Już wkrótce świat czeka poważne przetasowanie na mapie globalnych potęg wydobywczych. Jak bowiem poinformowały władze RPA, w obrębie jej wód terytorialnych pod dnem morskim odkryto ogromne złoża gazu ziemnego i ropy naftowej a złoża te mogą znacząco zmienić pozycję tego kraju na światowej arenie.
Phys.org
Odkrycia dokonał francuski koncern Total, którego prezes Patrick Pouyanne ogłosił, że złoża szacuje się nawet na miliard baryłek, najpierw jednak planuje jeszcze w tym roku przygotować zbiór danych 3D, które pozwolą lepiej poznać złoża.
Jak przyznał minister zasobów mineralnych RPA Gwede Mantashe "to odkrycie może się potencjalnie okazać kluczowym dla gospodarki kraju i nadać jej nowego tempa". Co istotne, jest to pierwsze tego typu odkrycie podmorskich złóż w Południowej Afryce stanowiące dowód, że wybrzeża tej części świata skrywają wciąż duże ilości wartościowych zasobów, które czekają na swoje odkrycie, a z perspektywy samej RPA to przede wszystkim szansa na uniezależnienie się od importu gazu ziemnego i dostaw ropy naftowej, które wpływają nie tylko na ceny oferowanych towarów, ale także na ogólny stan gospodarki kraju.
Poniższy wykres pochodzi z amerykańskiej agencji EIA - US Energy Information Administration, prezentuje on faktyczny poziom wydobycia ropy naftowej w Stanach Zjednoczonych. Widać wyraźnie, że USA są dziś naftową potęgą.
Jeszcze kilkanaście lat temu Stany Zjednoczone stały w obliczu zakłócenia regularnych dostaw ropy naftowej. Bez paliwa trudno sobie wyobrazić sprawne funkcjonowanie największej gospodarki świata, podobnie z resztą z utrzymaniem przez nie dominacji na morzach i oceanach, w końcu okręty marynarki wojennej by płynąć, również potrzebują ogromnych ilości ropy. Do dziś uważa się, że jedną z głównych przyczyn zaangażowania się USA w Iraku i obalenia Saddama Husajna było właśnie przejęcie przez amerykańskie koncerny kontroli nad bogatymi złożami znajdującymi się w tym kraju.
Obok wstrzymania dostaw innym zagrożeniem, rzekomo poważnym, był tzw. "peak oil", czyli moment, gdy naturalne złoża ropy naftowej zaczną się wyczerpywać a tym samym jej ceny znacząco wzrosną. W efekcie podrożeje praktycznie wszystko - w końcu dziś cały transport morski i znaczna część lądowego opierają się właśnie na silnikach zasilanych ropą - a ostatecznie czeka nas globalny kryzys i koniec globalizacji jaką znaliśmy dotychczas. Jak widzimy wokół, nic takiego się nie stało a widmo "peak oil" jest dziś bardzo odległe. Jednym z powodów jest znaczący wzrost wydobycia m.in. w Stanach Zjednoczonych, które w ciągu ostatnich lat odkryły znaczne złoża węglowodorów bezpośrednio na swoim terytorium (m.in. w Północnej Dakocie i Nowym Meksyku). Również poza USA odkrywane są nowe, bogate złoża, choćby na do niedawna niedostępnej Arktyce, która dziś w efekcie cofania się lodowca staje się nie tylko otwarta dla morskiej żeglugi, ale daje także dostęp do bogatych zasobów znajdujących się pod dnem morza.
Nowe technologie poszukiwań a także nowoczesne metody wydobycia sprawiają, że do niedawna niedostępne złoża dziś mogą być eksploatowane, to sprawia, że USA nie tylko nie muszą się obawiać wstrzymania dostaw, ale też świat na długi czas zapomni o ryzyku końca złóż.
Lider zamieszkujących Irak Kurdów Massud Barzani ogłosił, że jest najwyższy czas by Kurdowie zadecydowali o swojej przyszłości i w drodze referendum określili czy chcą niepodległości.
prezydent autonomicznego Kurdystanu, Massud Barzani
Bogata w złoża ropy naftowej prowincja od czasu obalenia Saddama Husajna pozostaje w swoistej autonomii i jest ona kontrolowana przez sprzymierzonych z Amerykanami Kurdów. Ewentualne ogłoszenie przez nich niepodległości nie tylko znacząco osłabiłoby już i tak mający wiele problemów rząd w Bagdadzie, ale też jeszcze bardziej skomplikowałoby sytuację w regionie - przede wszystkim pod znakiem zapytania stoi reakcja Turcji, która od lat stara się ograniczyć samodzielność Kurdów a ich ostatnia aktywność w Iraku znacząco zradykalizowała nastroje również po tureckiej stronie granicy.
Sam Barzani szok jaki wywołały jego słowa stara się co prawda łagodzić tłumaczeniami, że sam rezultat referendum nie jest z gruntu przesądzony, nie ustalono także daty ewentualnego głosowania. Gdyby jednak Kurdystan powstał jako niepodległe państwo, musiałby się on zmagać nie tylko z sytuacją zewnętrzną, ale i poważnymi problemami gospodarczymi. Istnieje bowiem ryzyko, że oparta w dużym stopniu na eksporcie ropy kurdyjska ekonomia nie miałaby żadnych szlaków umożliwiających jej transport - wszystkie bowiem otaczające je państwa byłyby z nim w konflikcie i mogłyby blokować przesył ropy. Problemem mogą być również ceny ropy, która jest najniższa od lat, co już teraz skutkuje kryzysem finansowym i zaległościami w wynagrodzeniach dla urzędników. Jeśli sytuacja się utrzyma to trudno będzie zachować niepodległość i sfinansować zapewne konieczne zbrojenia, być może jedynym rozwiązaniem będzie poszukiwanie potężniejszych sojuszników, np. USA, Rosji lub Chin.
Ewentualne powstanie niepodległego kurdyjskiego państwa nie byłoby pierwszym w ostatnim okresie. Na terenie Syrii istnieje bowiem region Rożawa, gdzie jeszcze w styczniu 2014 roku tamtejsi Kurdowie ogłosili niepodległość, której rzecz jasna nie uznały władze w Damaszku.
Intrygujące pytanie zadał swoim czytelnikom Thomas L. Friedman, który w obliczu powtarzających się co jakiś czas kolejnych manifestów ogłaszających koniec tej czy innej epoki, stwierdził, że może w rzeczywistości kończy się nie jedna, lecz wiele znaczących dla historii epok?
źródło: silkroadmaps.org
Koniec ery 30-letniego rozwoju Chin - przyzwyczailiśmy się do myśli, że Chiny będą się wciąż rozwijać a ich niezwykły wręcz skok cywilizacyjny i gospodarczy będzie kontynuowany. Tak jednak nie musi się wcale stać, być może bowiem ChRL nie przeskoczy "pułapki średniego dochodu" a dominacja USA na morzach nie pozwoli im w dalszej gospodarczej ekspansji.
Koniec ery 100 dolarów za baryłkę. Pałace Rihadu i Dubaju, miliardowe fortuny rosyjskich oligarchów, socjalistyczny raj w Wenezueli - to wszystko może już wkrótce okazać się jedynie krótkim epizodem w historii tych krajów jeśli one same nie poradzą sobie z nowymi realiami i niższymi cenami ropy naftowej.
Koniec ery państw-przeciętniaków. Takim mianem Friedman określił państwa powstałe po II Wojnie Światowej, których granice nakreślono na mapie dawnych kolonii, które przez dekady były utrzymywane przez USA lub ZSRR (a później także, w miarę możliwości przez Rosję). Wiele z tych sztucznych tworów nie odzwierciedla rzeczywistości etnicznej czy językowej, są one wręcz tykającymi bombami, które mogą w każdym momencie wybuchnąć. Próbkę tego zjawiska mieliśmy w ostatnich latach, wraz z implozją Libii, Syrii czy Iraku.
Koniec ery Unii Europejskiej - czy zjednoczonej Europy także? Trudno orzec, zdaniem Friedmana na pewno kończy się czas UE, która stała się zdominowana przez jedno państwo, Niemcy. Rosnące napięcia wewnątrz dowodzą, że nie wszystkim to się podoba.
Koniec ery izolacji Iranu - od czasu Rewolucji Islamskiej w 1979 jedno z największych i najludniejszych państw muzułmańskich objęte było embargiem, izolowany na arenie międzynarodowej Iran nie był w stanie wywierać wpływów politycznych na skalę jaką by chcieli rządzący nim ajatollahowie, czas by nowe kontakty handlowe i polityczne doprowadziły do nowego otwarcia Persów na świat, co nie będzie bez znaczenia dla całego regionu.
Koniec ery klasycznego podziału na prawicę i lewicę może również nastąpić prędzej niż się wydaje. Widać to choćby po obecnych kandydatach na prezydenta USA, jak i wyborach w wielu krajach świata.
Jakie jeszcze ery mogą dobiegać końca? Możemy się zastanowić i wymienić co najmniej kilka:
Koniec ery jednego mocarstwa - od 1989 albo 1991 możemy mówić o świecie jednobiegunowym, wzrost potęgi Chin, jeśli się utrzyma, oznaczać może koniec tego okresu. To siłą rzeczy prowadzić może do kolejnego końca jakim jest...
Koniec ery Morza - od czasu wielkich odkryć geograficznych nad światem panują potęgi morskie: Hiszpania, Portugalia, Wielka Brytania, USA. Kraje Lądu mając ograniczone możliwości prowadzenia handlu są słabsze i przez to niezdolne do stanięcia w równej rywalizacji. To może się zmienić wraz z pojawieniem się Chin i budową Nowego Jedwabnego Szlaku.
Czy współpraca pomiędzy tak różnymi od siebie organizmami państwowymi jak kalifat i Rosja jest w ogóle możliwa? Przedstawiam ciekawy scenariusz autorstwa jednego z wpływowych blogerów zajmujących się współczesnym teatrem wojennych.
Sytuacja zmusza momentami nawet najbardziej zatwardziałych wrogów do chwilowego zawieszenia broni i podjęcia współpracy, która może być korzystna dla obu stron. Do takich porozumień w historii dochodziło niejednokrotnie, wystarczy przypomnieć sobie sojusz Stanów Zjednoczonych i Związku Sowieckiego podczas II Wojny Światowej czy ostatnia "nieoficjalna" rzecz jasna współpraca USA z władzami Syrii i Iranu przeciwko ich współnemu wrogowi - Państwu Islamskiemu. Czy podobny ruch gotowa by była wykonać Rosja i zawrzeć taktyczny sojusz z kalifatem?
Skąd pomysł by Władymir Putin, któremu bojownicy ISIS, wśród których jest wielu Czeczenów, grozili śmiercią byłby w ogóle zainteresowany współpracą? Z punktu widzenia Rosji może być to dobry pomysł, gdyż to co w tej chwili może mieć fundamentalne znaczenie to uratowanie swojej pozycji ekonomicznej mocno nadszarpniętej nie tylko sankcjami gospodarczymi, ale też spadającymi cenami ropy naftowej, na co wpływ mają przede wszystkim kraje Zatoki Perskiej z Arabią Saudyjską na czele. Unieszkodliwienie Saudów i tym samm powstrzymanie wciąż spadających cen, szczególnie w momencie zmiany władzy w królestwie to okazja, która może się już nie trafić.
A kalifat? Dla nich to również świetna okazja, możliwość ekspansji na południe i zdobycie zaplecza na Półwyspie Arabskim, z jego zasobami ropy, pieniędzy, rezerwami ludności a przede wszystkim symbolem islamu - Mekką mogą stanowić moment, który nada im nowy impet w toczonej od dłuższego czasu wojnie przeciwko wszystkim sąsiadom.
Jak taka współpraca miałaby wyglądać?
Rosjanie mają do dyspozycji jedne z najlepsyzch grup hackerskich na świecie, niejednokrotnie dali się oni we znaki wielu rządom ościennych państw. Z drugiej zaś strony Saudowie dysponują podobno wyjątkowo słabymi, zarządzanymi z resztą przez zewnętrzne i wcale nie najlepsze firmy zabezpieczaniami (jednym z lepszych sposobów na uzyskanie kontraktu było zwyczajne "podlizywanie się" rządzącej dynastii). Wystarczyłoby więc, że "tajemniczy" atak hackerski z Rosji wyłączyłby komunikację straży granicznej i wojsk Arabii na terenach szczególnie zagrożonych atakiem ze strony ISIS. Wojska kalifatu mogłyby szybko wykorzystać tą okazję i wtargnąć głęboko na terytorium państwa gdzie z pewnością znajdzie wielu sympatyków gotowych przejść na ich stronę.
Taki mógłby być koniec Saudów. Czy do tego dojdzie? To rzecz jasna tylko scenariusz możliwych wydarzeń, który zaproponował autor bloga Global Guerillas, czy faktycznie do podobnej sytuacji dojdzie, tego nie wiemy, ale warto obserwować ten potencjalny "egzotyczny sojusz".
Tuż po ścięciu głowy amerykańskiego dziennikarza przedstawiciel kalifatu kieruje wiadomość do prezydenta Baracka Obamy - "od ciebie zależy życie kolejnego amerykańskiego obywatela". Szokujące wideo prezentujące egzekucję reportera trafić ma do zbiorowej wyobraźni Amerykanów, pokazać, że ISIS nie żartuje i że będzie zabijać kolejnych ludzi. Jak to się stało, że po zaledwie kilku miesiącach ISIS stało się wrogiem numer jeden, sprawiając, że wszyscy zupełnie zapomnieli o Al-Kaidzie?
W opublikowanym niedawno video felietonie Mariusz Max Kolonko sugeruje, że jedną z głównych sił wspierających dziś nowo powstały kalifat są wahabiccy Saudowie i osoby z nimi powiązane.
ISIS była jedną z dwóch głównych frakcji tworzących Armię Wolnej Syrii (FSA), a swój sukces zawdzięczają pomocy innych państw, w tym Arabii Saudyjskiej, Kataru oraz Turcji. Portal DefenseOne cytuje wypowiedź jednego z wysoko postawionych katarskich oficjeli, który twierdzi, że "ISIS było projektem saudyjskim". Oskarżani o to między innymi przez premiera Iraku, Nouriego Al-Maliki Saudyjczycy stanowczo zaprzeczają, nie ma przy tym żadnych dowodów jednoznacznie wskazujących poparcie Rijadu dla kalifatu. To jednak nie oznacza, że nikt tych pieniędzy nie wysyła. Potwierdza to Instytut Waszyngtona wskazując, że od czasu wybuchu wojny domowej z Syrii od poddanych saudyjskiej dynastii oraz mieszkańców innych państw Zatoki Perskiej wpływały pokaźne sumy wspierające tym samym działalność islamskich przeciwników reżimu Bashara Al-Assada.
Zdaniem Güntera Meyera, dyrektora Centrum Badań nad Światem Arabskim na Uniwersytecie w Moguncji kraje Zatoki takie jak Arabia Saudyjska, Katar, Kuwejt czy Zjednoczone Emiraty Arabskie są bez wątpienia głównym źródłem finansowania ISIS".
Nawet jeśli mieszkańcy tych państw a nawet ich władze wspierały po cichu syryjskich powstańców a przy okazji również ISIS, to mimo wszystko dziś środki wpływające z zewnątrz stanowią jedynie drobny ułamek majątku jakim dysponuje kalifat. Potwierdza to New York Times powołujący się na opracowania Rand Corporation. Wynika z nich, że ISIS pozostaje organizacją zupełnie niezależną od zewnętrznych źródeł finansowania i utrzymuje się głównie dzięki już pozyskanym pieniądzom. Pochodzić mają one ze sprzedaży ropy naftowej, której złoża na wschodzie Syrii kontrolują od 2012 roku, z rabunku banków i majątków chrześcijan oraz innych grup wyznaniowych (szacuje się, że tylko w wyniku zajęcia banku centralnego w Mosulu mudżahedini wzbogacili się o 420 milionów dolarów), do tego dochodzą podatki nakładane na mieszkańców zajętych przez nich terytoriów.
Bez względu na konkretne źródła pieniędzy ISIS jest dziś najprawdopodobniej najbogatszą organizacją terrorystyczną na świecie z dziennym dochodem wynoszącym ponad milion dolarów.
Atak na źródła finansowania ISIS może się okazać jednym ze skuteczniejszych sposobów walki z kalifatem - głównymi celami powinny stać się należące do nich pola naftowe, rezerwy finansowe a także osoby zajmujące się zarządzaniem tym całym majątkiem.
Prezydent Meksyku zamierza wprowadzić nowe regulacje dotyczące prawa energetycznego, które mogą otworzyć drzwi do większego zaangażowania zagranicznych firm naftowych w kraju. Jakie implikacje będzie to miało dla światowego rynku energii?
fot. rigzone.com
Prezydent Meksyku Enrique Pena Nieto proponuje zmiany w konstytucji, które otwierają drzwi dla prywatnych firm, w tym międzynarodowych potentatów branży naftowej, do poszukiwania i wydobycia ropy naftowej. Działania te mają być podejmowane we współpracy z państwową spółką naftową Petroleos Mexicanos. Firma znana jako PEMEX, miała monopol na wydobycie ropy przez ostatnie 75 lat...
Meksyk zachowa prawo własności złóż i będzie dzielił zyski firm naftowych. "Proponowane w Meksyku zmiany są bardziej podobne do tych w Iraku, aniżeli Brazylii czy Norwegii", podkreśla anonimowy ekspert rynku ropy. "Wydobycie ropy naftowej w Meksyku spadło do 2,5 mln baryłek dziennie z 3,4 mln baryłek w 2004 roku. Ponadto rząd nie ma ani pieniędzy, ani wiedzy, aby zbadać i wydobywać ropę na głębokich wodach Zatoki Meksykańskiej, to jest terenach na których międzynarodowe firmy naftowe odnoszą wielkie sukcesy", dodaje ekspert.
Meksyk jest wciąż jednym z największych dostawców zagranicznych ropy naftowej do USA oraz Kanady. Produkcja w Meksyku będzie zatem zwiększać bezpieczeństwo energetyczne przede wszystkim w Ameryce Północnej. Możliwe jest także zwiększenie zdolności Meksyku do uniezależnienia się od importu benzyny z USA (poprzez nowe technologie rafinacji).
Co istotne, Meksyk ominęła możliwość importowania taniego gazu ziemnego, który jest wynikiem "boomu" na wydobycie gazu łupkowego w Stanach Zjednoczonych. Brak odpowiedniego gazociągu łączącego USA z Meksykiem skutecznie ogranicza możliwości importu "wystarczającej ilości takiego gazu". Ostatnie działania meksykańskiego rządu wydają się być zatem odpowiedzią na rosnące światowe zapotrzebowanie na energetyczną niezależność.
Co Waszym zdaniem może zmienić zwiększenie wydobycia ropy w Meksyku na globalnym rynku?
Handlowcy nie przeczą, że często używają "sztuczek w celu manipulowania cenami ropy", donosi Wall Street Journal. Halis Bektas, szef szwajcarskiej firmy Rixo International Trading, opisał jedną z wielu stosowanych strategii, którą wykorzystuje: "sprzedaję niewielką ilość ropy po niskiej cenie, trochę na straty, powodując spadek cen referencyjnych, a następnie kupuję duże ilości za niższą kwotę". Czy tego typu praktyki powinny być zabronione?
fot. heatingoil.com
Przedsiębiorcy podkreślają, że "poruszanie" rynków dla wywierania wpływu na ceny jest czymś normalnym i powszechnym. "Nasze działania nie są czymś złym. Po prostu zwiększamy ilości zakupu czyniąc presję na rynek", podkreśla Halis Bektas, szef szwajcarskiego Rixo International Trading.
Co ciekawe, osoby zaangażowane w obrót ropą na rynku traktują swoje działania jako w pełni legalne, ponieważ "nie wiążą się one z żadnymi zabronionymi zachowaniami". Dopowiadają, że nie prowadzą żadnych "tajnych" rozmów z konkurentami, nie zgłaszają na rynku także fałszywych cen... Czy można im wierzyć? Wydaje się to raczej wątpliwe.
Ponieważ rynek ropy opiera się na prywatnych ofertach bez wymagań dotyczących ujawniania informacji, system jest znacznie mniej przejrzysty niż na rynkach akcji i kontraktów terminowych. "To nie jest idealny świat, ale to najlepsze, co możemy na chwilę obecna zaproponować", powiedział Olivier Jakob, dyrektor firmy Petromatrix.
Największa agencja cenowa Platts zauważa, że "chronimy rynek przed manipulacją, oczywiście w miarę możliwości. Nie są znane nam żadne dowody, że nasze ceny nie odzwierciedlają realnej wartości rynkowej". Przypomnę tylko, że gigantowi Platts zarzucono zmowy mające na celu wypaczenie cen ropy w stworzonym przez firmie systemie market-on-close (to codzienne półgodzinne „okno” w którym ustala się ceny).
Kto i w jaki sposób Waszym zdaniem najsilniej manipuluje światowym rynkiem ropy?
Naukowcy szacują, że Arktyka posiada 13 procent nieodkrytych światowych złóż ropy oraz 30 procent nieodkrytych złóż gazu. Do niedawna jednak surowce, które mogłyby dawać setki miliardów dolarów przychodów były zamarznięte i nieosiągalne. Dziś rozpoczyna się "cicha wojna" o ogromne pieniądze i bezpieczeństwo energetyczne w skali całego świata. Kto zdobędzie Arktykę - zdobędzie globalne wpływy na długie lata...
Arktyka odkrywa dla nas swoje bogactwa.
To sięgnie po nie jako pierwszy?
(fot. static.guim.co.uk)
Globalne ocieplenie, nowoczesne technologie wydobywcze oraz wiarygodne ekspertyzy doprowadziły do tego, co eksperci opisują jako "rodzaj wyścigu szczurów po Arktykę". W miniony piątek prezydent Barack Obama ogłosił nową strategię USA dla Arktyki, nazywając region "niesamowitym miejscem". Obama wezwał także wszystkie narody do ochrony "kruchego środowiska i utrzymywania obszaru Arktyki wolnego od konfliktów". Wydaje się jednak, że słowa te mają odwrócić uwagę od prawdziwych celów i interesów USA na biegunie północnym.
Arktyka ociepla się szybciej niż jakakolwiek inna części świata. Eksperci przewidują, że region będzie wolny od lodowej pokrywy w ciągu około 20 lat. Zmiany środowiskowe, które z tym się wiążą mogą zagrozić nie tylko niedźwiedziom polarnym, wielorybom, czy fokom, ale mieszkańcom odległych zakątków świata - od Florydy po Bangladesz. Rządy i koncerny (pomimo mocno akcentowanej polityki ochrony środowiska) widzą w topnieniu lodowców jednak coś zupełnie innego: dobrodziejstwo dla biznesu i ogromne zyski.
Powstaną liczne nowe szlaki żeglugowe, które będą w stanie zapewnić szybsze i tańsze korytarze eksportowe dla wielu dóbr na całym świecie (od żywności i elektroniki począwszy aż po samochody i sprzęt wojskowy). Jednak największą "nagrodą" stanie się ogromny i niewykorzystany zasób ropy, gazu, minerałów i metali szlachetnych, które czekają dziś uśpione w Arktyce. W 2007 roku rosyjski statek badawczy umieścił flagę rosyjską na dnie Oceanu Arktycznego, w pobliżu bieguna północnego. To symboliczny gest, który przez największe mocarstwa został odebrany jednoznacznie: wyścig właśnie się rozpoczął!
Do obszaru Arktyki roszczenia wysuwa wiele państw.
Które z nich ma jednak największego do tego prawo?
(fot. cdn.zmescience.com)
W zeszłym roku (obok Rosji) także Chiny, Dania, Kanada oraz Stany Zjednoczone dołączyły do "konkursu", wysyłając swoje lodołamacze na rejs przez Arktykę. Ekonomiczna rywalizacja w Arktyce sprawiła, że obszar ten staje się dziś "rosnącym priorytetem bezpieczeństwa międzynarodowego". Kraje arktyczne przypatrując się działaniom innych państw, planują wysłanie dodatkowych wojsk do regionu w celu utrzymania stabilności zarówno na morzu jak i w powietrzu.
Jakie zatem konkretne kroki podejmują poszczególne państwa? Rosja planuje przeszkolić i wyposażyć specjalną brygadę na wypadek "arktycznej wojny", Kanada przeznacza miliony dolarów na budowę 28 wojskowych statków-lodołamaczy. Norwegia, Dania i USA rozszerzają z kolei swoje militarne centra dowodzenia i szybkiego reagowania w Arktyce. Czy to wszystko dla zapewnienia bezpieczeństwa w regionie? Wygląda to na coś zupełnie innego...
Sekretarz generalny NATO Anders Fogh Rasmussen powiedział w środę, że "organizacja nie ma planów, aby zwiększyć swoją obecność w Arktyce". Tym samym pozostawił wolną rękę poszczególnym krajom w zakresie roszczeń i działań (w tym militarnych) na terenie północnego bieguna... Z wiadomych przyczyn (finansowych, technologicznych, wojskowych) w wyścigu tym uczestniczyć mogą tylko najsilniejsi, jednak ich decyzje wpływ mieć będą na przyszłość nas wszystkich.
Co ważne, Rosja przygotowuje obecnie wniosek do ONZ, aby potwierdzić swoje prawa terytorialne do rozległego podwodnego grzbietu, który rozciąga się aż do Kanady. Eksperci twierdzą, że takie działanie wytrąci z równowagi wielu polityków w Waszyngtonie i Ottawie. Jeśli rosyjski wniosek zostanie zaakceptowany, to da on Rosji wyłączne prawo do niemal połowy obszaru Arktyki.
Czy Waszym zdaniem eksploatowanie cennych złóż Arktyki może być realizowane w sposób pokojowy? I kto Waszym zdaniem ma największe prawo do tego obszaru?
Afganistan jeszcze w tym roku planuje uruchomić nawet pięć rafinerii ropy i gazu oraz liczne kopalnie cennych surowców. Jako państwo pogrążone w zamieszkach, Afganistan stara się docierać do inwestorów, aby rozwijać gospodarkę w oparciu o swoje bogate zasoby. Kto jest już nimi zainteresowany?
fot. i.telegraph.co.uk
"Najnowsze projekty obejmują badanie i rozwój w zakresie wydobycia ropy, gazu ziemnego, rud żelaza, miedzi i złota", podkreśla minister kopalin Wahidullah Shahrani. "Planujemy ogłosić dwa przetargi celem poszukiwania ropy i gazu w tym roku, a dwa kolejne w przyszłym roku lub w 2015. Afganistan ma potencjał, aby być samowystarczalny w zapotrzebowaniu na ropę i gaz", dodaje.
Afganistan ma na celu zwiększenie udziału przemysłu wydobywczego w krajowej gospodarce aż do 45 procent do roku 2024 (w porównaniu z 3 procentami w roku ubiegłym). Naród, który przeszedł dekady walki, w tym dwie wojny domowe, planuje również rozpocząć projekt wydobycia rzadkich ziem litowych. Minerały te wykorzystywane są przez producentów akumulatorów oraz szeroko rozumianych produktów elektronicznych. Dziś ma się to zmienić.
Afganistan to kraj niezwykle bogaty w cenne surowce.
Czy zachodnie korporacje ruszą szturmem po ich wydobycie?
(fot. stratrisks.com)
Choć Afganistan jest obecnie jednym z najbiedniejszych państw na świecie (pod względem PKB per capita), to popularny US Geological Survey szacuje, że afgańskie surowce mineralne warte są biliony dolarów (!). Korupcja i problemy bezpieczeństwa skutecznie hamowały zainteresowanie zachodnich firm co do inwestowania w kraju. Najbardziej intratne kontrakty przypadły więc chińskim i indyjskim firmom wspieranym przez państwo.
Czy Waszym zdaniem Afganistan ma szansę na prawdziwy "skok" gospodarczy? I czy zachodnie korporacje masowo zaczną inwestować w Afganistanie?
Powierzchniowy krajobraz często odzwierciedla to, co znajduje się pod ziemią, a nawet pod dnem morskim. Zdaniem naukowców, staranny przegląd skał i minerałów "pozwala dokonać łatwego oszacowania gdzie znajdują się bogate złoża ropy naftowej". Czy rozsyłane dziś na całym świecie amerykańskie bezzałogowe statki latające (popularne UAV) nie tylko służą kontroli wojskowej, ale także "prześwietlają" kolejne państwa pod kątem cennych surowców?
fot. defense-update.com
Norwescy naukowcy opisują drony jako "stawianie kamer na niebie". Wydawać się to może banalne, ale dzięki nim możliwe jest badanie terenu "prosto w dół z dowolnej wysokości". Informacja dzięki temu jest znacznie jaśniejsza, łatwiej także dopasować obrazy do siebie i tworzyć modele 3D terenu. Bezzałogowe drony są dużo tańsze niż helikopter, ale również mogą pracować na wysokościach oraz w miejscach w których wykorzystanie helikoptera po prostu jest niemożliwe.
Norweska badaczka Aleksandra Sima (pracownik Uniwersytetu w Bergen) podkreśla, że "wykorzystywane przez nas drony będą wyposażone w skanery, czujniki oraz kamery potrzebne do badania i tworzenia struktury geologicznej dowolnego terenu". W ten sposób naukowcy chcą dowiedzieć się o rodzajach i grubości osadów oraz innych aspektach formacji geologicznych, które pomogą w znalezieniu złóż ropy naftowej.
Głównym ograniczeniem dla tego typu działalności badawczej są norweskie regulacje prawne. "Kontrolerzy na ziemi", którzy pilotują drony jak i ich kamery muszą być zweryfikowane przez norweskie władze lotnictwa. Ponadto sam projekt może być realizowany wyłącznie na terenach niezaludnionych, nie utrudniając tym samym normalnego funkcjonowania społeczeństwa.
Nieliczni komentatorzy norweskich badań podkreślają jeszcze jeden ważny fakt: amerykańskie wojsko już od dłuższego czasu "patroluje" swoimi bezzałogowcami rozmaite regiony całego globu. Uzasadnieniem ich przelotów jest zwykle kontrola granic, demaskowanie kryjówek wroga, czy zwiększanie bezpieczeństwa ludności cywilnej.
Czy jednak (jak słusznie pytają eksperci) działalność ta de facto (jak w Norwegii) nastawiona jest na mapowanie terenów i poszukiwanie cennych surowców w różnych zakątkach świata?
Unikatowa mapa przedstawia jak ropa naftowa przez morze "podróżuje" po świecie oraz które miejsca załadunków są najbardziej podatne na atak. Mapa pochodzi z ostatniego projektu sprawozdawczego w zakresie bezpieczeństwa energetycznego USA. Raport stworzony został przez dziennikarzy Medill National Security Journalism Initiative.
fot. leadingtrader.com
Mapa jest naprawdę warta polecenia - reporterzy zbadali wszystkie aspekty bezpieczeństwa energetycznego, począwszy od retoryki prezydenta na temat ropy naftowej aż po załamanie amerykańskich operacji wojskowych w celu stabilizacji dostaw ropy. Witryna posiada liczne wykresy i diagramy (całość do sprawdzenia pod linkiem: http://oilchangeproject.nationalsecurityzone.org/).
Na mapie zawarto wszystkie potencjalnie newralgiczne punkty - w szczególności Cieśninę Ormuz, gdzie dziennie załadowywanych jest 17 milionów baryłek ropy naftowej (co stanowi jedną piątą światowych zasobów!). Według niektórych szacunków, Stany Zjednoczone w ciągu ostatnich dziesięcioleci wydały aż 8 000 000 000 000 dolarów na utrzymanie wojska w tym regionie (w tym licznych lotniskowców i myśliwców odrzutowych). Wszystko po to, aby mieć pewność, że kraje takie jak Iran "nie zduszą" światowych dostaw ropy.
Unikatowa mapa przedstawia najważniejsze szlaki transportowe
ropy naftowej oraz główne węzły załadunkowe.
(fot. washingtonpost.com)
Roger Stern, profesor na University of Tulsa National Energy Policy Institute podkreśla, że "szacunki dotyczące rzeczywistych kosztów ochrony transportu ropy znacznie się różnią. Możemy być jedynie pewni, że USA zainwestowała od 1976 roku w Zatoce Perskiej biliony dolarów".
Czy ktoś z nas potrafiłby wyobrazić sobie dzisiejsze życie bez ropy naftowej? Najwięksi dostawcy "czarnego złota" przekonują nas, że to niemożliwe. Z najnowszego raportu opublikowanego przez British Petroleum wynika jednak, że zasoby ropy przy obecnym poziomie zużycia wyczerpią się już za 42 lata...
Dlaczego Waszym zdaniem Stanom Zjednoczonym tak bardzo zależy na ochronie szlaków transportowych ropy naftowej?
Państwo Środka to obecnie drugi najważniejszy gracz na światowej arenie. Próbując rozrysować scenariusz ewentualnej III Wojny Światowej nie można nie uwzględnić tego co zrobią chińskie władze ani jak zachowają się jego główni rywale.
Bardzo wiele na temat najbliższych planów USA mówi nam to, co działo się podczas pierwszej po wygranych wyborach podróży zagranicznej Baracka Obamy. To, że zdecydował się on w pierwszej kolejności odwiedzić właśnie Azję Południowo-Wschodnią dobitnie świadczy o tym, że to właśnie tym regionem będą się interesować w pierwszej kolejności. Nie ma się czemu dziwić, wszystko wskazuje bowiem na to, że właśnie tam wyrasta ich główny rywal.
Nowe wielkie sojusze
źródło: wikipedia.org
Z każdym kolejnym rokiem rośnie potęga Chińskiej Republiki Ludowej. Państwo to coraz mniej ukrywa swoje ambicje, które wydają się znacznie wykraczać ponad zachowanie istniejącego status quo. Z tego też powodu wielki konflikt zbrojny nie wisi na włosku jedynie na Bliskim Wschodzie. Równie niebezpiecznie może już wkrótce być również na archipelagach leżących na pograniczu Oceanu Indyjskiego i Spokojnego, gdzie wielkie światowe potęgi mogą już wkrótce rozpocząć Wielką Wojnę. Przygotowania do konfrontacji trwają od lat, lecz w ostatnim czasie coraz wyraźniejsze stają się linie podziałów i dwie główne osie. Jedna z nich to opisywana przed blisko rokiem na blogu „Kod Władzy” oś Nowe Delhi-Tokio-Waszyngton. Do tradycyjnego już tandemu Japonii i Stanów Zjednoczonych dołączyły wówczas Indie zaniepokojone wzrostem potęgi Chin oraz nieustającym zagrożeniem ze strony Pakistanu.
Ten ostatni staje się powoli członem odrębnej osi Moskwa-Pekin-Islamabad coraz częściej zajmującej wspólne stanowisko, co było widać choćby przy sprzeciwie wobec interwencji w Syrii. Do niedawna pozostający w sojuszu z USA Pakistan po szeregu skandali związanych z atakami przeprowadzanymi przez amerykańskie drony na terytorium tego państwa wyraźnie zdystansował się od swojego dotychczasowego partnera blokując nawet przez pewien czas dostawy dla wojsk stacjonujących w Afganistanie, równocześnie zbliżając się do Chin i Rosji. Nie bez znaczenia było przy tym zbliżenie się Waszyngtonu do ich odwiecznego wroga – Indii, w których Stany Zjednoczone doszukują się przeciwwagi dla chińskiej ekspansji, prezydent Obama stwierdził nawet, że powinno się znaleźć stałe miejsce dla nich znaleźć miejsce w nowej, powiększonej Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Według raportu opublikowanego przez think tank Centre for Strategic and International Studies (CSIS), strategiczne partnerstwo leży w interesie obydwu państw, znacznie zwiększając ich możliwości militarne, a także „może stanowić fundament do budowy długotrwałych relacji będących jasnym sygnałem dla wszystkich sojuszników, partnerów a także potencjalnych przeciwników”.
Nietrudno się domyślić kto może być tym przeciwnikiem zważywszy na wydarzenia z ostatnich miesięcy. Nie bez znaczenia było bowiem nie uwzględnienie członkostwa Chin w powstałym w 2005 roku Partnerstwie Transpacyficznym, a także na napięte stosunki w jakich znajduje się to państwo w stosunku do bliskich sojuszników USA, z Japonią na czele. Tokio na ostatnim szczycie państw regionu oskarżyło z resztą Chiny, że te poprzez swoje działania tylko pogarszają i tak napiętą sytuację.
Chiny wychodzą w morze
Chodzi między innymi o manewry jakie miały miejsce w ostatnim czasie na Morzu Południowochińskim i na Morzu Wschodniochińskim, będąc nie tylko próbą sprawdzenia umiejętności swojej armii, ale przede wszystkim demonstracją siły. Od dłuższego czasu bowiem Państwo Środka wyraźnie inwestuje w swoje siły zbrojne nie tylko na lądzie, ale być może przede wszystkim na morzu. Niedawno głośnym echem odbiło się choćby wodowanie pierwszego chińskiego niszczyciela, z kolei w grudniu 2011 roku Pekin ogłosił podpisanie porozumienia z władzami leżących w pobliżu wybrzeży Afryki Seszeli, na mocy którego Chiny wkraczają na Ocean Indyjski uzyskując możliwość utworzenia swojej pierwszej zamorskiej bazy wojskowej. W zamian pochodzący głównie od francuskich kolonistów mieszkańcy archipelagu otrzymali ochronę przed atakami grasujących w pobliżu ich granic piratami.
Wbrew pozorom kojarzone zazwyczaj jako potęga typowo lądowa Chiny muszą bardzo poważnie podchodzić do tego co dzieje się na morskich szlakach komunikacyjnych. Jest to związane przede wszystkim z uwarunkowaniami geograficznymi tego państwa, które pomimo swoich ogromnych rozmiarów pozostaje gęsto zaludniona właściwie tylko na wybrzeżu. Jak zauważyli eksperci Stratfor kraj ten chociaż leży na kontynencie azjatyckim jest w praktyce wyspą, którą od wschodu otaczają wody mórz Wschodnio i Południowochińskiego, od zachodu zaś i od północy od reszty kontynentu oddzielają je nieprzyjazne i trudne do przemierzenia góry i pustynie (patrz: mapa poniżej).
źródło: Stratfor.com/chinadigitaltimes.net
To sprawia, że Chiny będą zmuszone do zabezpieczenia swoich szlaków komunikacyjnych również na morzu. W tym przypadku po raz kolejny istotną rolę odgrywa geografia – z jednej strony bowiem cały region Azji Południowo-Wschodniej to przede wszystkim ogromna ilość wysp i półwyspów, nad którymi objęcie kontroli wymaga w oczywisty sposób potężnej i mobilnej floty. Trzecim czynnikiem jest z kolei przytoczony swego czasu na blogu Land Destroyer argument, że Państwo Środka uzależnione jest od zachodu od szlaku handlowego zwanego „Pasem Pereł” prowadzącym wzdłuż południowych wybrzeży Indii do Zatoki Perskiej. Szlakiem tym podróżują obecnie tankowce dostarczające ropę napędzającą chiński przemysł, bez tych dostaw Chiny w krótkim czasie mogą stać się bezbronne. W przypadku ewentualnego konfliktu i odcięcia przez Indie dostaw z Bliskiego Wschodu Pekin może w krótkim czasie znaleźć się w podobnej sytuacji co Japonia i Niemcy w czasie II Wojny Światowej, które pozbawione paliwa bardzo szybko przegrały praktycznie wszystko.
"Pas Pereł"
źródło: SSI
Czy może wobec tego dziwić istny wyścig zbrojeń jaki ma miejsce w Azji Południowo-Wschodniej i mało optymistyczne nastroje wśród tamtejszych polityków? Codziennie słyszymy wiadomości o tym co dzieje się w Strefie Gazy i w Syrii, docierają do nas zapowiedzi wielkiej wojny z Iranem, ale czy w rzeczywistości losy świata nie będą się ważyć w zupełnie innym miejscu? Gdzie na tej wielkiej szachownicy stanie Europa?
Zachodnie służby wywiadowcze dotarły do tajnego raportu władz irańskich dotyczącego planu „Mętna woda” . Według zdobytych informacji Iran może spowodować gigantyczny wyciek ropy naftowej do cieśniny Ormuz, co spowodowałoby katastrofę ekologiczną. Plan ten ma na celu zablokowanie strategicznego szlaku morskiego, co zmusiłoby Zachód do zdjęcia sankcji.
fot. worldtribune.com
Według danych uzyskanych przez wywiadowców, autorami pomysłu sabotażu „Mętna woda” są gen. Mohammed Ali Dżafari, dowódca Irańskich Strażników Rewolucji oraz admirał Ali Fadawi. Ich plan zakłada wywołanie katastrofy ekologicznej w Cieśninie Ormuz, która prowadzi do Zatoki Perskiej. Obecnie za podejmowanie decyzji w kwestii realizacji katastrofalnego planu odpowiada ajatollah Ali Chamenei.
Plan wywołania katastrofy przewiduje skierowanie supertankowca z ropą wprost na skały. Wskutek tego ropa wyciekająca z tankowca skutecznie skaziłaby wody w cieśnienie, a następnie w zatoce. Taki scenariusz jest możliwy do realizacji, bowiem Iran dysponuje 15 ogromnymi supertankowcami VLCC i 5 mniejszymi Suezmax. Niepokojący może być także fakt, że w ostatnim czasie większość z tych tankowców wyłączyła system automatycznej identyfikacji, co utrudnia namierzenie jednostek przez służby wywiadowcze.
Gdyby doszło do realizacji planu „Mętna woda”, w usuwanie skutków wycieku ropy musiałyby zaangażować się różne instytucje międzynarodowe. Ich możliwości uzależnione byłyby od technicznej pomocy Iranu. W zamian za tę pomoc władze w Teheranie zażądałyby choćby tymczasowego zdjęcia sankcji nałożonych na Iran.
Czy Waszym zdaniem Iran w swoich działaniach może posunąć się naprawdę aż tak daleko?
"Stwierdzam, że jesteśmy pierwszą rasą na świecie, i że im więcej świata zasiedlamy tym lepiej dla ludzkiej rasy... Jeśli Bóg istnieje, myślę że oczekiwałby ode mnie bym pomalował Brytyjską Czerwienią tak dużą część mapy Afryki jak to tylko możliwe"
Kontynent afrykański bardzo często przedstawiany jest jako obszar nieustannych wojen, głodu i epidemii. Za źródło dotykających Afryki plag często obwinia się lata kolonializmu, kiedy to europejskie mocarstwa dokonały jej podziału na strefy swoje strefy wpływów. Kontrolowane przez setki lat terytoria wybiły się na niepodległość względnie niedawno, większość z nich podczas rozłożonego w czasie procesu dekolonizacji mającego miejsce po II Wojnie Światowej. W myśl pochodzącego z Ghany polityka i działacza ruchu panafrykańskiego Kwame Nkrumaha, który stwierdził kiedyś, że "najlepszą metodą by nauczyć się jak być niepodległym i suwerennym państwem jest bycie niepodległym i suwerennym państwem" kolejne państwa na Czarnym Lądzie ogłaszały niezależność od swoich metropolii. Czy oznaczało to jednak zupełnie wyparcie zewnętrznych wpływów z kontynentu?
W recenzowanym niedawno na tym blogufilmie "Ambasador" Madsa Brügera, mogliśmy od środka zobaczyć jakie stosunki panują w jednym w tamtejszych państw. Reżyser podając się za dyplomatę wyruszył do Republiki Środkowoafrykańskiej gdzie potajemnie spotykał z przedstawicielami tamtejszego świata polityki i biznesu. Bardzo interesująca była szczególnie wypowiedź ówczesnego ministra do spraw bezpieczeństwa wewnętrznego, z pochodzenia Francuza i byłego żołnierza Legii Cudzoziemskiej, który stwierdził, że pomimo oficjalnej rezygnacji z kontroli nad tymi terenami Paryż wciąż ma dużo do powiedzenia w swoich byłych koloniach, co więcej w jego interesie jest aby nigdy nie powstał tam silny i niezależny rząd.
Spójrzmy teraz na kilka bardzo interesujących map prezentujących strefy wpływów i wielkie koncerny operujące w Afryce (wszystkie mapy pochodzą ze strony iran-resist.org):
Mapa 1: Na mapę naniesiono istniejące strefy wpływów państw,
które miały w Afryce największe kolonie: Francji (na niebiesko) i
Wielkiej Brytanii (na czerwono). Do tego dodane zostały linie
określające wpływy USA a także wielkość oraz obszary występowania
najcenniejszych złóż:
ropy naftowej (żółte koła),
gazu (niebieskie koła),
węgla (różowe koła),
uranu (brązowe koła),
mapa 1: wpływy kolonialne
Mapa 2: Poniżej zaznaczone zostały brytyjskie firmy działające na kontynencie. Z Wielkiej Brytanii pochodzi najwięcej koncernów operujących w Afryce, jak widać, szczególnie po lokalizacji koncernu BP, często pokrywa się to z terytoriami byłych kolonii (RPA, Rodezja).
mapa 2: obecność koncernów brytyjskich
Mapa 3: Obecność chińska, zarówno pod względem biznesowym jak i militarnym z roku na rok staje się coraz bardziej dostrzegalna. Chińczycy dostarczają afrykańskim rządom technologię i sprzęt wojskowy, budują fabryki i wydobywają surowce.
Mapa 3: chińska ekspansja
Mapa 4: Nałożone na siebie miejsca aktywności firm brytyjskich, francuskich oraz chińskich. Interesujące, że Francję reprezentuje w Afryce tylko jedna firma (Total), z mapy wynika, że dawne strefy kolonialnych wpływów nie zawsze pokrywają się z obecnym obszarem działalności poszczególnych koncernów.
Mapa 4: koncerny energetyczne
Mapy 5&6 prezentują nam główne strefy wpływów Chin i USA. Dominium amerykańskie idzie z dwóch kierunków - od południowego zachodu obejmując między innymi Deltę Nigru a także od północnego wschodu, przede wszystkim krajów arabskich i Kanału Sueskiego. Obszary działania Chin są według tej mapy o wiele szersze i prowadzą z reguły ze wschodu na zachód, co ciekawe jedna linia prawie że pokrywa się z obszarem działania Amerykanów (nie obejmuje większość terytorium Ghany).
Mapa 5: strefy wpływów USA i ChRL
Mapa 6: Strefy wpływów USA i aktywność koncernów amerykańskich
Mapa 7: Na koniec interesująca mapa przedstawiająca obszar występowania ludności muzułmańskiej. Mapa została sporządzona przez Irańczyków, zrozumiałym jest więc, że szczególnie interesują ich tereny zajmowane przez ich współwyznawców.
Mapa 7: Obszary występowania złóż z nałożoną mapą populacji muzułmańskiej
Ostatnio tematyka afrykańska jest na tym blogu poruszana dość często. Stało się to między innymi z powodu głośnej kampanii Kony2012 mającej zachęcić opinię publiczną do wywarcia wpływu na swoje rządy i ich interwencji w Ugandzie.
Jak informowałem ok. tygodnia temu wszystko wskazuje na to, że cała kampania to jedynie prowokacja mająca dać legitymacje kilku zachodnim rządom do przejęcia kontroli w tej bogatej w zasoby mineralne i paliwa kopalne części Afryki. Ten nagły przypływ miłosierdzia wobec prześladowanych dzieci kłóci się z rzeczywistością między innymi ze względu na to, że w wielu wojnach w tym regionie (Sudan, Etiopia, Somalia, Rwanda, Kongo) USA brały mniej lub bardziej bezpośredni udział.
Wygląda na to, że chociaż kampania Kony2012 została zainicjowana zaledwie 2 tygodnie temu to już teraz Pentagon poinformował o wysłaniu do Ugandy amerykańskich marines, których zadaniem będzie szkolenie lokalnego wojska. Jak twierdzi Michel Chossudovsky z Global Research.ca po przeszkoleniu ugandyjska armia walczyć będzie nie tylko z Konym, ale też z będzie walczyć nie tylko z Konym, ale też z paramilitarną grupą Al-Shabaab ("Młodzież") z Somalii.
Major Charles Baker, rzecznik prasowy marines oświadczył, że: "Genezą misji były operacje w Mogadiszu w Somalii, gdzie siły stabilizacyjne Unii Afrykańskiej napotkały domowej roboty środki wybuchowe i szereg przeszkód, które wystawiły ich na zasadzki zorganizowane przez al-Shabaab".
Jak widać kampania zdaje się być jedynie zapowiedzią, pretekstem do o wiele szerzej zakrojonej akcji, która w efekcie doprowadzić ma do przejęcia kontroli nad tą częścią Afryki.
Firmy zaangażowane w wydobycie ropy naftowej na archipelagu Falklandów/Malwinów czekają kary "administracyjne, cywilne i kryminalne" - to zapowiedź argentyńskiego rządu, który od pewnego czasu coraz głośniej przypomina o swoich pretensjach w stosunku do wysp.
Podczas konferencji prasowej w zeszły czwartek, minister spraw zagranicznych Hector Timerman stwierdził, że zasoby południowego Atlantyku są własnością "wszystkich Argentyńczyków" i władze w Buenos Aires mają zamiar ich bronić.
Kolejne deklaracje Argentyny wiążą się ze sprzedażą przez Brytyjczyków licencji na wydobycie zasobów ropy naftowej znalezionej w pobliżu archipelagu. Zdaniem analityków wpływy jakie uzyska korona brytyjska wyniosą kilkadziesiąt miliardów dolarów rocznie.
Argentyńskie władze oprócz działań na drodze sądowej już wcześniej podjęły kroki mające na celu blokadę lotniczą wysp wymuszając między innymi na chilijskich liniach lotniczych zaprzestania lotów na wyspy.
Zarówno Argentyna jak i Wielka Brytania szukają przy tym sojuszników, dla Londynu ważna stała się deklaracja Baracka Obamy, który stwierdził, że uznaje on panujące status quo, z drugiej zaś strony Buenos Aires może liczyć na wsparcie niektórych krajów Ameryki Łacińskiej.
Pod ostatnim wpisie na ten tematrecoletazwróciła uwagę na fakt, że prezydent Fernandez de Kirchner jest osobą, która lubi pokrzyczeć, natomiast niekoniecznie będzie dążyć do rozwiązań siłowych, zwłaszcza jeśli na swoim terenie ma problem z panującą w wyniku kryzysu biedą. Być może taka ostra retoryka pozwoli zjednoczyć wokół siebie naród i zdobyć jeszcze kilka lat władzy? Ewentualne zyski z falklandzkiej ropy to kuszący kąsek, ale wątpliwym jest by w przypadku ewentualnego konfliktu Argentyna miała jakiekolwiek szanse z Wielką Brytanią. Chyba, że ta druga zaangażuje się gdzie indziej, na przykład w Iranie.
We wczorajszym wpisie zadałem pytanie co sprawiło, że nagle tak wiele osób, w tym celebrytów zainteresowało się losem ugandyjskich dzieci.
Niezależny publicysta Dan Gordon zwrócił uwagę na istotny fakt. Otóż metoda rekrutowania żołnierzy-dzieci nie jest wcale pomysłem Josepha Kony, tego typu działania były stosowane w Ugandzie już wcześniej między innymi przez rządzącego od 1986 roku prezydenta Yoweri Museveni. Różnica między obydwoma panami polega na tym, że Museveni od lat cieszy się poparciem państw Zachodu i nie stara się prowadzić zbyt samodzielnej polityki.
Co więcej Gordon zauważył, że już w październiku 2011 roku 100 żołnierzy amerykańskich jednostek specjalnych zostało wysłanych do Ugandy by walczyć z LRA, po co więc aktywować opinię publiczną? Zapewne potrzeba wysłania o wiele większych sił do Afryki wymaga o wiele mocniejszej legitymacji a ponieważ straszak terroryzmu już nie działa...
Jeden z czytelników w komentarzu podlinkował do artykułu, który może wskazywać na prawdziwy powód interwencji. Już blisko 5 lat temu na terenie Ugandy znaleziono ogromne złoża ropy naftowej, z kolei jak poinformował w sierpniu 2010 roku Dziennik.pl krakowska firma Poszukiwania Nafty i Gazu dowierciła się do ogromnych, być może jednych z największych na terytorium Afryki, złóż ropy naftowej. Złoża te znajdować się mają na terytorium północnej Ugandy, co warto zaznaczyć, słabo kontrolowanych przez rząd w w Kampali. Zbieg okoliczności?
Być może ze względu na ogromną korupcję ktoś wpływowy stwierdził, że o wiele bardziej opłacać się będzie samodzielnie zaprowadzić tam porządek a przy okazji zgarnąć zyski ze znajdujących się w pobliżu granicy z Kongiem złóż ropy?
Jako komentarz do całej sytuacji może idealnie nadać się popularny w sieci złośliwy demotywator:
Kilka dni temu Brookings, amerykański ośrodek zajmujący się badaniami opinii publicznej, opublikował wyniki badań dotyczących tego jak obywatele USA postrzegają ostatnie 10 lat. Wyniki te pokazują, że dla tamtejszego społeczeństwa tak zwana “wojna z terrorem” okazała się porażką.
Ponad połowa respondentów stwierdziła, że Stany Zjednoczone powinny wycofać swoich żołnierzy z Iraku, zaś aż sześciu na dziesięciu Amerykanów uważa, że w wyniku “wojny z terroryzmem” USA osłabiło swoją gospodarkę, wydając zdecydowanie za dużo pieniędzy, w tym przede wszystkim na operacje prowadzone w Afganistanie i w Iraku.
Obywatele USA odczuwają, że ich sytuacja gospodarcza pogorszyła się właśnie w wyniku operacji na Bliskim Wschodzie. Czy jest ktoś kto mógł zyskać? Niejednokrotnie wskazywano, że atak na Irak nie miał nic wspólnego ze wspieraniem terroryzmu, a głównym celem było przejęcie kontroli nad tamtejszymi złożami ropy naftowej.
Jednakże czy oznaczać by to miało obniżenie ceny ropy? W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie, od czasu ataków na WTC i na Pentagon ceny ropy poszybowały do góry.
źródło: www.mongabay.com
Na drogiej ropie tracą obywatele, ale zyskują ci, którzy sprawują kontrolę nad jej złożami. Okazuje się, że iracka ropa naftowa, której największe zasoby znajdowały się w Kurdystanie na północy kraju od niedawna znalazła nowego właściciela. Otóż jak podają media, niecały miesiąc temu jedyny syn Jacoba Rotschilda i najbogatszy obecnie członek słynnej rodziny finansistów, Nathaniel (Nat) założył spółkę Vallares PLC, która w połączeniu z turecką Genel Energy International LTd., stworzy potężną firmę wartą 4 miliardy dolarów. Tureckie udziały należą zaś do najbogatszego człowieka w tym kraju Mehmeta Emina Karamehmeta, który cieszy się rozległymi kontaktami na północy Iraku. Dzięki nim od czasów upadku Saddama Husajna stał się on właścicielem udziałów w tamtejszej rafinerii, a także siedmiu pól naftowych, stało się to pomimo przejęcia kontroli nad całymi złożami ropy przez rząd w Bagdadzie. Co więcej, zarządzaniem nowo powstałą spółką zajął się Tony Hayward, były dyrektor zarządzający koncernu BP, który musiał zrezygnować z ze stanowiska po tym, gdy doszło do słynnego wycieku ropy naftowej w Zatoce Meksykańskiej.
Dziś Hayward jest prezesem wielkiej spółki, która zasilona została przez pieniądze człowieka, cieszącego się posłuchem u starszych od siebie szefów potężnych koncernów, który bez problemu kontaktuje się zarówno z angielskimi arystokratami jak i rosyjskimi oligarchami. Co więcej jest on dziedzicem wielopokoleniowej fortuny słynnej dynastii bankierów, która dziwnym trafem robi świetny interes zawsze tam gdzie inni toczą wojny.