdzie tylko jedna osoba, ale po raz kolejny przypomniano sobie o atomowym zagrożeniu. Tyle „wypadków” w ciągu jednego roku? Tyle przypadkowych zdarzeń? Zadałem kiedyś pytanie, kto i jaki interes ma w zatrzymaniu rozwoju atomistyki? Czyżby spełniały się marzenia zielonych, przykuwających się do bram elektrowni?
Ja nie wierzę w przypadki. Najwyraźniej komuś bardzo zależy by cały świat powiedział atomowej energetyce: „Sayonara!”.
Elektrownia atomowa Fort Calhoun od kilku dni pozostaje otoczona wodą z wylewającej rzeki. Co prawda według oficjalnych doniesień woda nie dostała się do elektrowni i póki co nie ma żadnego zagrożenia, ale co innego mówią oficjalne doniesienia, a co innego tzw. alternatywne źródła informacji.
Aż „strach się bać” myśląc o przyszłorocznym, zapowiadanym końcu świata. Chociaż czy tylko czy to jedyna rzecz napawająca nas trwogą? Ludzkość sam założyła sobie stryczek na szyję rozwijając atomową energetykę. Nie jestem jej zaciekłym wrogiem, ale coś tu nie gra. Wydaje się coraz bardziej, że siedzimy wszyscy na beczce z prochem, bawiąc się granatem. Swoją drogą dobrze, że sytuacja w Polsce jest i tak nieco lepsza niż gdzie indziej, gdyż przy naszym podejściu do rzetelności wykonywanej pracy i szybkości zmian tendencji politycznych napytalibyśmy sobie z pewnością biedy.
Wróćmy więc do tematu elektrowni, gdyż pisałem o tym już na tym blogu kilkukrotnie. Najbardziej znana obecnie jest oczywiście elektrownia w Fukushimie, o której nikt już nie wie, co ma myśleć. Najpierw podaje się informacje o tym, że stanowi ona wielkie zagrożenie, potem nagle zmieniła się atmosfera i zapewniano nas o tym, że co prawda wciąż jest wyciek, ale generalnie nic się nie dzieje. Za chwilę znowu zaczyna się straszenie konsekwencjami katastrofy. A teraz? Cisza.
W międzyczasie dochodzi do głosu kwestia niemieckich elektrowni, które nagle, praktycznie z dnia na dzień, zdecydowano się pozamykać. Jaki zbieg okoliczności. Niemcy nagle stwierdzili, że atom to jednak nie jest dobry pomysł i zdadzą się na pomoc w problemach z energią, ze strony słońca i w kwestii energii w całości postawią na energię słoneczną.
Teraz mamy kolejną historię z atomem w tle. Otóż elektrownia atomowa Fort Calhoun niedaleko Omaha w stanie Nebraska (USA) od kilku dni pozostaje otoczona wodą z wylewającej rzeki. Co prawda wg. oficjalnych doniesień woda nie dostała się do elektrowni i póki co nie ma żadnego zagrożenia, ale co innego mówią oficjalne doniesienia, a co innego tzw. alternatywne źródła informacji.
Już sam fakt niewielkiej ilości doniesień na temat elektrowni w tak zwanych mediach głównego nurtu budzi podejrzenie. Biorąc pod uwagę zagrożenie, w pobliżu powinni krążyć żądni sensacji reporterzy, zaś główne stacje relacjonować, często z przesadnym napięciem każdą informację z zalanego terenu. Tak się jednak nie dzieje. Jest cicho. Dlaczego? Jeśli ktoś nie wierzy, proszę poszukać po głównych stronach serwisów, niewiele tam znajdziecie.
Równocześnie jednak prezydent Obama wprowadza tak zwaną „no fly zone”, czyli strefę, w której nie wolno latać. Podobna strefa powstała w Japonii całkiem niedawno, tuż po fali tsunami. Proszę domyślić się w pobliżu jakiej elektrowni?
Strona rządowa i zarząd elektrowni mają swoje argumenty. Przede wszystkim na swojej stronie w sposób wiarygodny dementują większość z krążących plotek, które mogą, a nie muszą być przesadzone.
Czy więc problem nie istnieje? Ważąc argumenty obu stron, nasuwa się jeszcze inny wątek. Otóż jeśli weźmiemy pod uwagę tą radykalną nagonkę na elektrownie atomowe i kwestionowanie ich bezpieczeństwa, możemy dojść do wniosku, że cała sprawa ma swoje o wiele głębsze dno. Jakie? Zastanówmy się wspólnie. Czy macie w tej sprawie jakąś teorię?
Dziwna zmiana decyzji dotycząca użytkowania niemieckich elektrowni atomowych rodzi pytanie czy były one zagrożone atakiem terrorystycznym.
Przed dwoma tygodniami kanclerz Angela Merkel zarządziła zamknięcie części reaktorów jądrowych i przeprowadzenie w nich nadzwyczajnych kontroli. Ta decyzja zaskakuje, gdyż Niemcom, podobnie jak Polsce nie grożą trzęsienie ziemi a tym bardziej tsunami. Co więcej jeszcze rok temu zdecydowano się przedłużyć funkcjonowanie najstarszych elektrowni o kolejne 12 lat. Dziwnym trafem ani Francja, ani żaden inny kraj poza Niemcami nie zdecydował się na podobny krok.
Być może jest COŚ innego co wpłynęło na decyzję pani kanclerz? W czasie gdy trwały już walki w Libii, wiadome się stało, że pomimo wcześniejszych deklaracji Niemcy wycofały się z udziału w operacji „Świt Odysei”? Dlaczego poparły rezolucję rady bezpieczeństwa ONZ stwierdzającą, że izraelskie osiedla na okupowanym palestyńskim terytorium są nielegalne?
Obie decyzje są podjęte nie tylko na niekorzyść Izraela, ale również szkodzą interesom ludzi dążących do jak największej eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie. Co więcej, jak podaje blog Pakconnects, firma ochraniająca elektrownię w Fukushimie odpowiada również za bezpieczeństwo w niemieckich elektrowniach. Smaczku zaś dodaje fakt, że siedziba tej firmy znajduje się właśnie w Izraelu. Czyżby więc ktoś uprzednio ostrzegł panią Merkel, że kolejny "wypadek" w elektrowni atomowej mógłby mieć miejsce w samym środku Europy?