W Stanach Zjednoczonych działają największe firmy zbrojeniowe na świecie, których odbiorcami jest głównie USA. Wydatki na zbrojenia stale rosną, chociaż wcześniejszy i obecny prezydent zapewniali, że zostaną one zmniejszone.
"Jest to prawdopodobnie najstarszy, najbardziej opłacalny, z pewnością najbardziej okrutny, jedyny o zasięgu międzynarodowym zysk, który liczony jest w dolarach, a straty w życiu". Powiedział w 1935 roku Generał Major Smedley Butler. Od tego czasu niewiele się zmieniło, utrzymanie "ciągłej wojny" jest dla niewielkiej grupy korporacji czystym zyskiem.
Stany Zjednoczone podjęły kroki w celu "samoobrony" jak to określił według zapowiedzi prezydent Barack Obama w liście do Kongresu odnosząc się do sytuacji w Jemenie. Poszerzenie strefy wpływów w Jemenie pozwoli amerykanom ruszyć do przodu z kontaktami w Chinach, Iranie, Arabii Saudyjskiej. Wraz z przejęciem kontroli nad najważniejszymi handlowymi i energetycznymi szlakami na Bliskim Wschodzie.
Wojna domowa w Jemenie jest bezpośrednim wynikiem wykreowanego zamachu zaaranżowanego przez USA, szyiccy rebelianci rozpoczęli wojnę z prezydentem Jemenu Mansour Hadi, który jest wspierany przez sunnicką ludność. W tym kraju odbyły się dwa powstania w 2011 roku i kolejne w 2015. Pierwsze doprowadziło do obalenia popularnego prezydenta Ali Abd Allah Salih, natomiast w trakcie drugiego usunięto Mansoura Hadiego od władzy.
Wprowadzone zmiany przez Hadiego spowodowały, że USA zostało niejako przymuszone do realizacji agresji na ten kraj. Wszystko za sprawą przekształcenia Jemenu w federację i gwarancji autonomii poszczególnym jej częściom. Takie rozwiązanie dla amerykanów wiązało się z ryzykiem całkowitej utraty wpływów lub jej rozdrobnienia. Dlatego nieoficjalnie podjęto współpracę z Arabią Saudyjską, która rozpoczęła wspieranie bojówek Al-Kaidy. Wprowadzenie chaosu mogłoby być jedynym sposobem na wkroczenie amerykanów do Jemenu w celu pomocy, zapewnienia bezpieczeństwa jego obywatelom i wojskom amerykańskim stacjonującym w pobliżu wybrzeży. Ze względu na dobre działania bojówek obalonego przywódcy Hadiego, Arabia Saudyjska została odcięta od strategicznych punktów cieśniny Bab al-Mandab.
Rosnące niezadowolenie społeczności międzynarodowej z konfliktu w Jemenie mogło łatwo doprowadzić do położenia kresu saudyjskiej kampanii wojskowej co nie było częścią planu Waszyngtonu. Amerykanie, aby nie stracić na wiarygodności potrzebowali stworzyć punkt zapalny, umożliwiający im wkroczenie. Dwa źródła podały, że rebelianci Hadiego wystrzelili rakiety w kierunku okrętu US Navy. Żadna z rakiet nie dotarła do celu. Pomimo tego Pentagon uznał to za zielone światło i rozpoczęto przygotowania do działań wojennych. Wszystko to przygotowane było pod pewną jak zakładano wygraną Hilary Clinton, która była zobligowana do dalszej realizacji polityki zagranicznej partii demokratycznej.
Obecnie świat patrzy na prezydenta elekta, który w tej kwestii nie wydał jeszcze żadnego oświadczenia.
Operacja pod kryptonimem “Fast and Furious" jest jedną z najsłynniejszych nieudanych operacji w trakcie trwania kadencji prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jej fiasko odbiło się szerokim echem wśród środowiska nie tylko demokratów, ale także krytykowana była szeroko przez opozycję. W wyniku akcji przez nieudolność urzędników zginęło wiele osób.
Fast and Furious była akcją przeprowadzoną przez Biuro ds. Alkoholu, Tytoniu, Broni Palnej oraz Materiałów Wybuchowych ( Department of Justice Bureau of Alcohol, Tobacco, Firearms and Explosives (ATF)) na zezwolenie administracji prezydenta Baracka Obamy. Akcja miała na celu kontrolowany przemyt broni palnej za pomocą licencjonowanych dealerów broni na teren Meksyku. Celem było wyśledzenie nielegalnych karteli handlujących bronią na terenie tego kraju i współpracujących z nimi amerykanów. Agenci federalni, którzy kontrolowali przemyt bardzo szybko stracili nadzór nad szmuglowanym towarem (przeszło dwa tysiące egzemplarzy broni). Pierwsze dwie sztuki broni znaleziono na bezdrożach w Arizonie na miejscu dokonanego zabójstwa agenta straży granicznej, Briana Terry’ego. Kolejną broń znajdywano wśród ciał zabitych przechodniów w trakcie walk między kartelami na terenie Meksyku. Ze zgubionej broni mogło w przybliżeniu zginąć od 200-700 niewinnych osób.
Do zbadania całej afery powołano specjalną Komisję Kontroli i Reformy Rządu (The House Oversight and Government Reform Committee) pod przewodnictwem republikańskiego przewodniczącego Darrella Issy. Po kolei kolejne osoby były wzywane na przesłuchania w charakterze świadków, między innymi ówczesny minister sprawiedliwości i prokurator generalny Eric Holder, któremu bezpośrednio podlegał ATF. Członkowie Komisji zażądali od niego dokumentów odsłaniających kulisy całej operacji i informacji o popełnionych błędach. Darell Issy odmówił udzielenia jakichkolwiek informacji powołując się na decyzję Obamy, który nieco wcześniej po raz pierwszy w czasie całej swojej prezydentury skorzystał z przywileju władzy wykonawczej i nałożył klauzulę tajności na wszystkie akta związane ze sprawą. Administracja uzasadniła działanie prezydenta formułą, że ujawnienie akt może mieć negatywne konsekwencje dla bezpieczeństwa publicznego.
Według Associated Press, od 400-600 terrorystów ISIS zostało wysłanych do Europy. Ich celem są przypadkowe maksymalnie krwawe ataki, w wyniku których ma zginąć maksymalnie jak największa ilość osób.
Media i społeczeństwo żyją wydarzeniami z zeszłego tygodnia. Większość krajów Europejskich wprowadziła stan wyjątkowy. Na ulicach w wielu krajach pojawiła się większa ilość patroli. Co intrygujące na dzień po atakach w Brukseli w internecie pojawiły się nowe propagandowe filmiki ekstremistów. Prawdopodobnie były one wcześniej zamieszczane, w formie groźby. Euronews opublikowała je dopiero na dzień po atakach w Brukseli. Należy zwrócić uwagę, że w niedługim odstępie czasu bo dokładnie dwa dni temu, miał miejsce atak w Pakistanie, w trakcie którego zginęło ponad 50 osób - w większości chrześcijanie.
W wiadomościach stacji FOX można było usłyszeć o zorganizowanej grupie świetnie wyszkolonych terrorystów, którzy przygotowani są do ataków w różnych częściach Europy. Według Europolu terroryści przybyli jako imigranci z regionu Syrii objętego wojną.
Czy Polska może stać się celem ataku?
Warto przypomnieć, że w Polsce w tym roku będą mieć miejsce wydarzenia, które mogą zwrócić uwagę ekstremistów. 8-9 lipca tego roku w Warszawie będzie mieć miejsce szczyt NATO. Niedawno media rozpisywały się o informacji dotyczącej braku spotkania prezydentów Baracka Obamy i Andrzeja Dudy. I choć wydaje się, że szczyt NATO w trakcie którego będą uczestniczyć ważne dla świata osoby będzie dobrze strzeżony, tak spotkanie z papieżem Franciszkiem może przynieść większe zagrożenie. Papież ma zjawić się w lipcu, szacuje się że w tym czasie do Krakowa gdzie odbywać się będą obchody Światowych Dni Młodzieży może zjechać ponad 2 mln osób.
Napięcia wewnętrzne istnieją na terenie każdego większego państwa, są one jednym z naturalnych cech każdej ludzkiej zbiorowości i mogą mieć wręcz twórczy charakter. Czasami jednak, w wyniku nieporozumień, niesprawiedliwości czy też celowej polityki władz dochodzi do eskalacji tych napięć a ostatecznie również zamieszek.
Jeszcze kilka lat temu w Stanach Zjednoczonych doszło do prawdziwej rewolucji, której dowodem miało być wybranie na prezydenta pierwszego czarnoskórego polityka, Baracka Obamy. Nikt by nie przypuszczał wówczas, że zaledwie kilka lat później sytuacja znacznie się pogorszy. Tylko w ciągu ostatnich miesięcy mieliśmy do czynienia z zamieszkami w Baltimorwe (kwiecień 2015) czy strzelaniną w budynku kościoła w Charleston gdzie biały zamachowiec zatrzelił dziewięcioro zgromadzonych na nabożeństwie osób, z których wszyscy byli czarni. To tylko najbardziej znane historie, praktycznie co 2-3 dni w internecie pojawia się kolejne nagranie, w którym pokazane są ataki pomiędzy białymi a czarnymi, z czego trudno jednoznacznie określić, że tylko jedna ze stron jest agresorem.
W Stanach Zjednoczonych populacja czarnych obywateli waha się w granica 14%, jednak nie jest ona rozłożona równomiernie, znacznie więcej Afro-Amerykanów żyje w południowo-wschodnich Stanach, gdzie często ich odsetek sięga blisko połowy mieszkańców (patrz mapa poniżej). Równocześnie jednak to właśnie między czarnymi a białymi mieszkańcami Stanów Zjednoczonych dochodzi w ostatnim czasie do znacznego zaostrzenia wzajemnych stosunków.
rozkład populacji Afro-Amerykanów w USA
Szczególnie głośna jest trwająca nadal akcja społeczna #BlackLifesMatter mająca zwrócić uwagę opinii publicznej na kwestie dyskryminacji czarnych obywateli przez policje, która według organizatorów akcji kieruje się stereotypami i podczas interwencji traktuje czarnych znacznie gorzej niż białych. Ma mieć to również odzwierciedlenie w sytuacjach gdy zupelnie niewinni czarni byli zabijani przez nadgorliwych policjantów.
Z drugiej zaś strony biali Amerykanie co raz częściej podnoszą głos w sprawie dyskryminacji przez czarną populację, związaną przede wszystkim z atakami na ich dzieci i ich domy a także przymykaniem oczu przez władze i media na co raz częstsze incydenty.
Nastroje podgrzewane są przez media społecznościowe, gdzie obie grupy co raz bardziej nakręcają spiralę niechęci. Czy skończy się to kolejnymi zamieszkami? A może wręcz linczem? Niestety nie można wykluczyć takiego scenariusza.
Jak podaje ONZ gaz, którego użyto w Syrii w 2013 nie musiał być wcale rozpylony przez siły rządowe, jak dotychczas przypuszczano, ale wg świadków mogli za tym stać rebelianci.
fot. mato48.com
Kilka lat temu amerykańscy politycy z rozbrajającą szczerością przyznali, że w rządzonym przez Saddama Husajna Iraku nie znaleziono żadnych dowodów jakoby tamtejsze władze pracowały nad bronią masowego rażenia, co więcej przyznali również, że zwyczajnie kłamali mówiąc, że wywiad dysponuje informacjami na ten temat. Abstrahując od stosunku do irackiego dyktatora, należy stwierdzić, że atak w 2003 roku był nieuzasadniony.
Teraz, podobne informacje pojawiają się w odniesieniu do wydarzeń w Syrii. Przypomnijmy, że dwa lata temu agencje informacyjne informowały, że Organizacja Narodów Zjednoczonych potwierdza wykorzystane podczas tamtejszego konfliktu gazów bojowych, w tym uszkadzającego układ nerwowy sarinu. Państwa zachodnie, przede wszystkim USA, Wielka Brytania i Francja praktycznie od razu oskarżyły o to rządowe wojska Bashara al-Assada, prezydent Obama nazwał to wydarzenie "przekroczeniem czerwonej linii". Było to jednym z głównych powodów utrzymywania sankcji przeciwko władzom Syrii a także powodów, dla których udzielano wsparcia rebeliantów, wśród których już wówczas znaczącą przewagę zaczęli zdobywać członkowie organizacji Islamskie Państwo Iraku i Syrii (w skrócie ISIS).
Na początku tego tygodnia źródła ONZ podały do wiadomości publicznej, że relacje świadków wskazują, że to jednak siły rebeliantów w sierpniu 2013 użyły sarinu. Informacji tej zaprzeczył jednakże rzecznik prasowy Wolnej Armii Syryjskiej, która wciąż prowadzi walki zarówno z siłami Assada jak i z kalifatem.
Wcześniej czy później prawda wyjdzie na jaw i opinia publiczna dowie się kto użył gazów bojowych w Syrii. Zanim do tego jednak dojdzie będziemy przez lata karmienie półprawdami, propagandą i wprowadzani w błąd, gdyż tego typu informacja może zostać użyta przeciwko każdej ze stron konfliktu, w zależności od tego kogo oskarażać będzie w danym momencie wygodniej.
Pomimo wielu lat jakie upłynęły od czasu uchwalenia słynnego Patriot Act w Stanach Zjednoczonych ponownie dochodzi do protestów środowisk sprzeciwiających się tej niezwykle kontrowersyjnej ustawie.
W nocy z niedzieli na poniedziałek (31 maja na 1 czerwca) blisko 15 tysięcy (14 827) stron internetowych rozpoczęło blokowanie adresów IP związanych z Kongresem, a następnie przekierowujących użytkowników na strony przeciwników masowej inwigilacji mieszkańców USA.
Za akcją stoi grupa osób ukrywających się pod nazwą "Fight for the future", która domaga się by członkowie Kongresu pozwolili na przedawnienie się trzech punktów ustanowionego w 2001 roku po zamachach na World Trade Center dokumentu. Jeśli kongresmani nie zadecydują inaczej to pierwszego czerwca moc ustawy miała wygasnąć, jednak zdaniem organizatorów akcji to nie powstrzyma polityków od dalszej inwigilacji.
Oto kilka punktów, które uległy właśnie przedawnieniu:
"samotny wilk" - uprawnia wywiad do śledzenia osób, które nie mają żadnych powiązań z organizacjami terrorystycznymi ani też nie są związane z tzw. "państwami bandyckimi", jednak zostały uznane za potencjalnych terrorystów,
"wędrowna siatka" - pozwala agencjom wywiadowczym śledzić konkretne osoby (a nie dane urządzenie).
sekcja 215 - to właśnie na jej podstawie NSA gromadziła miliony rejestrów połączeń amerykańskich obywateli, w żaden sposób nie będących podejrzanymi w jakiejkolwiek związanej z wywiadem sprawie,
Jeszcze w piątek prezydent Obama wyraził zaniepokojenie faktem, że powyższe punkty przestaną obowiązywać, zaś wśród wielu senatorów pojawiły się głosy, że czas przygotować nową ustawę, która oficjalnie ma chronić bezpieczeństwo obywateli, w praktyce jednak dokonywać ich inwigilacji.
Na żądanie władz Niemcy zmuszony będzie opuścić rezydent ambasady amerykańskiej odpowiedzialny za sprawy wywiadowcze.
fot. Wikipedia
Tak poważnego zgrzytu na linii Berlin-Waszyngton nie było już dawno. Jak poinformował rzecznik prasowy niemieckiego rządu Steffen Seibert do przedstawiciela amerykańskich służb wywiadowczych przy ambasadzie Stanów Zjednoczonych władze federalne wystosowały żądanie by ten opuścił Niemcy. Jak podaje The New York Times głównym powodem ma być niechęć do współpracy i naprawienia szkód do jakich doszło w wyniku ujawnienia informacji, że wśród podsłuchiwanych przez National Security Agency polityków była również kanclerz Angela Merkel.
Od tego czasu Niemcy domagali się wyjaśnień i gwarancji, że skończą się jakiekolwiek próby szpiegostwa, o czym zapewniał nawet prezydent Barack Obama. Tak się jednak najwyraźniej nie stało, gdyż w ciągu zaledwie kilku ostatnich dni aresztowano jedną i przeszukano mieszkanie kolejnej osoby podejrzanej o szpiegowanie na rzecz Stanów Zjednoczonych. Według niemieckich mediów podejrzani pracowali dla Ministerstwa Obrony, a jeden z nich skopiował dla Amerykanów około 218 dokumentów.
Ta liczba nie jest być może aż tak poważna, tym bardziej, że podejrzany był pracownikiem jedynie średniego szczebla i nie miał dostępu do najtajniejszych informacji. Mimo wszystko jednak tego typu wydarzenia i to w krótkim czasie i w zaledwie rok po aferze z podsłuchami mocno zaszkodziły amerykańsko-niemieckiemu sojuszowi. Dodajmy przy tym, że te oficjalne doniesienia to nie wszystkie o jakich możemy mówić w kontekście podsłuchów i szpiegostwa w sieci. W ciągu zaledwie 3 lat to głównie niemieckie organizacje hackerów i stowarzyszenia zajmujące się bezpieczeństwem w sieci ujawniły wiele podejrzanych systemów i wirusów, które szpiegowały internautów. Dziwnym trafem wiele z nich komunikowało się ze Stanami Zjednoczonymi.
Zdaniem wokalisty grupy Korn gwiazdeczki-skandalistki takie jak Miley Cyrus są narzędziem polityków, których zadaniem jest ogłupianie i odwracanie uwagi opinii publicznej.
fot. prisonplanet
Skandal to nieodłączny partner sceny, muzycy od lat starają się swoimi występami zaszokować publiczność sprawiając tym samym, że staną się bardziej rozpoznawalni a ich popularność wzrośnie. Ostatnio jedną z czołowych skandalistek jest Miley Cyrus, której występy są szeroko komentowane przez tysiące jej fanów i przeciwników. Jednak dla niektórych zachowania skandalistki to nic innego jak zasłona dymna mająca odwrócić uwagę od działań polityków.
Tak przynajmniej uważa jeden z najbardziej znanych wokalistów metalowych Jonathan Davis z grupy Korn, który w niedawno udzielonym wywiadzie stwierdził, że gwiazdki takie jak Cyrus są wykorzystywane przez prezydenta Baracka Obamę do odwracania uwagi opinii publicznej od naprawdę istotnych faktów. Uważa on, że Obama jest na prostej drodze do zostania dyktatorem.
Myślę, że nasz rząd wykorzystuje tych ludzi do odwrócenia uwagi od tego co naprawdę się dzieje. Ta cała afera z Miley Cyrus do jakiej doszło podczas VMA (Video Music Awards), myślę, że Barack Obama przepchnął prawo, na mocy którego jest on w rzeczywistości dyktatorem, może on aresztować kogo tylko chce, nie musi im przedstawiać zarzutów, może go przetrzymywać tak długo jak tylko zechce.
NASA zapowiedziało uruchomienie w 2014 roku bezzałogowego lotu testowy unikatowej kapsuły "Orion". Statek ma zostać zbudowany przez Lockheed Martin i docelowo przemierzać "najodleglejsze zakątki kosmosu". Kolejnym krokiem będą loty z udziałem astronautów na Księżyc, Marsa, a nawet asteroidy. Czy to już stały (po kosmicznych wahadłowcach) kierunek dla podróży w kosmosie?
fot. exchange3d.com
Kapsuła ma zostać wystrzelona z Cape Canaveral na Florydzie. Jej pierwszą misją będzie okrążenie Ziemi dwa razy, a następnie próba wykonania "nienaruszonego ponownego wejścia w ziemską atmosferę i zanurzenie się w oceanie". Amerykańska agencja kosmiczna zapowiedziała w oświadczeniu, że "ma nadzieję na przełom w zakresie projektowania pojazdów jak i zmniejszania potencjalnego niebezpieczeństwa misji badawczych".
Rozpoczęcie projektu ma nastąpić na początku 2014 roku. Celem badań będzie opracowanie kosmicznej kapsuły zdolnej do osiągania prędkości większych niż 20 000 mil na godzinę (32 000 km/h). "Oprócz ogromnej prędkości, pojazd ma zapewnić bezpieczny powrót astronautów z orbity na Ziemię", mówi Bill Gerstenmaier, pracownik NASA. "Aktualnie prowadzone są już badania niezmiernie ważne dla szczegółowego procesu projektowania samej kapsuły", dodaje.
Pracami nad kapsułą zajmuje się Lockheed Martin Corporation. Amerykański koncern zbrojeniowy powstał w 1995 roku i należy do „wielkiej piątki” amerykańskiego przemysłu obronnego (zatrudnia ponad 140 tysięcy osób na całym świecie). Prace nad kosmiczną kapsułą koncern rozpoczął jeszcze w 2006 roku. "Orion" ma ważyć 23 tony i przewozić czterech astronautów jednocześnie.
Projekt kosmicznej kapsuły "Orion" początkowo był częścią programu "Constellation" i miał zapewnić jedynie szybki transport astronautów na Księżyc. "Constellation" został jednak odwołany przez prezydenta Baracka Obamę "za opóźnienia oraz niewykonanie budżetu". Obama w miejsce odwołanego projektu postawił nowy cel dotarcia na asteroidę i Marsa do 2025 roku.
Czy Waszym zdaniem projektowana kosmiczna kapsuła "Orion" otwiera kolejny etap dla podróży w kosmosie?
Badacz teorii spiskowych i "alternatywnej historii" David Icke, przemierza świat promując swoją tezę, że to zmiennokształtne gady z kosmosu kontrolują nasz dzisiejszy świat. Co ciekawe, wiele osób uważa jego domysły za wiarygodne i doszukuje się dowodów na ich poparcie. Co dziś wiemy na temat jego teorii?
fot. topsecretwriters.com
Zdaniem Davida Icke'a fakty są takie, że na całym świecie gady występują w dziełach religijnych jak i w samej tradycji kulturowej. Walia ma w godle smoka, Biblia odnosi się do diabła jako "Wielkiego smoka", a w mitologii i religii Indii istnieje wiele odniesień do "węży i latających smoków". To tylko nieliczne przykłady z długiej listy badacza dla tzw. teorii reptilianów (gadów, które mają przyjmować ludzką postać i rządzić światem).
Wedle badacza, gady-ludzie są mniej emocjonalne, aniżeli ich ludzkie odpowiedniki. Posiadają "wyrafinowaną znajomość uniwersalnych praw fizyki i przyrody", mają być także źródłem wszelkich tajemnic i spisków na Ziemi. David Icke dodatkowo podkreśla, że "gady mają niepisane prawo do kolonizacji wszystkich planet i systemów gwiezdnych we wszechświecie, co wiąże się z prawem podbicia a nawet zniszczenia zastanych tam cywilizacji".
Autor teorii przedstawia reptilianów jako humanioidów, największych kontrolerów i manipulatorów rasy ludzkiej. Jego zdaniem światowy przywódca Barack Obama jak i członkowie królewskiej rodziny w Windsor są przedstawicielami tej, jak sam mówi, "grupy reptilian pijących krew z systemu Alpha Dracon". Warto nadmienić, że Icke obwinia prezydentów USA i innych "współpracowników ziemskich" za pamiętny zamach z 11 września 2001 na WTC. Atak miał stanowić efekt jednej z cięższych konspiracji reptilianów na Ziemi w ostatnich latach.
Co bardzo interesujące, aż 12,5 miliona (!) Amerykanów wierzy, że światem rządzi grupa zmiennokształtnych jaszczuro-ludzi. Według ostatniego badania przeprowadzonego przez Public Policy Polling, prawie co trzeci ankietowany (28 proc.) jest przekonany, że "tajemnicza elita spiskuje w celu przejęcia władzy nad światem i wprowadzeniem nowego ładu". Więcej zwolenników tej teorii jest jednak wśród republikanów aniżeli demokratów.
Czy Waszym zdaniem popularna teoria Davida Ickea traktowana powinna być jedynie w kategorii "ciekawostki"? Czy też historyk może mieć rację?
Barack Obama jest politykiem, a politycy mają to do siebie, że często kłamią. Różne są jedynie "style" w jaki sposób to robią. Niektórzy udają, że są twoim "starym przyjacielem", inni oddadzą wszystko w zamian za twój głos w wyborach (najczęściej po wygranej elekcji zupełnie o wyborcach zapominając)... Co takiego się stało, że Barack Obama został przez zachodnie media nazwany "człowiekiem Monsanto"?
fot. gewoon-nieuws.nl
Przypomnę, że Monsanto Company to międzynarodowy koncern specjalizująca się w biotechnologii oraz wielkiej chemii organicznej nastawionej na produkcję w zakresie rolnictwa. Działalność na rynku genetycznie zmodyfikowanego ziarna siewnego, produkcja hormonu wzrostu bydła domowego oraz agresywny styl lobbingu spowodował, że Monsanto stało się jednym z najbardziej znienawidzonych przez działaczy ruchów antyglobalistycznych i ekologicznych koncernów międzynarodowych.
Fakty przemawiają same za siebie. Po zwycięstwie w wyborach w 2008 roku, Barack Obama obsadził ludźmi z Monsanto kluczowe stanowiska w USDA i FDA (to agencje federalne, które dzierżą potężną siłą w zakresie żywności). Na dyrektora Narodowego Instytutu Żywności i Rolnictwa został powołany Roger Beachy, były dyrektor Monsanto Danforth Center. Jako zastępcę komisarza FDA w zakresie nowej żywności i kwestii bezpieczeństwa wybrano niesławnego Michaela Taylora, byłego wiceprezydenta ds. polityki publicznej w Monsanto (Taylor lobbował na rzecz modyfikowania genetycznego bydlęcego hormonu wzrostu).
Nie wiemy, czy Barack Obama popełnia jedynie "uczciwe i przypadkowe błędy", czy jego decyzje są przemyślane i celowe. Wydaje się, że Obama nie sprawuje właściwego nadzoru w wyborze osób mianowanych na najważniejsze stanowiska w USA. Co istotne, obecne układy personalne i decyzyjne, pozwalają na coraz to szersze "wytyczanie terytorium" przez Monsanto i innych korporacyjnych gigantów GMO.
To raczej nie przypadek, że Barack Obama, Bill Gates i George Soros ( finansista amerykański pochodzenia węgiersko-żydowskiego, jeden z najbardziej znanych spekulantów walutowych) nabyli ponad 900 tysięcy akcji Monsanto w samym tylko 2010 roku. "Zagadka Obamy" dla wielu jest jasna, a jej rozwiązaniem jest chęć zmonopolizowania światowych zasobów żywności przy udziale Monsanto...
Czy Waszym zdaniem Barack Obama to "prezydent GMO"?
Dokładnie dziesięć lat temu 38 państw pod przywództwem USA dokonało inwazji na Irak. Ówczesny amerykański sekretarz stanu generał Colin Powell wyraża dziś "ubolewanie", że był manipulowany przez George'a Busha i Tony'ego Blaira, czego celem miało być przekonanie ONZ do ataku w oparciu o fałszywe dane... Nie ulega jednak wątpliwości, że naruszeń dopuścił się zarówno reżim Busha, jak i obecny prezydenta USA Barack Obama, który nie podjął w tym zakresie żadnych działań kontrolnych i szeroko rozumianych rozliczeń.
fot. i.i.com.com
Amerykanie wydali olbrzymią kwotę pieniędzy na wojnę w Iraku. Joseph Stiglitz (laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii) i Linda Bilmes wyliczyli, że inwazja kosztowała podatników 3 biliony dolarów. Szacunek ten może okazać się jednak bardzo optymistyczny - najnowsze badania pokazują, że koszt wojny w Iraku może wynieść (co najmniej) dwa razy tyle.
Ludzkie koszty po stronie Iraku to zdaniem krytyków "hańba dla Ameryki": 4,5 miliona przesiedlonych Irakijczyków, aż 1 milion zabitych cywilów, infrastruktura kraju w gruzach, zniszczone i skonfliktowane irackie społeczeństwo... Co miało uzasadniać aż tak dramatyczną w skutki amerykańską okupację? Broń atomowa, której jednak nigdy nie odnaleziono i która stanowiła prawdziwy "sztandar propagandy".
Amerykanie stracili na tej wojnie blisko 5 tysięcy swoich żołnierzy. Większą liczbę stanowią jednak ludzie, którzy cierpią z powodu stresu pourazowego i wyrzutów zabijania niewinnych ludzi w Iraku. Ci, których sumienie skłoniło do oprotestowania wojny bito i nękano policją oraz FBI. Wydaje się, że Stany Zjednoczone osiągnęły dziś punkt, w którym każdy obywatel w oczach rządu może stać się "wrogiem państwa".
Związek Radziecki upadł, jednak Waszyngton potrzebuje nowego wroga. Celem podejmowanych przez USA działań jest napędzanie wzrostu gospodarki, rozszerzanie swoich politycznych wpływów, zagarnianie cennych surowców niepodległych państw, a także "wprawianie w ruch" i utrzymanie ogromnej, a przede wszystkim kosztowej amerykańskiej armii. "Nowym wrogiem" Ameryki wydaje się być szeroko rozumiany Bliski Wschód i świat islamu.
Większość amerykańskiego społeczeństwa jest źle poinformowana, aby zrozumieć to co się dzieje. Ci, którzy rozumieją, są skutecznie uciszani. Słusznie podnosi się komentarze, że XXI wiek będzie jednym z najmniej chlubnych w historii ludzkości. Na naszych oczach umiera wolność jaką znamy, a jedynym dziedzictwem dla przyszłych pokoleń może okazać się "wojna z terrorem"...
Czy Waszym zdaniem USA powinny pełnić nadal funkcję światowego "rozważnego szeryfa" o którym pisał niegdyś Richard N. Haass?
Obama, Merkel oraz Putin to trójka najpotężniejszych ludzi na świecie według rankingu amerykańskiego magazynu "Forbes".
fot. .forbes.com
Amerykański magazyn przygotował ranking najpotężniejszych ludzi świata 2013 roku. Wśród nich znaleźli się finansiści, przedsiębiorcy, filantropi, a także politycy.
Na liście znalazło się 71 nazwisk, po jednym na każde sto milionów ludzi na świcie. Przy ocenie pod uwagę brane były cztery czynniki: wielkość grupy, na którą dana osoba ma wpływ, czy faktycznie dana osoba korzysta ze swojego wpływu, w jakich sferach rozpościerają się jej wpływy oraz jakimi środkami finansowymi zarządza.
Pierwsze miejsce w rankingu zajął prezydenta Stanów Zjednoczonych Barack Obama. Tytuł najpotężniejszego człowieka na świecie przypadł mu, ponieważ jest on dowódcą największej armii świata oraz kieruje gospodarczym oraz kulturalnym supermocarstwem.
Drugie miejsce w rankingu przypadło Angeli Merkel za to, że w swoich rękach trzyma los eurostrefy.
Trzecie miejsce zajął Władimir Putin, ponieważ po raz kolejny utrzymał w swoich rękach pełną władzę i wiadomo, że szybko jej nie utraci. Ponadto Putin świadomy swojej władzy, bardzo wyraźnie ją manifestuje.
Na czwartym miejscu znalazł się Bill Gates, za działalność jego fundacji. Z kolei piąte miejsce przypadło papieżowi Benedyktowi XVI, jako zwierzchnikowi ponad miliarda katolików na całym świecie.
Pierwsza dziesiątka rankingu najpotężniejszych wygląda następująco:
1. Barack Obama
2. Angela Merkel
3. Władimir Putin
4. Bill Gates
5. Benedykt XVI
6. Ben Bernanke
7. Abdullah Bin Abdul Aziz al Saud
8. Mario Draghi
9. Xi Jingping
10. David Cameron
Czy Waszym zdaniem kolejność na liście jest słuszna? A może brakuje na niej kogoś?
Największą na świecie potęgą militarną i gospodarczą rządzi wciąż ta sama elita. Ma ona do dyspozycji ogromne zasoby Stanów Zjednoczonych oraz własne, praktycznie niepoliczalne bogactwo. Dąży ona do zniewolenia świata pod szyldem Nowego Porządku Światowego i nie spocznie dopóki tego nie osiągnie. Czy w takim razie jakiekolwiek wybory mają w ogóle znaczenie?
Tegoroczne zwycięstwo Baracka Obamy w ostatnich wyborach prezydenckich nie przebiegało tym razem pod słynnym już hasłem „Zmiany” („Change”). Nie będzie zaskoczeniem, że Obama zapowiedział kontynuację i dalsze podążanie w kierunku, który obrał w pierwszej kadencji. Jaka to będzie polityka? W przypadku Obamy dostrzec można pewien znaczący dysonans związany z tym co prezydent USA mówi a tym co robi, czego przykładem może być wytykane przez wielu krytyków przyznanie mu pokojowej nagrody Nobla, którą miał otrzymać „na zachętę”. Ostatecznie Obama praktycznie nie zmienił polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych, która nadal pozostaje równie agresywna jak niegdyś.
Przykład amerykańskich wyborów zmusza nas po raz kolejny do zadania sobie pytania – czy wybory cokolwiek zmieniają? Przykład Stanów Zjednoczonych pokazuje, że bez względu na to kto by wygrał nie można byłoby liczyć na zmianę polityki wobec Iranu, znikome byłyby również szanse na ewentualny audyt w siedzibie Rezerwy Federalnej. Jedną z przyczyn takie stanu rzeczy może być fakt, że w praktyce Ameryką rządzą zza tylnych siedzeń prawdziwe elity, które bez względu na to, kto jest „u władzy” konsekwentnie realizują swoje własne cele.
Od wolności do faszyzmu
Bardzo trafnie zostało to przedstawione w filmie Aarona Russo „America: From Freedom to Fascism”, w którym reżyser przedstawia dążenia amerykańskich elit do trwałego ograniczenia swobód obywatelskich w USA poprzez szereg ustaw i regulacji, które ostatecznie wpędzić mają Amerykanów w permanentny stan wojenny.
Jednym z symboli tego mrocznego scenariusza jest sprawa ponad ośmiuset tajemniczych obozów rozsianych po całym terytoriów USA administrowanych przez rządową agencję FEMA (Federal Emergency Managment Agency – Federalna Agencja Zarządzania Kryzysowego). Tak zwane „FEMA Camps” to sieć potężnych ogrodzonych kompleksów wyposażonych w magazyny oraz bloki przypominające więzienia. Wielu obiekty te nie kojarzą się jednak bynajmniej z więzieniami, lecz z nazistowskimi obozami koncentracyjnymi bądź sowieckimi gułagami. Jak głosi jedna z teorii spiskowych związanych z FEMA, do obozów mają trafić w pierwszej kolejności najbardziej niepokorne jednostki i obywatele, którzy otwarcie będą sprzeciwiać się kolejnym próbom ograniczenia ich wolności (liczbę tą szacuje się na nieco ponad 20 milionów osób). Wszystko to na mocy zatwierdzonego przez Kongres w 2006 roku Military Comissions Act, który umożliwia aresztowanie i przetrzymywanie wszystkich nie będących obywatelami USA a także osoby uznanych za „enemy combatants”.
Próby dezorganizacji ewentualnego oporu ma miejsce od blisko dwudziestu lat, czyli od czasu zamachu na budynek federalny w Oklahoma City w 1995 roku. Osoba zamachowca, weterana wojny w Zatoce Perskiej, Timothy’ego McVeigh została szybko powiązana z silnymi w Stanach Zjednoczonych obywatelskimi organizacjami paramilitarnymi, widząc w nich potencjalne zagrożenie, władze federalne wykorzystały zamachy jako pretekst do ich infiltracji i unieszkodliwienia. Prawdę powiedziawszy jednak, nawet dysponując odpowiednią organizacją ewentualna partyzantka nie miałaby w obliczu nowoczesnych technologii większych szans. W sieci jest ogromna ilość stron poświęconych metodom przygotowywania własnoręcznych schronień czy uniezależnienia się od produkcji żywności. Wszystko to ma umożliwić zdobycie odpowiedniej wiedzy, pozwalającej przetrwać nadchodzące trudne czasy.
Walka w podziemiu?
Co bardziej radykalnie grupy, a takie można bardzo łatwo zlokalizować w sieci, za realny rozważają nawet scenariusz otwartego powstania, które z dużym prawdopodobieństwem przerodzi się w wojnę partyzancką prowadzoną gdzieś na peryferiach cywilizacji. Spoglądając na taki scenariusz nieco bardziej realistycznie, podobna walka może być z gruntu skazana na porażkę. Stany Zjednoczone są bowiem największą potęgą militarną świata, żadne inne państwo nie posiada tak dużych zasobów, pieniędzy, uzbrojenia i technologii, które umożliwiłyby kontrolę społeczeństwa na masową skalę. Równocześnie jednak rząd USA dysponuje ogromną ilością dronów (wykorzystywanych nie tylko przez wojsko, ale również przez policję i służby graniczne), posiada kamery termowizyjne oraz narzędzia pozwalające coraz dokładniej analizować ruch w sieci. Biorąc również pod uwagę fakt, że większość podobnych organizacji została już dawno zinfiltrowana przez służby, istnieje bardzo mała szansa by odniosły one większy sukces.
Skalę rozmieszczenia dronów po terytorium USA próbowały ostatnio oszacować niezależne ośrodki badawcze takie jak Public Intelligence, której udało się naliczyć na terytorium Stanów Zjednoczonych aż 64 bazy, w których przetrzymywane są drony. W 12 z wymienionych baz stacjonują te najgroźniejsze – Predator i Reaper, które odpowiadają za ogromną ilość ataków przeprowadzonych między innymi w Afganistanie, Pakistanie czy we Wschodniej Afryce. Według serwisu „Danger Room” będącego częścią portalu Wired.com, pomimo że amerykańskie prawo zabrania wykorzystywania dronów wojskowych do szpiegowania swoich obywateli, to jednak istnieje poważna obawa, że podobne działania miały już miejsce w przeszłości, zawsze jednak tłumaczono je jako „przypadek”.
Do tej pory drony i inne urządzenia szpiegowskie były niejako „testowane” na obcej ziemi, szczególnie na pakistańsko-afgańskim pograniczu gdzie od lat trwają próby schwytania ukrywających się w górzystym terenie i niezliczonej liczbie jaskiń członków Al-Kaidy. Pomimo wykorzystania najnowocześniejszych technologii operacje te w wielu przypadkach kończyły się porażką. Jeśli scenariusz stanu wojennego na terenie USA doszedłby do skutku, tamtejsze agencje miałyby ułatwione zadanie – działałyby na swoim, doskonale znanym terytorium, przynajmniej część ludności bardzo długo udzielałaby im wsparcia i nie uważałaby ich za potencjalne zagrożenie.
Powyższy scenariusz można określić co prawda jako czysto teoretyczny i mocno spiskowy, ale warto wziąć pod uwagę taką ewentualność, gdyż może się okazać, że w procesie budowy Nowego Porządku Światowego (NWO) na przeszkodzie staną sami obywatele USA i niezbędnym będzie ich powstrzymanie zanim nowy ład zostanie ustanowiony.
Walka o fotel prezydenta była zacięta. Do końca nie było wiadomo, który z kandydatów wygra. Początkowo na prowadzeniu utrzymał się kandydat Republikanów, jednak ostatecznie wygrał Obama, głównie za sprawą zwycięstwa w stanach „wahających się”.
fot. telegraph.co.uk
Barack Obama został 45. prezydentem Stanów Zjednoczonych. Po ogłoszeniu wyników Obama w swoim głównym sztabie wyborczym w Chicago wygłosił przemówienie, które przez komentatorów zostało nazwane „mową roku”. Jego słów słuchało tysiące rozentuzjazmowanych wyborców zgromadzonych w hali.
Na początku Obama wyraził dumę z wolności słowa i możliwości głosowania wszystkich obywateli USA. Wspomniał także, że w wielu krajach ludzie nie mają takiej możliwości. Dlatego Amerykanie powinni być dumni z wolności.
Obama podziękował także wszystkim swoim wyborcom oraz osobom, które ciężko pracowały przy kampanii. „Jesteśmy jedną amerykańską rodziną. Razem upadamy i razem powstajemy, jako jeden naród” - wołał prezydent. Nie zapomniał również o podziękowaniach dla swojego rywala – Mitta Romneya. „Walczyliśmy ostro i sprzeczaliśmy się, ale to dlatego, że kochamy ten kraj. Rodzina Romneya dała dużo Ameryce poprzez swoją służbę publiczną i to dzisiaj doceniamy” – powiedział Obama odnosząc się swojego do konkurenta.
Ponadto Obama wyraził chęć podjęcia współpracy z Romneyem. Pomimo różnic ich dzielących uważa, że maja wspólny cel – nadzieję na lepszą Amerykę.
Pod koniec płomiennego przemówienia Obama podziękował także żonie - ” Michelle, nigdy nie kochałem cię bardziej”. Wyraził również swoją wdzięczność dla "najlepszego wiceprezydenta, jakiego można było sobie wyobrazić", Joe’a Bidena.
Jakie są Wasze opinie po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich w USA? Czy Obama zasłużenie pozostał w Białym Domu na drugą kadencję?
Za niecały tydzień, 6 listopada amerykanie zadecydują, kto zostanie kolejnym prezydentem Stanów Zjednoczonych. Według sondaży szanse między Barackiem Obamą i Mittem Romneyem są wyrównane.
fot. rt.com
We wtorkowym wydaniu „New York Timesa” na podstawie analizy siedmiu najnowszych sondaży przedstawiono uśrednione wyniki dotyczące ilości głosów oddanych na poszczególnych kandydatów. Według nich i na Obamę, i na Romneya głosowałby ten sam odsetek wyborców, równo po 47%.
Do analizy wykorzystano między innymi dane z sondażu Instytutu Gallupa, według których Romney zdobyłby 51% głosów, podczas gdy Obama jedynie 46%. Z kolei inny wykorzystany sondaż pochodzący z telewizji CBS podał 48% głosów na obecnego prezydenta, a 46% dla jego kontrkandydata. Pozostałe sondaże, które były wykorzystane do analizy, wykazywały jednopunktową przewagę jednego z kandydatów lub równe wyniki.
Dziennik w swojej analizie nie wziął pod uwagę sondażu przeprowadzonego przez radio publiczne NPR, w którym Romney uzyskał poparcie 48% głosujących, a Obama 47%. Co ciekawe, miesiąc temu ten sam sondaż wykazywał 51-procentowe poparcie dla Obamy, przy 44% głosów na Romneya. Świadczy to o wzmocnieniu pozycji Romneya w ciągu ostatniego miesiąca, głównie za sprawą trzech debat, w których wypadł bardzo dobrze, nawet jeśli nie wszystkie wygrał.
Jednakże według sondażu radiowego, to Barack Obama ma nieco większe poparcie w tzw. swing states, czyli stanach, w których rezultat wyborczego wyścigu będzie się decydował ze względu na wyrównane szanse obu kandydatów.
Ponadto ekspert Nate Silver, który w 2008 roku trafnie przewidział wyniki w 49 spośród 50 stanów, szacuje poparcie dla Obamy na poziomie 75%. Jednak konserwatywni komentatorzy kwestionują tę prognozę.
Według brytyjskiego dziennika „Guardian” władze Wielkiej Brytanii nie chcą udostępnić Stanom Zjednoczonym swojej bazy wojskowej, która miałaby być wykorzystana do przygotowania ataku na Iran.
fot. telegraph.co.uk
Według informacji zdobytych przez dziennik, władze Stanów Zjednoczonych od pewnego czasu lobbują w Londynie na rzecz uzyskania pomocy od strony brytyjskiej przy ewentualnym ataku na irańskie instalacje jądrowe. Do tej pory nie wystosowano jeszcze oficjalnej prośby do władz brytyjskich, obecnie prowadzone są jedynie wstępne dyskusje i rozeznanie sytuacji. Oficjalnie nawet nie potwierdzono jeszcze, że Stany Zjednoczone planują atak.
Mimo to według dziennika władze brytyjskie stawiają pewien opór w tych rozmowach. Ponoć w tajemnicy władze te przyjęły stanowisko prawne, mówiące, że w obecnej sytuacji atak prewencyjny na Iran wiązałby się z naruszeniem prawa międzynarodowego. Trudno bowiem jednoznacznie stwierdzić i udowodnić, że Iran stanowi realne zagrożenie. Taka postawa jest ponoć wynikiem tajnej opinii urzędu głównego doradcy rządu brytyjskiego.
Ewentualna pomoc, o którą ubiegają się Stany, miałaby polegać na udostępnieniu amerykanom ogromnej bazy wojskowej, która mieści się na należącej do korony brytyjskiej wyspie Diego Garcia na Oceanie Indyjskim. Ze względu na swoje położenie wyspa ta jest doskonałym miejscem do bazowania bombowców strategicznych. Ponadto tamtejsze lotnisko jest w stanie obsłużyć ogromne maszyny lotnicze, a wszystko to w zupełnej izolacji od reszty świata. To właśnie stamtąd startowały bombowce strategiczne podczas ataków na Irak i Afganistan.
Wielka Brytania, będąc ścisłym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych powinna udostępnić swoja bazę amerykanom. Jednak póki co nie wyrażono wstępnej zgody na gromadzenie sił na wyspie, które byłyby wykorzystane do ataku na Iran. Taką decyzją zaskoczona jest strona amerykańska, która nie spodziewała się większych trudności w nawiązaniu współpracy.
Co ciekawe strona brytyjska wyraża chęć wzięcia udziału w samym ataku na Iran, nie chce jedynie uczestniczyć w przygotowaniach. Taka postawa jednak może skutkować tym, że strona amerykańska lub izraelska nie poinformuje Wielkiej Brytanii o planowanym ataku.
Sytuacja ta wskazuje na pewne ochłodzenie stosunków sojuszniczych na linii Waszyngton-Londyn. Poprzedni premier, Tony Blair wspierał Georga Busha podczas ataku na Irak. Jednak wsparcie to było bardzo kosztowne i mocno nadszarpnęło wizerunek Wielkiej Brytanii. Dlatego obecny premier, David Cameron stara się zająć bardziej zdystansowane stanowisko.
Ponadto amerykański atak na Iran nie jest jeszcze przesądzony. Według zapewnień Baracka Obamy w rozwiązaniu konfliktu najpierw wykorzystane zostaną wszystkie metody dyplomatyczne, dopiero potem siłowe. Ponadto ze względu na zbliżające się w Stanach wybory prezydenckie, Barack Obama będzie najprawdopodobniej unikał podjęcia decyzji o ataku, mogłaby ona bowiem odebrać mu sporo głosów wyborczych. Nie wiadomo także, czy do ataku przyłączy się Izrael, który wielokrotnie wyrażał chęć zniszczenia rzekomo budowanej w Iranie broni jądrowej.
Czy Waszym zdaniem interwencja USA w Iranie jest coraz bardziej prawdopodobna?
Coraz mniej czasu zostało do wyborów prezydenckich w USA, które odbędą się 6 listopada. Przed tym głosowaniem Obama i Romney wezmą udział w jeszcze jednej debacie telewizyjnej. Dotychczas kandydaci wzięli udział już w dwóch debatach. Jaki był wynik ostatniego spotkania?
fot. .guim.co.uk
Po pierwszej przegranej debacie Barack Obama stracił znaczną część wyborców. Dlatego podczas drugiego spotkania kandydatów, Obama chcąc odzyskać utracone głosy, musiał być zdecydowanie lepszy od swojego kontrkandydata Mitta Romneya. I według sondażu przeprowadzonego przez telewizję CNN wśród widzów, którzy zarejestrowani są jako wyborcy, zwycięzcą drugiej debaty został obecnie urzędujący prezydent.
Sukces Obamy był przede wszystkim wynikiem przyjęcia nowej postawy. Obama podczas debaty był agresywny, energiczny i ostry, a także celnie wytykał nieścisłości w programie Romneya, odwoływał się także do jego wpadek. Poprzez swoją stanowczość, która powinna charakteryzować przywódcę narodu, Obama zatarł złe wrażenie, które pozostało po wcześniejszym spotkaniu kandydatów.
Podczas tej debaty poruszane były głównie zagadnienia związane z kulejącą gospodarką, podatkami, polityką energetyczną oraz imigracyjną. Kandydaci dyskutowali także o prawach kobiet, polityce wobec Chin oraz o kontrowersjach związanych z atakiem na konsulat USA w Benghazi.
Obama zarzucał Romneyowi przeinaczanie faktów oraz zmianę stanowiska w kwestii polityki energetycznej. Skrytykował także propozycje ekonomiczne Romneya, twierdząc, że są to obietnice niemożliwe do realizacji.
Z kolei Romney zarzucał Obamie niedotrzymanie obietnic wyborczych, powolny wzrost gospodarczy oraz wysokie bezrobocie, a także rosnący deficyt budżetowy. Stwierdził nawet, że jak tak dalej pójdzie to Obama doprowadzi USA do sytuacji, w której obecnie znajduje się Grecja. Romney podczas debaty zaliczył również wpadkę, która skutecznie odebrała mu pewność siebie. Kandydat Republikanów zarzucił Obamie, że ten nie nazwał ataku na ambasadora w Libii aktem terroru. Okazało się jednak, że nie miał racji.
Cała debata była bardzo żywiołowa, kandydaci często przerywali sobie wzajemnie. Spotkanie to przyciągnęło przed telewizory 65 mln ludzi, a więc nieco mniej niż pierwsza debata.
Który z kandydatów Waszym zdaniem ma większą szansę na wygraną w nadchodzących wyborach?