Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kod Władzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kod Władzy. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 listopada 2014

5 lat po napisaniu powieści "Kod Władzy"

Szanowni Czytelnicy,

Od wydania „Kod władzy” minęło kilka lat. Zakończyłem jej bezpłatną publikację na swoim blogu. Mam nadzieję, że więcej osób ją przeczytało, a wielu z Was pozostawiła w sytuacji gdy zadajecie sobie pytanie: czy to widzimy na co dzień jest takie jak nam się poprzednio wydawało? „Kod” odniósł sukces, dostąpił nawet miana bestsellera, doczekał się emisji w oddziałach Polskiego Radia, uznania internautów w ich głosowaniach w konkursie „Blog roku” zajmując pierwsze miejsce jako najlepszy blog polityczny. Artykuły Orwellsky’ego przeczytało prawie 40 milionów czytelników na całym świecie, ponad 3 miliony zagościły na blogach, a sam autor, doczekał się określenia „polskiego Dana Browna”. Miło, bo kto przed publikacją książki słyszał o jakimś tam Orwellskym? Ale co innego jest chyba najważniejsze.

Potwierdziło się to, że w maleńkiej miejscowości na Mazurach, w Starych Kiejkutach było więzienie CIA, którego władza się tak gorączkowo wypierała, nie tylko nasza, ale i amerykańska. O ile to, że była, mógł jeszcze ktoś zakładać, to faktu wyniesienia z Watykanu tajemnych akt, przez pewnego istotnego urzędnika, nikt poza „Kodem” nie zapowiadał, a tak się przecież stało. Od czasu premiery książki świat „postąpił do przodu”. W tym czasie próbowano zawłaszczyć internet, wtłoczyć na rynek obwarowane zawłaszczającymi licencjami GMO, „udusić” WikiLeaks za kompromitujące władzę przecieki. Podsłuchiwano polityków z „górnej półki” a baz wojskowych na wschodzie strzeże się w „imię demokracji”.

Tej samej demokracji, dla której rewolucje na północy Afryki podszyte są nowymi kontraktami na eksploatację naturalnych bogactw.

„Obyś żył w ciekawych czasach” te stare chińskie powiedzenie, a właściwie dość poważne przekleństwo pasuje jak ulał do tego, że nasz świat stał się bardziej orwellowskiniż był zaledwie kilka lat temu. I dla tego chyba warto było napisać te książkę? Być może nie doskonałą, ale jak napisał jej recenzent: „Pasjonująca książka Kod Władzy jest kluczem do zrozumienia świata, w którym jasne fakty i ich właściwe nazwanie uważa się za spiskowa teorię dziejów lub polityczna niepoprawność. Te są jedynie wypracowanym sposobem ośmieszania zdrowego rozsądku, niczym więcej”. Czy tak jest w rzeczywistości? Osądźcie sami.

„Tajemnica czternastej bramy” jest inną książką niż „Kod”. Z bardziej dynamiczna akcją, z wątkami „nie z tej ziemi”, gdzie fikcja, jak piszą moi czytelnicy, miesza się z prawdą. Jest powieścią odnosząca się bardziej do współczesności niż do historycznych kontekstów. Akcja przenosi bohaterów na tajemniczy, fascynujący zamek w południowej Austrii. Nigdy nie zdobyty, do którego droga prowadzi przez czternaście bram. A w czternastej bramie ukryte jest.. no właśnie… by się dowiedzieć może warto przeczytać książkę, której fragmenty będę publikował w kolejnych odsłonach na stronie blogu. Najtrudniej być sędzią we własnej sprawię a skoro tak to posłużę się jedną z recenzji, zmieszczonej na stronie znanego portalu Merlin.pl:

tośka

Wciągająca, pełna tajemnic, fascynująca (2012-11-27)

Ocena 5 na 5

Do drugiej części bestsellerowego "Kod Władzy" podchodziłam ostrożnie, obawiając się wyczerpania formuły, sztampy, braku pomysłów. Okazało się, że moje obawy były bezzasadne. "Tajemnica 14 bramy" to książka przemyślana, wciągająca, luźno nawiązująca do pierwszej części. Orwellsky zaskakuje kolejny raz - odkrywa przed czytelnikami tajemnice i układy, których istnienie można co prawda podważać, natomiast nie można ich definitywnie wykluczyć. Opierając się o domniemania, relacje, hipotezy konstruuje niezwykle ciekawą opowieść, w której nie istnieje słowo "niemożliwe". Lektura jest niezwykle pobudzająca intelektualnie, skłania do stawiania pytań i delektowania się brakiem odpowiedzi. Zdecydowanie polecam i czekam na kontynuację!


Miejmy nadzieję, że tak faktycznie jest jak pisze anonimowa recenzentka.


Dochodzę do wniosku, że przychodzi czas na trzecią część. Kiedy będzie? Pewnie na święta. Które? Pewnie te wielkanocne. O czym ? No właśnie… Będzie o teoriach brytyjskich służb specjalnych, które twierdzą, że ich agenci mogą zamknąć się w torbie turystycznej od środka i skonać. Będzie o globalnej sieci wywiadu elektronicznego, o Breiviku i jego zagadkowych powiązaniach. Będzie też pewnie o tym jak to się stało, że Prezesem Banku Centralnego Bośni i Hercegowiny nie może być obywatel tego kraju, a może i o tym jak wykończono „tygrysy azjatyckiej gospodarki”. Może kolejna książka odkryje tajemnicę rezygnacji Papieża Ratzingera? W końcu w gabinecie papieża wszystko się w tej historii zaczęło. Co w tym wszystkim jest pewnego? Z pewnością to, że książka jak dwie poprzednie, będzie związana z zamkiem Korzkiew. Miejscem, w którym czasem znajdziecie Orwellsky’ego, piszącego w jednej z jego urokliwych komnat.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Fragment powieści "Kod Władzy": Epilog Stare Kiejkuty, Polska




Siedzieli przy stole. Kajetan wstał, podszedł do stojącego na komodzie telewizora. Włączył go, przez chwilę przerzucał kanały. Znalazł oglądany czasem przez siebie kanał informacyjny. Z telewizora popłynęły słowa: Niemiecki tygodnik Stern podał w środę, że amerykańska CIA najwyraźniej wykorzystuje ośrodek szkoleniowy polskiego wywiadu do przesłuchiwania więźniów z Al-Kaidy. W Starych Kiejkutach powstała – jak twierdzi gazeta – odizolo- wana strefa wewnętrzna, do której polscy pracownicy wywiadu nie mają dostępu, w odróżnieniu od Amerykanów. Spojrzeli na siebie w milczeniu.




W przyszłym tygodniu krótka refleksja na temat książki w kilka lat po jej napisaniu. Dziękuję wszystkim, którzy regularnie śledzili publikacje powieści w internecie!

wtorek, 11 listopada 2014

Fragment powieści "Kod Władzy": Rozdział 58 Stare Kiejkuty, Polska



Marc zbliżał się do prawdopodobnie najbardziej strzeżonego miejsca w Polsce. Jechał powoli przez las, starając się nie wykonać najmniejszego ruchu, który mógłby wzbudzić podejrzenie wśród tych, którzy za chwilę będą mu się uważnie przyglądać. Jechał na spotkanie być może największej przygody swojego życia. W uszach brzmiały mu własne słowa wypowiedziane do Monik kilka dni temu: Mam wrażenie, że każdy twój krok zbliża cię do wspomnianego przez ciebie Pulitzera. Rano długo zastanawiali się wspólnie, które z nich powinno udać się nocą do ośrodka. Mieli świadomość ogromnego ryzyka, jakie się z tym wiązało. Ujawnienie ich obecności mogło skończyć się miesiącami spędzonymi na więziennej pryczy. I właśnie po to, aby zminimalizować to ryzyko, zdecydowali, by to był Marc. Zachodni dziennikarz renomowanego pisma, znający język polski, w razie wpadki mógł tłumaczyć się dziennikarskim śledztwem. Miał też kto upomnieć się o niego, używając politycznych wpływów. Żadna z pozostałych osób nie miała takich walorów. Marc zgodził się chętnie. Jego dziennikarska, niespokojna dusza dopominała się aktywnego miejsca w całej tej historii. A poza tym był bardziej przyzwyczajony do podejmowania ryzyka w imię wielkich spraw. Kajetan wyposażył go w elektroniczny dokument, który miał mu otworzyć drogę do ośrodka w Kiejkutach. Ta wojskowa placówka, wiedział to od Kajetana, zajmowała obszar około trzystu hektarów. Położona nad jeziorem była pilnie strzeżona. Miejscowej ludności nie wolno było nawet wypływać na jezioro na ryby. Każdy przyjezdny gość był przeganiany przez uzbrojone patrole, jeśli tylko zbliżył się do ośrodka. Marc miał świadomość, że ryzyko odkrycia jego misji wiąże się z ich poprzednią przygodą. Ktoś może skojarzyć katastrofę śmigłowca po nocnym pościgu z ich obecnością w tym miejscu i kradzieżą samochodu, którą przecież sfingowali. Ktoś bystry, łącząc te fakty, może skłonić prokuratora do postawienia jemu i Monik, zarzutu spowodowania tego wypadku. A wówczas nie kilka miesięcy, ale kilka lat spędzonych w odosobnieniu, może być karą za zawodową dociekliwość. Pomimo to Marc chętnie zgodził się na swój udział w nocnej eskapadzie.
Spojrzał pytająco na Kajetana, gdy ten dawał mu elektroniczną przepustkę. Była podobna do karty bankomatowej, ale różniła się od niej kształtem i elementami na powierzchni. Kajetan uśmiechnął się tajemniczo.
– Nie pytaj mnie, jak zdobyłem tę kartę.
Marc odpowiedział uśmiechem.
– Przekażę ci jeszcze dzisiaj hasło. Musisz je podać za każdym razem, gdy tego zażądają – dodał. Marc spojrzał na niego ponownie.
– I też mnie nie pytaj. – Raz jeszcze Kajetan uśmiechnął się. Marc jadąc, myślał o swoim nowym znajomym. Kajetan budził zaufanie. Zawsze zrównoważony, uśmiechnięty, był filarem zespołu, który dosyć spontanicznie stworzyli. Zespołu, którego powodem powstania była wrodzona dociekliwość i deklarowane wzajemnie zaufanie jego członków. Zbliżał się do ośrodka. Czuł to przez skórę. Nagle na drodze pojawiły się trzy postacie ubrane w wojskowe mundury, z automatycznymi karabinami przewieszonymi przez ramię. Marc zauważył, że ta pokojowa pozycja karabinów dotyczy tyko dwóch żołnierzy, stojących bliżej samochodu pożyczonego od Kajetana. Trzeci mierzył do niego. Widział lufę broni skierowaną w swoją pierś. Marc, biorąc kluczyki Kajetana do ręki, po raz trzeci spojrzał na niego pytająco. I po raz trzeci Kajetan odpowiedział spokojnie.
– Weź mój samochód. Marc nacisnął przycisk opuszczania szyby. Zsunęła się cicho, pozostawiając go twarzą w twarz z młodym, nachylającym się nad samochodem żołnierzem. Widział jego błyszczące oczy wpatrzone w siebie uważnie.
– Co pan tu robi? – zapytał żołnierz.– Mam przepustkę. Bardzo proszę sprawdzić – powiedział bez zawahania
Żołnierz przyjrzał się jej uważnie. Spojrzał na Marca raz jeszcze. Po dłuższej chwili odezwał się.
– Proszę podać hasło.
– Rembrandt – odpowiedział Marc zdecydowanym głosem.
Żołnierz oddał mu przepustkę.
– Proszę jechać. Powoli – dodał.
Ruszył bez słowa. Pozostali dwaj mężczyźni zeszli z drogi. Marc spojrzał w tylne lusterko. Żołnierz trzymał w ręku mikrofon krótkofalówki. Mówił coś do niego. Samochód toczył się wolno. Minął łagodny zakręt. Po kilkuset metrach dojechał do ogrodzenia. Droga zamknięta była czerwono-białym metalowym szlabanem. Dojazd do niego odbywał się zygzakiem, pomiędzy ustawionymi naprzemiennie betonowymi blokami. Obok szlabanu stało dwóch żołnierzy. Jeden z nich podszedł do samochodu. Marc zdążył już opuścić szybę. Drugi mierzył do Marca z karabinu. Nie było to przyjemne uczucie. 
– Dobry wieczór, zechce pan pokazać przepustkę. Marc powtórzył czynność, która była mu już znana. Żołnierz zniknął z jego przepustką w niewielkim białym budynku, stojącym przy samej bramie. Nie było go kilka minut. Wyszedł po chwili, podchodząc do otwartego okna samochodu. Wyciągnął rękę, była w niej karta.
– Jeszcze hasło proszę.
– Rembrandt.
– Proszę jechać. 
Szlaban zaczął się powoli podnosić. Marc nie zauważył, kto go uniósł. Czuł przypływ adrenaliny. Starał się panować nad drżeniem swoich rąk. Jechał dalej. Był coraz bliżej tajemnicy, którą za chwilę przyjdzie mu odkryć. Zauważył kilkanaście jednopiętrowych betonowych budynków. Jechał dalej. Przejechał obok oddalonych o kilkadziesiąt metrów garaży. Teren oświetlony był dziwnym światłem sączącym się z lamp, których Marc wcześniej nigdzie nie widział. Miał wrażenie, jakby padające na budynki promienie nie powodowały powstawania ich cienia.
„Może mi się wydaje” – pomyślał. Przejechał obok większych budynków, przypominających wyglądem obiekty sportowe.
Teren wokół był pusty. Nie zauważył nikogo. Powoli zbliżał
się do centralnego punktu tego dziwnego miejsca. Przymknął otwartą szybę samochodu. Gwałtowny wiatr poruszał drzewami. Marc widział przed sobą mur wysoki na około trzy metry. Przed nim znajdowało się ogrodzenie z kolczastego drutu. Obserwowany przez niego obiekt mógł mieć około stu metrów długości. Dookoła dostrzegł kilku żołnierzy. Miał wrażenie, że strzegący budynku byli ubrani inaczej niż ci, którzy go dotychczas sprawdzali. Jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów i dostanie się do miejsca skrzętnie skrywanego przed światem. Był coraz bardziej podekscytowany. Chciał tam już być. Dostrzegł bramę wjazdową. Szczelnie chroniła przed dostępem do strefy zamkniętej. Dojeżdżając, zastanawiał się czy zostanie wpuszczony. Zaczął sobie powtarzać przygotowany tekst, gdyby ktoś zapytało powód jego pobytu. Przypomniał sobie słowa Kajetana: Nikt nie będzie cię o nic pytał. Wówczas nie dyskutował z nim. Teraz zrobiłby to chętnie. Czuł się jak uczestnik gry komputerowej wpuszczony nieświadomie w labirynt pełen tajemnic i czyhających na bohatera pułapek. Zatrzymał się przed bramą. Nie wiedział, skąd wyrośli nagle przed nim dwaj ubrani w czarne stroje mężczyźni. Ich twarze zakrywały dziwne, jak mu się wydawało, przymocowane do hełmu, osłony. Skutecznie nie pozwalały dostrzec niczego, co znajdowało się pod nimi. Marc zesztywniał na siedzeniu. Czuł, jak dłonie robią mu się coraz bardziej zimne. Podniósł rękę, by znaleźć przycisk
opuszczający szybę. Z obu stron samochodu, tuż przy szybach stali spokojnie uzbrojeni i zamaskowani ludzie. Szyba powoli opuszczała się w dół. Marc czuł kropelki potu ściekające po skroniach. Strażnik stojący po jego stronie pochylił się nad otwartym oknem samochodu.
– Hasło zechce pan powiedzieć. –Jego metaliczny głos powodował zapewne zamknięty hełm.
– Rembrandt – powtórzył znane sobie słowo.
Strażnik wskazał ręką miejsce na prawo od samochodu.
– W porządku. Proszę odstawić samochód na to miejsce i wejść do budynku drzwiami oznaczonymi numerem 1A.
– Dobrze. – Marc wziął głęboki oddech. Wychodząc z samochodu, czuł jak drżą mu nogi. Nie pamiętał, by był kiedyś tak zdenerwowany.
„Ważne, że przepustka Kajetan działa” – pomyślał.Zatrzasnął drzwi samochodu. Nie zamknął go. Wydawało mu się, że w przypadku, gdyby musiał uciekać, otwarty samochód szybciej mu to umożliwi. Nie wiedział jak zakończy się jego niezwykła podróż w tym odciętym od świata miejscu. Rozejrzał się wokół siebie. Ciemna noc uniemożliwiała rozpoznanie nawet najbliższego otoczenia. Zrobił kilka kroków w kierunku budynku. Nad dwoma wejściami znajdowały się dwa plafony lamp dające mdłe, sączące się ledwo światło. Na drzwiach widniał biały napis: Wejście nr 1A – sala szkoleniowa. Nad drugimi: Wejście nr 1 – zaplecze biurowe.
„Strażnik mówił, że mam wejść przez drzwi oznaczone numerem 1A” – starał sobie przypomnieć usłyszaną instrukcję. Ruszył w kierunku wybranego wejścia. Wyciągnął rękę w kierunku klamki. Była zimna. Nacisnął. Pchnął ciężkie drzwi. Drewno, którym były pokryte, maskowało grube, metalowe wrota. Marc miał wrażenie, że prowadzą do jakiegoś bunkra. Otwierały się wolno, niemal bezszelestnie. W znajdującym się za nimi kwadratowym korytarzu ktoś siedział na krześle, ustawionym za stołem. Na widok Marca poderwał się z miejsca. Marc wszedł do pomieszczenia. Starannie zamknął za sobą drzwi. Odwrócił się. Przed nim stał wysoki, młody człowiek w amerykańskim wojskowym mundurze. Spoglądał na wchodzącego uważnie.
– Przepustkę proszę i hasło – odezwał się po angielsku. Marc nerwowo sięgnął do kieszeni koszuli, do której schował otrzymaną od Kajetana kartę. Znalazł ją. Wyciągnął i podał żołnierzowi. Ten wrócił do stołu. Przyłożył ją do jakiegoś urządzenia. Spoglądał na ekran monitora. Płynące minuty wydawały się Marcowi wiecznością.
– Jeszcze hasło – powiedział głośno.
– Rembrandt – odpowiedział Marc. Żołnierz wysunął spod stołu klawiaturę komputera. Wpisał coś szybko. Czekał. Po chwili wyprostował się.
– W porządku, może pan wejść. –Wskazał ręką drzwi znajdujące się z jego prawej strony. – Proszę wyjść tymi samymi drzwiami. – Poinstruował go.
– Rozumiem, dziękuję.
Żołnierz, podał mu przepustkę.
Marc spojrzał w kierunku drzwi. Był na nich biały napis: Sala szkoleniowa nr 3. Nie wiedział, co zastanie za drzwiami, z kim będzie musiał się spotkać, komu tłumaczyć swoją obecność. Kajetan nic mu nie mówił. Nie przekazał żadnych instrukcji. Dał mu kartę, przekazał hasło, nic więcej. Jedyne, co miało go uratować to fakt, że był dziennikarzem znanej redakcji światowego dziennika.
„Kiepska tratwa ratunkowa – pomyślał Marc. – W końcu jak nie wrócę, przyjaciele ogłoszą alarm – pocieszył się. – Nie jestem w tym sam”. Ostatnia myśl odprężyła go trochę. Jednak stres paraliżował go w dalszym ciągu. Otworzył drzwi. Zobaczył długi, ciemny korytarz oświetlony mdłym światłem. Wszedł do środka.
Drzwi zamknęły się za nim.
„Pewnie to strażnik je zamknął” – pomyślał. Spojrzał w głąb korytarza. Po jego prawej stronie znajdował się szereg drzwi. Wszystkie były zamknięte, bez jakichkolwiek oznakowań. Po drugiej stronie, przez całą długość korytarza, ciągnęły się cele. Marc zrobił kilka kroków do przodu. Starał się opanować emocje. Był o krok od skrywanej przed światem tajemnicy. Czy lądujące na lotnisku w Szymanach samoloty przywoziły kogoś, kogo los doprowadził w to miejsce? A może było to zaplecze szkoleniowe dla przyszłych agentów? Jeszcze kilka kroków. Wyostrzał swój wzrok. Przeszedł obok
dwóch pustych cel. Spojrzał do trzeciej i... wydawało mu się, że kogoś dostrzegł. Człowieka leżącego na pryczy.
„Czy jest tu ktoś?” – pomyślał. Czuł jak serce bije mu głośno.
Nagle drzwi otwarły się z hukiem. Marc odwrócił się gwałtownie. W drzwiach stał żołnierz.
– Stop! – krzyknął głośno. – Proszę się zatrzymać i podejść do mnie, pańska przepustka wygasła.
„Jak to wygasła? – pomyślał gorączkowo Marc. – Co on mówi?”
Zatrzymał się jednak zgodnie z wydanym rozkazem. Jeszcze raz spojrzał w kierunku celi. Nie mógł potwierdzić swojego wrażenia. Chociaż... Wydawało mu się, że koc przykrywający pryczę poruszył się.
– Proszę do mnie podejść – stanowczo powiedział żołnierz.
Marc podszedł do niego, ten przepuścił go przed siebie. Wyszli do drugiego pomieszczenia, które prowadziło do wyjścia.
– Dostałem informację, że pańska przepustka straciła już
swoją ważność. Zechce pan wyjść i opuścić ośrodek – poin-
struował go.
– Ale... – Marc zająknął się. Myślał szybko.
„Jaki sens miała rozmowa z żołnierzem?”
– Oczywiście, widocznie przyjec ałem za późno. Miałem problem, by sprawnie dotrzeć do ośrodka. – Usprawiedliwił się Marc, chciał coś powiedzieć, by sytuacja stała się normalna, by żołnierz nie dostrzegł jego nerwowego zachowania. 
– Bardzo dziękuję, do widzenia. Wyszedł przed budynek. Zamykając drzwi widział jak żołnierz podniósł słuchawkę telefonu. Marc powoli, starając zachować spokój, podszedł do samochodu.
– Spokojnie, bardzo spokojnie – powiedział do siebie.
– Najgorsze już za tobą.
Nie skupiał się na niepowodzeniu przyjętej przez siebie misji. Myślał jedynie jak opuścić to dziwne, niepokojące miejsce. Wsiadł do samochodu. Zapalił silnik, cofał starannie, uważając by nie spowodować jakiejś niepotrzebnej kolizji. Pamiętał drogę jaką jechał w tę stronę. Mijał powoli posterunki. Nikt go o nic nie pytał. Pomyślał, że musi zadzwonić do naczelnego swojej gazety. Przekazać mu to, co zobaczył. Przeniósł się myślami do chaty Kajetana. Pewnie niepokoją się o niego. Uśmiechnął się do siebie.
„Tyle życzliwych osób” – pomyślał.
Spojrzał w lusterko. Nikt go nie ścigał. Droga, którą jechał była pusta. Zostawiał za sobą swój strach. Oddalał się od miejsca, którego tajemnica została naruszona. Miejsca, którego istnienia nie dało się od tego momentu ukryć przed światem.

poniedziałek, 27 października 2014

Fragment powieści "Kod Władzy": Rozdział 56 Stare Kiejkuty, Polska



Drzwi uchyliły się. Na drewniany taras padła łuna ciepłego, żółtego światła.
– Kto tam? – spytała kobieta, starając się dostrzec stojących
na tarasie gości.
Miała trzydzieści kilka lat i krótkie jasne włosy.
– Przyjaciele – odezwał się Marc. – Proszę się nie obawiać.
Czy zastaliśmy Kajetana?
– Tak... – zawahała się. Zdecydowała się jednak zatrzymać
nocnych gości na tarasie – Kajetan! – krzyknęła do wnętrza domu.
Nastąpiła chwila milczenia.
– Tak, kochanie? – Z ulgą usłyszeli znajomy głos.
– Mamy gości.
– Gości? Już schodzę. 
Stali na tarasie, czekając na zaproszenie. Ten krótki moment przypomniał im, że znajdują się daleko od swoich bezpiecznych domów. Cała trójka, trochę zagubiona, została uwikłana w bieg tajemniczych, niebezpiecznych wydarzeń. Ktoś, kogo nie znali, gdzieś w miejscu, którego nie umieli sobie wyobrazić, wydawał polecenia, uruchamiając siłę mającą pozbawić ich życia. Ocierali się o śmierć, zgłębiając mroczne tajemnice świata. Oświetlona scena światowego teatru miała swoje głębokie kuluary otoczone pilnie strzeżoną tajemnicą. Pozostający w cieniu, pozornie drugorzędni aktorzy, nie pozwalali umieszczać swoich nazwisk na plakatach granych przedstawień. To właśnie oni, od lat ukryci przed opinią publiczną, połączeni tajną przysięgą, pociągali za sznurki występujących na scenie, odświętnie ubranych marionetek. W drzwiach stanął Kajetan. Zaniemówił na chwilę. Na jego ogorzałej od słońca twarzy pojawił się radosny, szeroki uśmiech. Rozłożył ramiona w geście powitania.
– Ależ się cieszę... Jesteście wszyscy... Ale radość...

Wchodźcie! Kochani... Alu – zwrócił się do stojącej obok niego kobiety – to są moi przyjaciele. Tyle ci o nich opowiadałem, to właśnie na nich czekaliśmy. Zaproś ich do środka. Na twarzy sympatycznie wyglądającej blondynki pojawił się uśmiech. Niepokój wyraźnie opuszczał wszystkich. Chcieli jak najszybciej znaleźć się w przyjaznym wnętrzu, które już znali. Ukryta w lasach chata wydała im się najbardziej pożądanym miejscem na świecie. Opadli na wygodne fotele w drewnianym saloniku. Ala, żona Kajetana, poszła do kuchni przygotować im herbatę i coś do jedzenia. Marc i Poul po chwili odpoczynku wyszli do samochodu zabrać rzeczy. Wszystkie ubrania Poula przepadły razem z jego samochodem. Na szczęście miał przy sobie portfel z dokumentami. Bagaże zanieśli do pokoju, w którym wcześniej spali. Kajetan dorzucił kilka drew do kominka i zajął się przygotowywaniem drinków. Monik schowała się w łazience. Marc poszukał w swoim bagażu czegoś dla Poula. Zniszczoną odzież wyrzucili do śmieci. Poul chciał się pozbyć wszystkiego, co kojarzyło się mu z tak przytłaczającą tragedią.

poniedziałek, 20 października 2014

Fragment powieści "Kod Władzy": Rozdział 55 Mazury, Polska

www.freefoto.com

Ciemność nocy była nieprzenikniona. Pusta o tej porze droga, którą poruszał się granatowy samochód, była ledwie widoczna w otaczającym ją rozległym lesie. Wewnątrz auta panowała cisza. Jadące w nim trzy osoby skupiały swoją uwagę na mijających ich z rzadka pojazdach. Każde pojawiające się w tylnym lusterku światło koncentrowało na sobie wzrok kierowcy i mobilizowało dwoje pozostałych pasażerów do odwrócenia się do tyłu. Za każdym razem Marc dodawał wtedy gazu i zmuszał samochód do szybszej jazdy. Monik siedząca na przednim siedzeniu, ukradkiem spoglądała na czerwony elektroniczny licznik kilometrów, znajdujący się pod kierownicą. Pamiętała, że Marc pytany przez Poula odpowiedział, że od chaty Kajetana dzieliło ich pięćdziesiąt kilometrów. Od miejsca, w którym wsiadł Poul, przejechali około piętnastu do najbliższego miasteczka. Marc niczym wytrawny agent znalazł miejsce, w którym ukryli samochód. Sami schowali się w niewielkim regionalnym muzeum. Przedłużali swój pobyt, rozmawiając z jego dyrektorem. Przedstawiwszy się jako zagraniczni dziennikarze zainteresowani regionem, znaleźli się w końcu na skromnej kolacji w jego domu. Tam mogli się czuć bezpiecznie. W dalszą drogę ruszyli przed dwudziestą trzecią. Pozostał im już niewielki odcinek do bezpiecznego schronienia. Czuli się trochę jak zaganiane do pułapki zwierzęta.
– Gdzieś tu znajdowała się kwatera Hitlera, prawda? – przerwała milczenie Monik.
– Prawda – odpowiedział jej Marc. – Znacie historię tego miejsca?
– Wiem, że był to olbrzymi bunkier zbudowany pod koniec wojny, w którym dokonano zamachu na przywódcę III Rzeszy, nieprawdaż? – odpowiedziała.
– Mam wrażenie, że też niewiele wiem na ten temat – odezwał się Poul. – To jedna z atrakcji turystycznych tego regionu.
Myślicie, że powinniśmy zainteresować się tym miejscem?
– Chyba nie – odpowiedział Marc, redukując bieg.
Samochód wspinał się lekko pod górę.
– Przypominają mi się słowa naszego przewodnika z Książa
– wyjaśnił Poulowi. – Za dużo tam turystów, by komukolwiek przyszło do głowy coś tam dzisiaj ukrywać. Mnie to przekonuje, a was?
– Chyba też... – odparł Poul. W jego głowie wciąż huczało od ostatnich wydarzeń, zaś twarze dwójki autostopowiczów nie dawały mu spokoju. Ich śmierć była jego winą. Przecież wiedział, że jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie. A jednak, wziął ze sobą dwoje młodych ludzi. Po co? By dodać sobie otuchy? Na razie mógł jedynie obwiniać siebie, potrzebował czasu i samotności, by wszytko poukładać... Spojrzał na Monik. Skinęła głową jakby słysząc jego myśli. Ciemność przed samochodem rozjaśniła się lekko. Wjechali na polanę, na której stała chata Kajetana. W jej małych okienkach paliło się światło.

poniedziałek, 13 października 2014

Fragment powieści "Kod Władzy" Rozdział 55 Mazury, Polska



Ciemność nocy była nieprzenikniona. Pusta o tej porze droga, którą poruszał się granatowy samochód, była ledwie widoczna w otaczającym ją rozległym lesie. Wewnątrz auta panowała cisza. Jadące w nim trzy osoby skupiały swoją uwagę na mijających ich z rzadka pojazdach. Każde pojawiające się w tylnym lusterku światło koncentrowało na sobie wzrok kierowcy i mobilizowało dwoje pozostałych pasażerów do odwrócenia się do tyłu. Za każdym razem Marc dodawał wtedy gazu i zmuszał samochód do szybszej jazdy. Monik siedząca na przednim siedzeniu, ukradkiem spoglądała na czerwony elektroniczny licznik kilometrów, znajdujący się pod kierownicą. Pamiętała, że Marc pytany przez Poula odpowiedział, że od chaty Kajetana dzieliło ich pięćdziesiąt kilometrów. Od miejsca, w którym wsiadł Poul, przejechali około piętnastu do najbliższego miasteczka.
Marc niczym wytrawny agent znalazł miejsce, w którym ukryli samochód. Sami schowali się w niewielkim regionalnym muzeum. Przedłużali swój pobyt, rozmawiając z jego dyrektorem. Przedstawiwszy się jako zagraniczni dziennikarze zainteresowani regionem, znaleźli się w końcu na skromnej kolacji w jego domu. Tam mogli się czuć bezpiecznie.
W dalszą drogę ruszyli przed dwudziestą trzecią. Pozostał im już niewielki odcinek do bezpiecznego schronienia. Czuli się trochę jak zaganiane do pułapki zwierzęta.
– Gdzieś tu znajdowała się kwatera Hitlera, prawda? – przerwała milczenie Monik.
– Prawda – odpowiedział jej Marc. – Znacie historię tego miejsca?
– Wiem, że był to olbrzymi bunkier zbudowany pod koniec wojny, w którym dokonano zamachu na przywódcę III Rzeszy, nieprawdaż? – odpowiedziała.
– Mam wrażenie, że też niewiele wiem na ten temat – odezwał się Poul. – To jedna z atrakcji turystycznych tego regionu.
Myślicie, że powinniśmy zainteresować się tym miejscem?
– Chyba nie – odpowiedział Marc, redukując bieg. Samochód wspinał się lekko pod górę.
– Przypominają mi się słowa naszego przewodnika z Książa – wyjaśnił Poulowi. – Za dużo tam turystów, by komukolwiek przyszło do głowy coś tam dzisiaj ukrywać. Mnie to przekonuje, a was?
– Chyba też... – odparł Poul. W jego głowie wciąż huczało od ostatnich wydarzeń, zaś twarze dwójki autostopowiczów nie dawały mu spokoju. Ich śmierć była jego winą. Przecież wiedział, że jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie. A jednak, wziął ze sobą dwoje młodych ludzi. Po co? By dodać sobie otuchy? Na razie mógł jedynie obwiniać siebie, potrzebował czasu i samotności, by wszytko poukładać... Spojrzał na Monik. Skinęła głową jakby słysząc jego myśli. Ciemność przed samochodem rozjaśniła się lekko. Wjechali na polanę, na której stała chata Kajetana. W jej małych okienkach paliło się światło.

poniedziałek, 6 października 2014

Fragment powieści "Kod Władzy", Rozdział 54 Mazury, Polska



Monik wypiła łyk coli. Spoglądała na przesuwający się za oknami malowniczy las. Gdzieniegdzie widać było szafirowe tafle niewielkich stawów lub skrawków jezior.
– Wiesz, Marc – odezwała się – nie masz pojęcia, jak bardzo
się cieszę, że tu wróciliśmy. Powiedz mi, czy wszystkie tematy, o których piszesz, są tak ryzykowne? Mają taką dramaturgię?
Marc zastanawiał się, omijając ciężarówkę.
– Dobre pytanie, wolałbym, byś mnie zapytała o to, co lubię zjeść. – Uśmiechnął się.
– Marc...
– Tak?
– Co lubisz najbardziej zjeść?
Roześmiał się.
– No wiesz, pytasz serio?
– Oczywiście, przecież chciałeś, bym o to zapytała. – Bawiła się dobrze.
Zmarszczył brwi. Udał poważną minę.
– Pierogi.
– Co?
– No, pierogi – roześmiał się.
– Żartujesz sobie ze mnie?
– No coś ty, to szczera odpowiedź – powiedział udając powagę.
– A te pierogi to z czym, bohaterze? – śmiała się.
– Tak w ogóle ze wszystkim, z kapustą, grzybami, mięsem,
serem, truskawkami...
– To wszystko się miesza? – zażartowała.
– Jezu, jak to miesza? Czy ty nigdy pierogów nie robiłaś?
– poirytował się.
– No nie robiłam. Ach, myślałam, że taki as dziennikarstwa jada coś specjalnego, jak superbohater – śmiała się już głośno.
Spojrzał na nią poirytowany.
– No dobrze, już dobrze – załagodziła sytuację. – Odpowiedz mi, proszę. Zawsze tak ryzykujesz życiem?
– Poważnie pytasz?
– Śmiertelnie poważnie.
Marc skupił się na pytaniu Monik.
– Masz wrażenie, że nasza wyprawa jest jakaś szczególnie niebezpieczna?
– Żartujesz? Pogoń, helikopter, straż zamkowa no i te kule wystrzelone do nas.
– A jesteś pewna, że do nas?
– To znaczy?
– Może do Poula?
Monik zamilkła. Spoglądała za okno samochodu.
– Nie wiem, możesz mi odpowiedzieć? – drążyła temat. 
– Wiesz, różnie bywa, raz jest trochę bardziej niebezpiecznie, kiedy relacja jest z jakiegoś terenu, gdzie toczą się walki, a raz mniej, kiedy sprawa dotyczy jakiegoś politycznego matactwa. Chociaż, chyba wolę te wojny. Tam przynajmniej wiadomo, kto strzela i dlaczego.
– Nie brzmi to zachęcająco – skomentowała Monik.
– Pewnie nie brzmi, ale chyba nie mógłbym inaczej żyć. Mój ojciec zaraził mnie dochodzeniem do prawdy. Może mam to w genach? Sam nie wiem dlaczego. Chyba zaczęło się od afery Watergate. To ona mnie wciągnęła w świat dziennikarstwa i później w konsekwencji w świat polityki. Czytałem o niej wiele razy szukając czegoś, co mogło być niedopowiedziane. Jestem pewien, że Komitet Reelekcji Nixona działał szerzej, niż się to wydawało. Podobnie fascynowała mnie historia śmierci Kennedy’ego. To początkowe opowiadanie, że jakiś wariat zabił prezydenta. Od tego czasu, kiedy czytałem o tych wydarzeniach godzinami, nic już nie było dla mnie takie oczywiste, a im bardziej się w to wgłębiałem, tym bardziej odkrywałem drugie dno. Ot, taka prosta motywacja. – Uśmiechnął się – Mam tylko nadzieję, że powiązania dziennikarzy, tak jak teraz widać na wyspach brytyjskich, z nielegalnymi metodami zdobywania informacji, nie staną się codziennością.
Monik spojrzała na niego.
– Chyba jesteś trochę naiwny. Jakkolwiek George Orwell w swoim słynnym Roku 1984 nie przewidział istnienia Internetu, to z istnieniem Wielkiego Brata trafił niestety w samą dziesiątkę. Jesteśmy, jak się okazuje, podglądani i inwigilowani. Co ciekawsze, a właściwie smutne, informować nas o tym musi zewnętrzna instytucja – Komisja Europejska.
– Chcesz mnie czymś zaskoczyć? – Uśmiechnął się, spoglądając życzliwie na Monik.
– Może – zaczęła tajemniczo Monik – Jadąc tu przeczytałam, że w Polsce zrobiło się głośno o „wizycie” Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego w domu jednego z internautów, prowadzącego satyryczną, jego zdaniem, stronę o polskim prezydencie. Satyra się skończyła, kiedy z całą powagą w drzwiach pojawiło się ABW. Fakt wkroczenia jednostki, która na co dzień zajmuje się o wiele poważniejszymi przestępstwami, do mieszkania przeciętnego dwudziestopięciolatka pokazuje, że sieć przestaje być obszarem nieskrępowanej wolności. Co więcej, czy zastosowana socjotechnika „zbrojnej interwencji” ma jedynie gasić próbę obrażania najwyższego urzędu w państwie? Co ona symbolizuje, skoro chłopaka można było przecież wezwać na posterunek policji? Zainteresowanie władzy Internetem, jako ostatni trend, jest widoczne nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie.
Marc uśmiechnął się w zadumie.
– Cóż, można powiedzieć: gdy pętla się zaciśnie, możemy w efekcie stracić szansę na swobodny dostęp do informacji, naszego największego cywilizacyjnego osiągnięcia. Co ważniejsze, możemy stracić prawo wyrażania niczym nieskrępowanych poglądów. Poglądów, których efektem może być poznanie, co tak naprawdę się dzieje.
Marc spojrzał na swoją towarzyszkę podróży z podziwem.
Na jej uśmiechniętą twarz. Radosne oczy kobiety potwierdzały, że jest zadowolona ze swojej wypowiedzi. Czas spędzany z nią również i jemu sprawiał przyjemność.
– To dobrze... Bałem się, że nasza nocna przygoda i jej konsekwencje zniechęcą cię do naszych poszukiwań i długo będą ci się źle kojarzyć.
– Już o tym zapomniałam. Wszystko, co się z tobą wiąże,
wymaga nadzwyczajnej odwagi – zaśmiała się.
– Jesteś najdzielniejszą kobietą, jaką znam. – Chciał, by jego wyznanie brzmiało szczerze.
Położył swoją dłoń na jej ręce.
Monik gwałtownie zabrała rękę. Poruszyła się w kierunku przedniej szyby.
– Marc! – krzyknęła. – Zobacz, co się dzieje!
Odwrócił szybko głowę. Spojrzał do przodu. Jego źrenice rozszerzyły się.
– Boże! Co to?!
Kilkadziesiąt metrów przed samochodem, na środek drogi wybiegł mężczyzna. Rozłożył ręce, wyciągając je do góry.
Chciał zatrzymać nadjeżdżające auto.
– Co robimy?! Może zdarzył się jakiś wypadek?!
– krzyknęła.
– Masz rację, zatrzymam się...
Zdjął nogę z gazu. Powoli zaczął hamować. Bał się, że naje-
dzie na stojącego człowieka.
– Jezu! To przecież Poul! Marc, to Poul! Co on tu robi?!
Samochód zatrzymał się gwałtownie. Mężczyzna podbiegł do auta. Szarpnął za klamkę, otwierając tylne drzwi.
– Na litość boską! Jedźcie! – krzyknął. – Jedźcie! Jesteśmy w niebezpieczeństwie... Ruszaj pan! Szybko! Marc nacisnął pedał gazu. Nie pytał o nic, starał się jak najszybciej odjechać. Samochód ruszył gwałtownie do przodu. Przyspieszył na zakręcie. Rozpędzał się coraz bardziej. Siedzący na tylnym siedzeniu mężczyzna głośno oddychał. Po chwili podniósł głowę i spojrzał na siedzących z przodu.
– Boże! To wy?!
– Ano my – odpowiedziała Monik, spoglądając na Poula z przerażaniem w oczach. Wyglądał jakby goniła go sama śmierć. I nie myliła się.
Poul odetchnął głęboko.
– Cuda się zdarzają... Bóg mnie ocalił... Żyję...
Monik i Marc spojrzeli na siebie.
– Co ty mówisz? Jak to żyjesz? – powiedziała Monik.
– Marc, musimy się gdzieś ukryć albo jak najszybciej stąd uciec. Będą nas gonić. Zabiją nas.
– Kto nas zabije? – spojrzała na niego Monik.
– Byłem w restauracji. Na parking podjechały dwa jeepy.
Gdy ruszyłem, podążyły za mną. W pewnym momencie jeden zajechał mi drogę, a drugi zablokował tył. Ludzie, którzy wyszli z samochodów, zabili dwójkę autostopowiczów, których zabrałem ze sobą. Zastrzelili ich bez słów. Udało mi się uciec tylko dlatego, że z lasu wyjechały samochody z drewnem. Biegłem kilka kilometrów. Pomyślałem, że dostanę się na drogę, by zatrzymać jakieś auto i trafiłem na was! To cud. Monik zamilkła. Spojrzała na Marca. Ten poczuł jej wzrok na sobie.
– Pogadamy o tym później. Teraz musimy im uciec. Co robimy? Żadne z nich nie miało pomysłu. Marc pewnie prowadził samochód z dużą prędkością. Szybka jazda nie sprawiała mu problemu. Autostrady w Niemczech były dobrą szkołą prowadzenia auta.
– Ile mamy do Kajetana? – zapytał Poul.
– Jakieś pięćdziesiąt kilometrów – odpowiedział Marc.
– Masz przy sobie telefon?
– Nie, został w samochodzie.
– To dobrze. Możliwe, że cię namierzali.
– Dojedziemy do najbliższego miasta. Tam się ukryjemy.
W mieście będzie najbezpieczniej. Pojedziemy do Kajetana,
jak się ściemni.
– Masz rację – uspokoiła się trochę Monik. Samochód oddalał się szybko od miejsca, którego Poul nie zapomni do końca życia.

poniedziałek, 29 września 2014

Fragment powieści "Kod Władzy", rozdział 53, Mazury, Polska



Spokój Poula nie trwał długo. Od dłuższego czasu jechali prostym odcinkiem drogi, a Poul spoglądał co chwilę w lusterko. Poruszył się nerwowo na fotelu, gdy zauważył zbliżające się jeepy. Nie był najlepszym kierowcą. Jego pasażerowie oglądali się do tyłu. Milczeli. Na ich bladych twarzach widać było strach. Poul zwolnił przed skrętem w prawo. Za zakrętem nie dostrzegł żadnych zabudowań. Ale cały czas miał nadzieję, że dotrze do bardziej zaludnionego miejsca, zanim ciągle skracające dystans samochody ich dopadną. Był pewien, że go ścigają. Żałował teraz, że zabrał ze sobą tych młodych ludzi. Wyrzucał sobie, że to brak poczucia własnego bezpieczeństwa wpłynął na decyzję o podwiezieniu ich. Przerażenie potęgowało się. Jest teraz odpowiedzialny nie tylko za swoje życie, ale także za autostopowiczów. Niewinnych, przypadkowych pasażerów, którzy znaleźli się w samym centrum koszmaru. Spojrzał raz jeszcze w lusterko.
– Boże, w tobie cała nadzieja – pomodlił się.
Droga stawała się coraz bardziej kręta. Wznosiła się w górę i w dół. Z obu stron ciągnął się gęsty las. Poul jechał teraz wolniej. Liczne zakręty nie pozwalały rozwinąć większej prędkości. Nagle zobaczył rozświetlony przód czarnego jeepa tuż za sobą. Nie mógł dostrzec jego kierowcy. Samochody wyjechały na prostą. Poul zauważył, że jadący za nim jeep włączył lewy kierunkowskaz. Chciał go wyprzedzić.
– Może po prostu jadą szybko, a ja niepotrzebnie panikuję.
– Czuł jednak, że prawda jest zupełnie inna.
Nie miał wyjścia. Nie potrafił uciec. Zjechał na skraj drogi. Pierwszy samochód wyprzedził go. Jechał teraz, jak gdyby nigdy nic, przed nim. Samochody weszły w zakręt.
„Nie chce mnie wyprzedzić – pomyślał Poul, spoglądając we wsteczne lusterko. – Spokojnie, zaraz to zrobi”. Wyjechali na kolejną prostą. Mknęli teraz ponad sto kilometrów na godzinę.
– No, wyprzedzaj... – Poul denerwował się.
Nagle jadący przed nim zaczął gwałtownie hamować. Poul spóźnił się wpatrzony w lusterko. Jego wóz zbliżył się nie- bezpiecznie do tyłu hamującego auta. Nacisnął gwałtownie hamulec. Samochodem zaczęło rzucać. Wyprostował gwałtownie kierownicę. Zwolnił. Jadący przed nim jeep uniemożliwiał mu ominięcie go, coraz bardziej wytracał prędkość.
Spojrzał w lusterko. Drugi samochód zbliżał się do jego tylnego zderzaka.
Poul musiał się zatrzymać. Jeep przed nim również stanął. Auto Poula stało na pustej drodze, zablokowane przez czarne pojazdy. Z samochodu stojącego przed nim wyskoczyli dwaj mężczyźni. Podbiegli z obu stron. W tym samym momencie otworzyli przednie drzwi.
– Wysiadać! – krzyknął mężczyzna. – Ty też – skinął głową
na dziewczynę. Wysiadł z samochodu. Stojący obok niego mężczyzna szarpnął go mocno i rzucił na maskę. Szybko sprawdził, czy nie ma przy sobie broni.
Poul spojrzał w kierunku młodych ludzi. Drugi mężczyzna popchnął ich do rowu odgradzającego drogę od lasu. Po chwili dostrzegł, że tamten sięgnął pod marynarkę. Wyjął spod niej pistolet. Bez słowa wymierzył do chłopaka. Wystrzelił. Tamten osunął się na ziemię. Poul usłyszał narastający huk. Nie wiedział, co się dzieje. Spoglądał na scenę rozgrywającą się po drugiej stronie samochodu. Przerażona dziewczyna wpatrywała się w mężczyznę w garniturze. Ten wymierzył do niej i ponownie strzelił. Upadła na chłopaka. „Boże!” – zawołał w myślach Poul. Poczuł jak uderza go fala gorąca, z trudem nabrał powietrza. To, co stało się przed chwilą wydało mu się tak koszmarne i nierealne zarazem, że nie był w stanie się poruszyć. Jednak szybko musiał ocknąć się z letargu. Stojący przy nim mężczyzna szarpnął go ponownie.
– Teraz na ciebie kolej, księżulu – syknął po angielsku. – Ruszaj!Jego ostatnie słowa zagłuszył ryk wtaczającego się na drogę przed jeepem ogromnego samochodu, wywożącego z lasu ścięte pnie drzew. Za nim jechał kolejny samochód. Pierwszy z nich znalazł się na wysokości jeepa. „Muszę uciekać!” Obaj mężczyźni spoglądali w kierunku jadących pojazdów. Poul odruchowo rzucił się pędem przed maskę ciężarówki z drewnem. Przebiegł przed nią i wpadł w las. Rzucili się za nim, ale jadące samochody uniemożliwiły im przebiegnięcie drogi. Z drugiego auta wyskoczyli dwaj kolejni mężczyźni.
– Ty zostajesz! – krzyknął człowiek z pistoletem, wskazując nim na kierowcę drugiego pojazdu. – Posprzątaj tu. A ty z nami – wskazał na drugiego. – Macie premię, jak złapiemy tego gnoja. Martwego lub żywego. Pozostali wyjęli broń i rzucili się w pogoń za uciekającym. Poul przedzierał się przez krzewy. Gałęzie uderzały go w twarz. Czuł strużkę krwi spływającą mu na usta. Biegł jak najszybciej, niemalże na oślep. Rozgarniał gałęzie, potykał się o wystające korzenie. Biegnąc, ślizgał się. Wiedział, że walczy o życie. Nie oglądał się za siebie. To, jaka odległość dzieliła go od mężczyzn, nie miało dla niego żadnego znaczenia. Ważna była tylko droga przed nim. Wbiegł na leśną ścieżkę prowadzącą w lewo, równolegle do drogi. Wyżłobione w niej koleiny przejeżdżających ciężkich samochodów, wypełnione były wodą. Biegł pomiędzy nimi, lecz od czasu do czasu osuwał się do mętnej wody. Bał się, że złamie nogę, ale strach dodawał mu sił. Poul w collegu biegał w reprezentacji szkoły. Jego organizm pamiętał długie treningi. Ta dawna umiejętność miała teraz zadecydować o jego życiu. Daleko za sobą słyszał nawołujące się głosy goniących go. Nie rozumiał języka, w jakim wołali do siebie. Droga, po której biegł, skręcała teraz gwałtownie w prawo. Wiedział, że jak do niej dotrą, już go na niej nie zobaczą. Będą musieli się rozdzielić. Będzie miał za sobą najprawdopodobniej tylko jednego przeciwnika. Starał się przyspieszyć. W pewnej chwili przewrócił się, potykając się o wystający z trawy kamień. Przekoziołkował kilka razy. Jego ubranie przesiąkało wodą. Czuł przyklejające się do ciała błoto. Pozbierał się szybko. Próbował równo oddychać. Trzymał nerwy na wodzy, starając się nie spoglądać za siebie. Biegnąc, zastanawiał się, dokąd ma się skierować. Pomyślał, że najlepiej będzie wydostać się z powrotem na drogę. Zatrzymać jakiś samochód i zmusić kogoś, by go zabrał. Zanim któryś ze ścigających zabije kolejną osobę, muszą odjechać. Jeśli będzie miał szczęście, kręta droga ukryje fakt, że ucieka samochodem. Nim się zorientują, upłynie prawdopodobnie sporo czasu, który pozwoli mu być może uratować życie. Skręcił gwałtownie w prawo. Biegł teraz ukosem pod górę, oddalając się od miejsca, w którym ich zatrzymano. Im dalej, tym lepiej. Droga pod górę mogła dać mu kolejne metry przewagi. Biegł po stromym zboczu. Las rzednął. Poul ślizgał się po mokrym mchu, ale jego wygodne włoskie buty pomagały mu w biegu, przylegając dokładnie do stóp.
– Jeszcze kilkaset metrów... No, dalej do przodu... – szeptał do siebie, dysząc.
Nie słyszał głosów ścigających go ludzi. Strach mobilizował go.
Po chwili zobaczył skraj lasu.

poniedziałek, 1 września 2014

Fragment powieści "Kod Władzy": Rozdział 48 Książ, Polska

fot. blog.e-knapczyk.pl
Zachód słońca oglądany z  odległości kilku kilometrów od zamku wyglądał imponująco.
Marc zatrzymał samochód.
–  Spójrz w prawo – powiedział do Monik. – Cały czas skupiasz swój wzrok na mnie. – Uśmiechnął się. – Zobacz, jakie cuda.
Monik odwróciła głowę i zaparło jej dech.
–  Jestem oczarowana... co za widok!
–  Zgadzam się. To niesamowite.
Purpurowe niebo rozpościerało się nad zamkiem. Stali wpatrzeni w panoramę miejsca, które, jak się okazało, fascynowało nie tylko swoją historią.

 Marc?
– Tak?
–  Dzwoniłeś do Czochy?
–  Tak, dzwoniłem.
–  I co? Nie ma ich?
– Nie. Zamilkli oboje. Marc zastanawiał się, jak  ją pocieszyć. Nic nie przychodziło mu do głowy.
– Posłuchaj, poszukiwacze skarbów czasem zapadają się niespodziewanie pod ziemię. Historia złota nie tylko zapełnia zakurzone księgi niejednej biblioteki, ale miesza się ze współczesnością. Znasz historię złota z Fortu Knox? –  próbował ją zaciekawić.
–  Nie, a przynajmniej nic pasjonującego nie przychodzi mi do głowy. Możesz mi opowiedzieć? –  zaciekawiła się.
–  Wobec tego posłuchaj. –  Marc ucieszył się zainteresowaniem Monik. –  Kiedy hiszpańscy konkwistadorzy wyruszali za Atlantyk w poszukiwaniu legendarnych miast ze złota, wiedzieli doskonale, że jeśli im się uda, staną się nie tylko sławni z  powodu swojego odkrycia, ale  również czeka ich ogromne bogactwo. Dziś złote miasta również istnieją. Głęboko pod ziemią, w  bunkrach o  ścianach grubości jednego metra znajdują się hale o  powierzchni większej niż kilka połączonych ze sobą boisk do piłki nożnej. Wewnątrz, na grubych szpaltach, aż  po  sam sufit, ułożone są jedna na  drugiej sztaby złota. Te złote miasta znaleźć można w kilku miejscach na Ziemi. Położenie niektórych z nich jest jawne, o istnieniu innych wie jedynie grupa wybranych osób. Gdy dociekliwy badacz przyjrzy się bliżej tematyce złota, zauważy, że chociaż upłynęło blisko pół milenium od czasów, gdy  konkwistadorzy przemierzali amazońską dżunglę, o ten cenny kruszec wciąż prowadzi się wojny, kłamie, oskarża i  zabija. Walka ta jest poważną grą, w  której udział biorą rządy najpotężniejszych państw świata, ich służby specjalne, media, banki i korporacje. A także ukryte przed światem grupy wpływu.
Monik zamyśliła się. Dotąd była pewna, że  poszukiwacze
skarbów to jedynie wymysł filmowców, ewentualnie zajęcie lu-
dzi z innych epok.
–  Pocieszyłeś mnie trochę. Mam nadzieję, że  naszej parze
rzeczywiście nic się nie stało i szukają teraz kolejnych niezwykłych miejsc, może nawet zaginionego złota. – Zamilkła na moment. – Marc, powiedz mi, co robimy dalej? Masz jakiś plan?
Zastanowił się przez chwilę.
–  Nie będziemy tam wracać. Tutaj również nie zostaniemy.
Jestem trochę zmęczony i ty pewnie też. Przez tydzień nic tu nie załatwimy. Nie będziemy wracać do  redakcji. Rozmawiałem z naczelnym. Docenia naszą pracę, na szczęście. – Uśmiechnął się. – Mamy polecenie odpocząć i, jak nam się uda, drążyć temat dalej. Wracamy na Mazury. Nie dokończyliśmy tam naszej misji, dla której tu przyjechaliśmy. Jedziemy do chaty Kajetana. Poul też tam przyjedzie, a może nawet już tam jest.
Monik poprawiła opadające na czoło włosy.
–  Masz rację, a  pomysł bardzo mi się podoba. Wracajmy.
Przenocujemy gdzieś po drodze. Bardzo mi tylko żal, że nasi znajomi tropiciele skarbów gdzieś zaginęli, wiesz?
–  Wiem, mnie również żal.
Marc pocałował ją. Samochód ruszył. Skierowali się na drogę do Wrocławia. Nie zdołali jednak do niego dotrzeć. Miejsce jakie wybrali na nocleg okazało się niezwykłe. Biała fasada pałacu w Kraskowie, opleciona roślinnością i przepiękny park, tworzyły atmosferę przepychu, ale  równocześnie odczuwalnej gościnności, która zachęcała, by wejść do środka. Nocowanie w zwyczajnych hotelach wydało im się nudne, zwłaszcza po urokach ostatnio odwiedzanych zamków. Zapragnęli pozostać w  atmosferze historycznej tajemniczości. Równie miłe zaskoczenie czekało Marca i Monik po otworzeniu drzwi do apartamentu. Złożony z  ogromnego salonu i  mniejszej sypialni, zaskakiwał pięknie urządzonym wnętrzem, pełnym gustownych mebli. Uwagę przykuwał fortepian, który, jak się później okazało, służył nie tylko ozdobie. Klimat tego miejsca był starannie przemyślany –  drewniane drzwi do  łazienki przywiezione z  dalekiej Balii,
ozdobione były złotem...
Ta atmosfera sielanki, elegancji i gościnności była dla nich jak  antidotum na  wydarzenia ostatnich dni. Chłonęli piękno wnętrza. Spłynął na  nich spokój i  poczucie bezpieczeństwa – mieli czas tylko dla siebie.
Kiedy obudzili się rano, dobiegł ich dźwięk fortepianu – ktoś grał w apartamencie obok.
–  To chyba Chopin – zauważyła Monik.
–  Chyba tak – odparł Marc. – Będzie mi żal stąd odjeżdżać.
– Spojrzał na Monik. – Mam wrażenie, że tobie również.
Uśmiechnęła się do niego.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Fragment powieści "Kod Władzy": Rozdział Rozdział 47 Watykan



Kardynał Carrasoni otworzył drzwi do pokoju swojego sekretarza. We wnętrzu panował półmrok. Na łóżku leżał młody mężczyzna. Poranne słońce przedostawało się przez przysłonięte grubymi storami okno.
– Wstań Claudio – powiedział kardynał do śpiącego mężczyzny. – Wstań, jesteś mi potrzebny.
Zbudzony poderwał się z łóżka. Spojrzał na zegarek. Dochodziła piąta.
– Już, już wstaję. Włożę tylko szlafrok. Czy może mam się ubrać?
– Nie Claudio, nałóż coś na siebie i przyjdź do mnie.
– Dobrze, już idę.
Kardynał wyszedł z pokoju. Chłopak ubrał szlafrok, pantofle i wszedł na chwilę do łazienki. Przemył twarz i wytarł ją ręcznikiem. Szybko przemierzył odległość dzielącą go od gabinetu kardynała. Zastał go za biurkiem.
– Jestem. Co mam zrobić?
– Połącz mnie z Poulem – odezwał się kardynał. – Powinien mieć przy sobie telefon. Szukałem jego numeru, ale na próżno.
– Jest dosyć wcześnie. Mam nadzieję, że będzie uchwytny.
Chłopak wyszedł z pokoju.
Po chwili na biurku kardynała zadzwonił telefon.
– Łączę z Poulem. Na szczęście odebrał, jest na linii – oznajmił Claudio.
– Dziękuję ci.
W słuchawce zapanowała krótka cisza.
– Poul? Jesteś tam? – zapytał kardynał.
– Jestem, Wasza Eminencjo.
– Gdzie konkretnie jesteś?
– W Polsce, na drodze ze Szczecina do Gdańska, w przydrożnym hotelu. Wracam do przyjaciela kardynała Romanazziego. Powinienem dojechać dzisiaj po południu na miejsce.
Czy coś się stało?
– Powiedz mi, czy coś wykryłeś? – zapytał krótko kardynał.
– Musiałbym dużo opowiadać, ale jestem pewien, że dzieje się coś złego. Istnieje grupa osób, być może są ich dziesiątki, która wpływa na zdarzenia polityczne.
– Czy wiadomo dlaczego? – przerwał mu kardynał.
– Myślę, że ich głównym celem jest stworzenie systemu wpływu politycznego i gospodarczego. I coś jeszcze...
– Co?
– Ta ich działalność ma również, a może przede wszystkim, za zadanie zniszczenie, a przynajmniej osłabienie pozycji Kościoła. Mam wrażenie, że to, co dzieje się w polskim Kościele, jest elementem tej gry.
– Tak... – zadumał się kardynał.
– Muszę jeszcze dodać, że znalazłem też bardzo silne związki z wydarzeniami, jakie kierowały Europą w czasie drugiej wojny światowej. To wszystko jest dziwne, ale bardzo logiczne. Kardynał przerwał rozmowę. Zamyślił się znowu.
– Halo... – usłyszał w słuchawce.
– Jestem – odpowiedział. – Zaczyna pojawiać się coraz więcej problemów. Myślę, że są ludzie, którzy właśnie teraz się uaktywnili. W Watykanie toczy się walka pomiędzy poszczególnymi frakcjami, a wielu hierarchów usiłuje wpłynąć na postępowanie papieża. On sam chciałby, aby Kościół skupił się na głoszeniu ewangelicznego orędzia i został pozbawiony zbyt wielu struktur, co spotyka się z dużym oporem ze strony hierarchów. Podam ci kilka przykładów: między innymi sprzeciw francuskich biskupów wobec powrotu przedsoborowej liturgii po łacinie, powstrzymanie reorganizacji Kurii Rzymskiej w celu zmniejszenia liczby urzędów i ograniczenia wydatków, zablokowanie wymiany nuncjuszy apostolskich w najważniejszych stolicach, zepchnięcie na margines przedstawicieli Opus Dei. To wszystko bardzo mnie niepokoi dlatego, że łączy się w całość. Wspominam ci o tym, bo chcę, byś wiedział, na jakie powiązania zwrócić szczególną uwagę. Wszak ktoś z zewnątrz może inspirować całe to zamieszanie.
– Rozumiem. Co mogę zrobić
– Postaraj się rozsądnie kontynuować twoje zadanie. I uwa-
żaj na siebie. Niech cię Bóg prowadzi.
– Bóg zapłać.
Kardynał odłożył słuchawkę.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Fragment powieści "Kod Władzy": Rozdział 46 Zamek Książ, Polska

Siedzieli, odpoczywając pod parasolem. Obok nich przechodzili zarówno prawdziwi pasjonaci historii, jak również ci, których trochę na siłę wsadzono w wycieczkowy autobus. Większość z nich skupiała się raczej na kioskach z pamiątkami niż na imponującej architekturze. Serki, baloniki, drewniane zabawki, a czasem plastikowe pistolety. Odpustowi czarodzieje kształtowali gusta najmłodszych pokoleń. Monik rozglądała się uważnie dookoła. Spoglądała na przechodzących ludzi, szukając wzrokiem zaginionego małżeństwa Amerykanów.

– Wiesz, nigdzie ich nie widzę. Miałam nadzieję, że tu ich
spotkamy.
– Dzień się jeszcze nie skończył – pocieszył ją.
 
Sam jednak nie bardzo w to wierzył. Doświadczenia ostatnich kilku dni przekonywały go raczej do wiary w spiskową teorię dziejów. Do stolika podeszła młoda, ładna dziewczyna. Za nią ubrany w strój zamkowego przewodnika, z odznaką na piersi, kroczył niewysoki, siwiutki staruszek. Szczupły, trochę zgarbiony, o poczciwym wyrazie twarzy.

Dziewczyna uśmiechnęła się do Marca.

– To jest pan Jan. Nasz najlepszy, a także najmilszy przewodnik. Równie dobrze opowiada o zamku, jak i przywołuje dowcipy. A co zapewne ważne dla państwa, pan Jan znakomicie zna język niemiecki. Monik i Marc wstali z miejsca. Przywitali się z mężczyzną. Marc podziękował dziewczynie raz jeszcze. Zmobilizowani przez staruszka, natychmiast ruszyli na zamek. Przechodzili z komnaty do komnaty. Zamek był zbudowany z rozmachem, ale widać było, że historia go nie oszczędzała. Wiele pustych pomieszczeń swoją atrakcyjność zawdzięczało bardziej inwencji i umiejętnościom pracowników niż pozostałościom po świetnych czasach.

– A teraz obiecana atrakcja – zwrócił się do nich przewodnik. – Wejdziemy tam, gdzie nikt nie chodzi. Na wieżę. Tylko mnie nie zdradźcie. – Uśmiechnął się, mrugając okiem.
– Wspaniale – powiedziała Monik.
Weszli na górne piętra pałacu. Wyglądały, jakby były w remoncie. Wspięli się na samą górę. Krętymi schodami dotarli na wieżę. Rozpościerał się z niej piękny widok na zieloną, pagórkowatą okolicę.
– Panie Janie, chciałem się zrewanżować za to, że pozwolił nam pan tu wejść. – Marc włożył w rękę staruszka zwitek banknotów.
Ten spojrzał na ich nominały i uśmiechnął się pod nosem.
– Miałbym prośbę – kontynuował Marc, chwytając przyjacielsko przewodnika za rękę. – Czy mógłby nam pan opowiedzieć o czasach wojny? O tym, co robili tu Niemcy przed wojną i później. Słyszeliśmy, że to ciekawa historia. Staruszek podrapał się po głowie.
– A... to was interesuje... – Pokiwał głową. – No, oryginalni to nie jesteście. Tu co drugi pyta o tych hitlerowców.
– Skoro tak, to i my chętnie wysłuchamy wszystkiego, co zechce nam pan opowiedzieć – powiedziała Monik. Staruszek wyjął z kieszeni wymiętą paczkę papierosów. Z drugiej kieszeni wysupłał szklaną fifkę. Oderwał filtr, włożył papieros w rurkę. Marc wyjął zapalniczkę, którą zawsze nosił przy sobie. Podpalił mu papierosa. Przewodnik oparł się o mur służący za balustradę.
– Najciekawszy okres zaczął się w roku 1943. Po wysiedleniu dotychczasowych mieszkańców Organizacja Todt pod nadzorem Głównego Urzędu Administracyjno-Gospodarczego SS przystąpiła do prac budowlanych. Polegały one głównie na przystosowaniu wnętrza zamku do potrzeb wojska. W tym samym czasie więźniowie obozu koncentracyjnego Gross-Rosen, którego filię założono na terenie pałacu, drążyli tunele pod zamkiem. Prace te miały związek z budową podziemnego kompleksu o nazwie Riese. Mówiło się również o zmianie przeznaczenia zamku. Albert Speer i Nicholaus von Below wspominali, że Książ miał stać się kolejną kwaterą Hitlera. Pod koniec wojny wszelkie prace przerwano, a więźniów pracujących przy budowie zlikwidowano. Nie ma jednak jakichkolwiek informacji o tym, co stało się z kilkoma tysiącami ludzi drążących tunele.
– Nie można się było niczego dowiedzieć? – zapytała Monik.
– Świadkowie wspominają, że budowana w tym miejscu kwatera dla przywódcy III Rzeszy miała zapewniać nie tylko schronienie przed nalotami, ale i przed nową, tajemniczą, niezwykle niszczycielską bronią. Podobno na dziedzińcu planowano montaż windy dla samochodów oraz doprowadzenie linii kolejowej bezpośrednio do zamku. Rzekomo miała ona prowadzić w głąb góry. Interesujące jest, że po wojnie nie spenetrowano podziemi, nie zbadano także miejsc, o których wspominali świadkowie, a szyb na dziedzińcu zasypano. Tak na dobrą sprawę do końca nie jest pewne, czy Książ miał się stać kolejną kwaterą Hitlera czy może obiekt miał mieć zupełnie inne przeznaczenie. Ale wiele przemawia za tym, że miała to być kwatera wodza. Jeżeli to prawda, to byłaby najpiękniejsza ze wszystkich.
– Trudno się z panem nie zgodzić. To przepiękny, imponujący swoją wielkością obiekt. Robi wrażenie – wtrącił Marc.
– O samych podziemiach wiadomo tylko tyle, że przed wejściem głównym powstał szyb o głębokości pięćdziesięciu metrów i szerokości sześciu metrów. System korytarzy miał mieć łączną długość około dziewięciuset pięćdziesięciu metrów, a prowadzić doń miały cztery wejścia.
– A w którym miejscu można było tam wejść? Tylko z zamku? – zapytał Marc.
– Mówi się, że wejście do tajemniczych podziemi położone jest pod górą Wilk. Znajdują się tam pozostałości z okresu budowy, to znaczy szyb wentylacyjny oraz rondo zamykające drogę dojazdową do dwóch obiektów, być może wejść do ciągów komunikacyjnych.
– To niewiarygodne – zdumiała się Monik. – Czy te korytarze były bardzo rozległe?
– Od lat słyszy się o istnieniu podziemnego tunelu kolejowego, który miałby być częścią trasy Wałbrzych – Wrocław. Niektórzy twierdzą, że w kwietniu 1945 roku ze Świebodzic odjechał tajemniczy pociąg, w skład którego wchodziły wagony z nieznaną zawartością i udał się w kierunku Wałbrzycha. Nigdy nie dotarł do miejsca przeznaczenia. Prawdopodobnie wjechał do podziemnego tunelu biegnącego do zamku.
– A co się stało z tym tunelem? – zapytał Marc.
– Jeżeli faktycznie istniał taki tunel, to zasypać mogli go tylko Rosjanie. Kwaterowali oni na zamku do 1950 roku, wywożąc i niszcząc to, co zostało po poprzednikach. Pozostaje jeszcze jedna kwestia – po co Sowieci mieliby zasypywać tunel? Co skłoniło ich do tego, aby go zamknąć? Być może odpowiedź na to pytanie jest prozaiczna – niektóre relacje o tajemniczym pociągu mówiły, że transport zawierał amunicję z gazami bojowymi. Czy taka zawartość transportu mogła skłonić zdobywców do zamaskowania tunelu, nie wiem, ale w tamtych czasach wszystko było możliwe. Zresztą, tunel i pociąg mogły w ogóle nie istnieć. Tak na dobrą sprawę relacji jest kilka. Niektórzy uważają, że w podziemiach znajduje się hala pełniąca rolę dworca, inni zaś, że istniały dwie linie kolejowe i dwa tunele...
– Dworca? To niezwykłe przedsięwzięcie – zdziwił się Marc.
– Dwie kobiety, które w 1947 miały po osiemnaście lat, opowiadały, że w lesie koło Świebodzic była linia kolejowa, którą zelektryfikowano już po pierwszej wojnie światowej. Trakcję zniszczyli Rosjanie tuż po wkroczeniu na te tereny. Obie kobiety zapamiętały, że w bezpośrednim sąsiedztwie torów znajdował się wjazd do tunelu.
– Panie Janie – zwrócił się do przewodnika Marc – czy, oczywiście za bardzo, ale to bardzo specjalną premią, mógłby pan nas wprowadzić do tych podziemnych budowli?
Przewodnik zatrzymał się. Spojrzał na Marca zaskoczony.
– Ja do podziemi? A cóż ja jestem? Jakiś kret – roześmiał się głośno – żebym się wpychał w tunele? Chcecie łazić po dziurach? Po co wam to? Tam nic, poza betonem, nie ma. Ja to wiem.
A co myślicie, że nie? Chodzę po tym miejscu już pół wieku.
Kupa turystów i nic więcej. I wariatów latających za skarbami.
Szkoda czasu... – Machnął ręką.
Marc zastanowił się chwilę. Potarł dłonią policzek.
– Chodzenie po jaskiniach to nasza pasja. Nie możemy ominąć takiej okazji. Każdy ma jakiegoś bzika, my mamy właśnie takiego.
Monik spoglądała na niego z szeroko otwartymi oczyma.
– Łazić po tych starych bunkrach? Wariaci... no nie wiem, czy to będzie możliwe. – Stary przewodnik marszczył czoło.
Kiwał głową.
– Panie Janie, bardzo prosimy – dołączyła Monik.
– Nie wiem, nie wiem... – zastanawiał się. – A duża ta premia? – zapytał chytrze.
Marc i Monik parsknęli śmiechem.
– No duża, duża – odpowiedział Marc.
– No, to może bym pomyślał...
Monik ujęła go przyjaźnie pod ramię. – Niech pan dobrze pomyśli, panie Janie.
– Posłuchajcie, ja to nie bardzo będę tam łaził. Za stary jestem. Ale mam zięcia, jest młodszy i on się trochę tymi historiami interesuje. Gdybyście tak jeszcze dla niego znaleźli trochę premii... –Zamilkł, spoglądając na Marca.
– Ależ znajdziemy – wyręczyła go Monik. – Jak możemy się z nim skontaktować?
Przewodnik zastanowił się. Wyjął z kieszeni wizytówkę. Podał ją kobiecie.
– Tu jest do niego telefon. Ale jego teraz nie ma. Będzie za tydzień. Jest u krewnych w Niemczech. W Bonn, wiecie gdzie?
– Wiemy – odpowiedzieli razem.
– Za tydzień, mówi pan – Marc zastanowił się – dopiero za tydzień... Dobrze panie Janie, zadzwonimy do niego za tydzień. Proszę mu o nas powiedzieć. Dobrze?
– Jasne – odpowiedział pewnie. Popatrzał na Marca błyszczącymi oczami – A co z tą premią?
Marc uśmiechnął się.
– Właśnie panie Janie. Co pan powie na piwko? Chyba dosyć już się nachodziliśmy, prawda? Zapraszam pana i omówimy tę premię. Zeszli na dolny dziedziniec. Urządzona tam była mała restauracja. Siedzieli jeszcze długo ze starym człowiekiem pamiętającym czasy, kiedy na zamku wisiały hitlerowskie flagi.

fot. skyscrapercity.com


poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Fragment powieści "Kod Władzy": Rozdział 45 Zamek Książ, Polska



Monik i Marc dotarli na zamkowy parking przed czternastą. Stało na nim kilka autobusów i kilkadziesiąt prywatnych aut. Postawili samochód w cieniu olbrzymiego kasztana. Rozejrzeli się dookoła. Na zamek prowadziła droga wznosząca się lekko w górę. Ruszyli w tym kierunku. Po chwili podeszli do otoczonej niskimi budynkami wąskiej drogi biegnącej do zagospodarowanego piękną zielenią wnętrza. Zamek Książ, nazywany po niemiecku: Fürstenstein, Vorstinburg, Vorstenberech, Wistenberch, powstał w latach 1288-1292, a wybudował go książę świdnicko-jaworski Bolek I Surowy. W czasie drugiej wojny zamek został zdewastowany. Stało się to między innymi za sprawą działań prowadzonych przez Organizację Todt, której powierzono przekształcenie obiektu w kwaterę sztabu – skuto sztukaterię, a całość została przemalowana na jeden kolor.
Marc i Monik zatrzymali się przed restauracją.
– Monik, odpocznij pod parasolem. Ja zorientuję się, jak można dostać się na zamek. Przyniosę ci coś do picia. Na co masz ochotę?
Monik spojrzała na niego z wdzięcznością. Rzeczywiście była trochę zmęczona.
– Coś orzeźwiającego. Może wodę z cytryną. 
Marc wszedł do chłodnego wnętrza i podszedł do baru. Wskazał kelnerowi miejsce, w którym siedziała Monik i poprosił o podanie jej wody z cytryną i lodem, a dla siebie zamówił zimne piwo. Wyszedł do holu. Po jego drugiej stronie znajdowała się informacja turystyczna. Podszedł do okienka. Kilka minut rozmawiał z siedzącą tam sympatyczną dziewczyną. Była studentką zarabiającą na swoje wakacje. Miła pogawędka stała się kluczem do uzyskania informacji. Wiedział już, kiedy otwierają i zamykają zamek. Ile kosztuje i jak długo trwa zwiedzanie. Co warto zobaczyć, a co szczególnie zapamiętać. A co najważniejsze – dowiedział się o istnieniu pana Jana, starego przewodnika, który za dodatkową opłatą pokazuje to, co dla przeciętnego turysty jest niedostępne.
Wrócił do Monik.
– I jak tam? – zapytała.
Uśmiechnął się do niej i skłonił dworskim gestem.
– Zabieram moją księżniczkę na niedostępną dla turystów wieżę. Będziesz jak żona Jana Henryka XV, słynna angielka Maria Teresa Olivia Cornwallis West, zwana w salonach Europy Księżną Daisy. Jesteś równie fascynująca jak była gospodyni tego miejsca.
– Ależ ty mądry jesteś, a jaki szarmancki. Zapytam tylko
nieśmiało, z jakiej to skarbnicy wiedzy czerpiesz te komplementy? – Uśmiechnęła się zadowolona.
– Z wrodzonej grzeczności i pałacowego informatora – ro-
ześmiał się. – A mój osobisty urok spowodował, że wpuszczą nas na wieżę.
– Niezły jesteś – pochwaliła go, ale zaraz zmarszczyła brwi.
– A na kogóż to działałeś z takim skutkiem swoim urokiem?
– No... – zmieszał się trochę – na pewną blond Wenus rodem z miejscowej informacji turystycznej.-
– No, no – powtórzyła po nim – proszę. Podobno każdy pan
zamku biegał od dekoltu do dekoltu.
– Może i biegał, ale rzucał się na kolana jedynie przed swą wybranką.
Wykonał zapowiedziany gest. Monik wystraszyła się.
– Ależ siadaj, przecież żartuję.
– Jesteś pewna? – zapytał głośno, rozglądając się dokoła.
Marc usiadł koło niej. Czekali na przewodnika.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Fragment powieści "Kod Władzy": Rozdział 44 Wałbrzych, Polska

Marc zatrzymał samochód na parkingu w centrum Wałbrzycha. Była dwunasta pięćdziesiąt pięć. Gdy przejeżdżali przez miasto, rozglądali się, szukając wzrokiem poczty lub budki telefonicznej. Zobaczyli ją na małym parkingu. Wysiedli z auta. Marc wziął do ręki słuchawkę telefonu. Wykręcił numer. Sygnał połączenia brzmiał w jego uchu przez chwilę.
–  Słucham – usłyszał znajomy głos.
–  Kajetan? – upewnił się.
–  Tak, witaj, co tam u was? – Ucieszył się, słysząc przyjaciela.
–  Och, długo by mówić. Mieliśmy wczoraj pasjonującą rozmowę z poznanym małżeństwem amerykańskich poszukiwaczy skarbów.
– Poszukiwaczy skarbów? –  przerwał Kajetan. –  To tacy jeszcze istnieją? – Roześmiał się. – Wydawało mi się, że ostatnim był Indiana Jones.
–  Nasi byli jednak realni – odpowiedział Marc. – Przynajmniej do pewnego momentu – poprawił się.
–  Co masz na myśli?
–  Będziesz się śmiał, być może – zasugerował Marc – ale wyobraź sobie, że nasi rozmówcy zniknęli.
–  Zniknęli? – zdziwił się Kajetan. – Jak to zniknęli?
–  To historia rodem ze wspomnianego przez ciebie Indiany
Jonesa. Nasi nowi, jakże interesujący znajomi, chcieli spędzić noc na  zamku, o  którym jedna z  legend mówi, że  z  pewnej komnaty znikali goście właścicieli. Przynajmniej ci niemile widziani.
–  Znikali? A jakim sposobem? – zdziwił się Kajetan.
–  Otóż pod łóżkiem była kilkunastometrowa przepaść, prowadząca wprost do płynącej pod ziemią rzeki. W łożu była zapadnia i goście wpadali w przepaść głowami w dół.
–  I ty myślisz – roześmiał się Kajetan – że wasi znajomi zostali poddani takiej egzekucji?
–  No właśnie... –  zmieszał się Marc. –  Mówiłem, że  będziesz się śmiał. Ale tak czy owak oni zniknęli.
– Może po  prostu wyjechali? –  starał się spoważnieć
Kajetan.
Stojąca obok Monik zaczęła kręcić się obok Marca. Starała
się przyciskać ucho do  słuchawki, by  słyszeć rozmowę mężczyzn. Przejeżdżające ulicą samochody zagłuszały ich słowa.
–  Umówiliśmy się, że pojedziemy razem do Książa, na drugi dzień po śniadaniu. Nie przyszli na spotkanie.
W słuchawce zapadło milczenie.
–  Może, wybacz, byli trochę roztargnieni, jak  na  poszukiwaczy skarbów przystało?
–  Mam wrażenie, że  dalej jesteś myślami przy wspomnianym filmie – powiedział Marc – ale najciekawsze jest to, że nikt z obsługi zamku nie potwierdził ich obecności. Tak jakby nigdy nie istnieli.
W słuchawce ponownie zapanowało dłuższe milczenie.
–  Przypuszczasz, że  było to związane z  tematem waszych rozmów?
–  Zastanawialiśmy się nad tym z Monik po drodze. Nasza rozmowa była pasjonująca. Ci ludzie nie tylko byli skarbnicą informacji o terenach, na których się znajdujemy. Istotne jest to, że wszystkie mało znane fakty lub hipotezy łączyły się w całość. Wskazywały na  istnienie supertajnej i  superrozwiniętej technicznie broni. Jest prawdopodobne, że  próby z  tą bronią odbywały się właśnie tutaj, gdzie jesteśmy. A może nawet pod nami. – Spojrzał na Monik.
Kajetan zastanowił się.
–  Trudno to nazwać skarbami – powiedział głośno. Zdanie to zabrzmiało raczej jak głośna myśl niż stwierdzenie.
– Skarby też się pojawiły –  odpowiedział Marc. –  I  to
w ogromnych ilościach. Zdaniem naszych znajomych były wywożone z tych terenów.
–  Czy według nich podziemne budowle mogą być dzisiaj wykorzystywane?
–  Nie zanegowaliśmy tej możliwości, ale  również nie potwierdziliśmy. Dlatego dzisiaj jedziemy na zamek Książ.
–  Znam to miejsce, rzeczywiście ciekawy obiekt.
–  Najgorsze jest to, że naszą rozmowę przerwaliśmy po zapewnieniu Toma, tak miał na imię, że ujawni nam coś na temat tych właśnie terenów.
–  Zawiadomiliście policję? – zapytał Kajetan.
Marc spojrzał na Monik. Ta wzruszyła ramionami.
–  Nie, dziś mija pierwszy dzień, a  jak wiesz w  pierwszym dniu nikt nie zareaguje. Mamy nadzieję, że może odnajdziemy ich dziś w okolicach, w których się umówiliśmy.
–  Pewnie masz rację. Życzę wam powodzenia. Cieszę się, że informacje, jakie pozyskaliście, są tak frapujące.
–  To prawda – potwierdził Marc. – Co u Poula?
–  Co powiedziałeś?
Przejeżdżająca ciężarówka zagłuszyła słowa Marca.
–  Pytałem, co u Poula? – powtórzył.
–  W porządku, wraca na Mazury. Jak już mówiłem, również sporo się dowiedział. Ale jest przekonany, że tego, czego szukamy, nie znajdziemy w tamtych okolicach. Jak dojedzie, będziemy na was czekali.
–  OK, w takim razie umawiamy się u ciebie. Zadzwonię jutro o tej samej porze.
– Naturalnie.
Monik wyjęła Marcowi słuchawkę z ręki.
–  Kajetan, to ja, Monik. Chciałam cię pozdrowić.
–  Czekam na was z niecierpliwością. Pilnuj całej wycieczki – zażartował.
–  Jak widzisz, jakieś złe licho podkrada mi jej uczestników
– zmartwiła się.
–  Znajdą się, nie przejmuj się – pocieszył ją. – Trzymajcie się. Do jutra.
–  Do widzenia – powiedzieli oboje naraz.
Monik odwiesiła słuchawkę. Spojrzała na Marca pytająco.
–  Jedziemy dalej.
Wsiedli do samochodu i ruszyli w kierunku zamku.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Fragment powieści "Kod Władzy": Rozdział 43 Zamek Czocha, Polska


– Dzień dobry. Mógłbym budzić się tak co rano. Wstawałbym zawsze szczęśliwy. – Monik usłyszała głos Marca.
– Jak miło to słyszeć. – Odwzajemniła uśmiech. – Musimy już wstawać. Pamiętasz, umówiliśmy się na dziesiątą przed recepcją? Mam nadzieję, że zdążymy zjeść śniadanie.
– A która godzina? – zaniepokoił się. – Długo spaliśmy?
– Dziewiąta. Pójdziesz pierwszy wziąć prysznic?
– Naturalnie, już się zbieram.
Na śniadanie zeszli dwadzieścia minut przed umówioną godziną. Zapytali kelnerkę, czy Amerykanie już jedli.
– Nie było żadnych gości – odpowiedziała. – Jedynie kilka osób z wycieczki. Zwariowali – oburzyła się – stoją pod zamkiem od ósmej. Jak oni tu dojeżdżają tak wcześnie?
Marc i Monik zdziwili się. Nie sądzili, że Amerykanie zrezygnują ze śniadania.
– Może nie jadają śniadań? – wyraziła głośno swoje zdziwienie Monik.
Sami zjedli ze smakiem, mimo że posiłki na zamku nie należały do nadzwyczajnych. Cieszyli się sobą.
Do holu wyszli kilka minut po dziesiątej. Nie było w nim jednak nikogo.
– Zobacz przed zamkiem – doradziła Monik.
Marc wyszedł na zewnątrz. Przeszedł przez most prowadzący na dziedziniec. Pusto. Rozejrzał się dookoła. Na dziedzińcu stało kilka pojazdów. Szukał samochodu z obcą rejestracją. Być może amerykańską. Nie zapytał ich wczoraj, jak poruszają się po Polsce. Podszedł do stojącego przy wyjazdowej bramie strażnika.
– Nie widział pan małżeństwa Amerykanów? Są gośćmi hotelowymi od wczoraj.
Strażnik wyglądał na zdziwionego.
– Amerykanów? Stoję tu od wczorajszego popołudnia. Miałem swój dyżur i kolegi. Córka mu się urodziła – ucieszył się – więc go zastępuję. Ale nie widziałem tu żadnych Amerykanów…
– A gości w samochodzie na niemieckich rejestracjach?
– No was widziałem i nikogo innego.
– Wie pan, ona miała takie długie rude włosy. – Marc był coraz bardziej zaniepokojony.
– Nikogo takiego nie było – powtórzył strażnik.
Marc wracał na zamek szybkim krokiem. Chciał się już znaleźć w recepcji.
W ogromnej bramie stała Monik.
– Wiesz, Marc, nie ma ich. Może zaspali?
– Właśnie. Pewnie zaspali… zapytam o numer ich pokoju.
Poszli do recepcji.
Za biurkiem siedziała czarnowłosa młoda dziewczyna.
– Dzień dobry – zwrócił się do niej Marc. – Proszę pani, szukam znajomych, małżeństwa Amerykanów. Umówiliśmy się z nimi w holu. Nie widziała ich pani?
– Nie, nikogo takiego tutaj nie było, jestem od szóstej rano. Czy mieli dzisiaj przyjechać? – zapytała.
– Ależ skądże – powiedział – są gośćmi hotelu od wczoraj. Mieli spać w komnacie z łóżkiem, z którego zrzucano ponoć gości. W dawnych czasach – dodał, widząc przerażony wzrok recepcjonistki.
– Ależ mnie pan zaskoczył.
Spojrzała na szafkę z kluczami od pokoi. Później do książki hotelowej.
– Musiał pan coś pomylić. W tym pokoju nikt nie spał. Rzadko go wynajmujemy. Nie ma wpisu w książce, a klucz wisi, o tutaj – pokazała ręką na szafkę.
– Jak to nie spał?! – odezwała się Monik. – Przecież wyraźnie mówili, że będą właśnie tam nocować.
– Może coś im nie wyszło – odparł Marc. Czuł, że jest coraz bardziej zdenerwowany. – Może pani sprawdzić, czy nie zamieszkali w innym pokoju?
– Oczywiście – odpowiedziała uprzejmie dziewczyna.
Spoglądała przez chwilę do hotelowego spisu gości.
Podniosła głowę i spojrzała na nich.
– Przykro mi bardzo, ale poza państwem nie mam wpisanej żadnej pary.
– Czy to możliwe, by spali, nie meldując się w recepcji? – zapytał Marc.
– Nie, to niemożliwe. Takie mamy procedury, a niedawno mieliśmy kontrolę, to tym bardziej…
Marc z Monik zamilkli zaskoczeni. Nie wiedzieli, co powiedzieć. Marc ocknął się pierwszy.
– Bardzo panią przepraszam, ale czy mogłaby pani zajrzeć do tego pokoju? Niepokoimy się – sięgnął do kieszeni po jakiś banknot.
– Ależ nie trzeba – zmieszała się – zaraz zobaczę.
Zniknęła, zabierając klucz.
Wyszli do holu. Przechadzali się nerwowo, czekając na recepcjonistkę.
Po chwili dziewczyna wróciła.
– Proszę pana… W tym pokoju nikt nie spał tej nocy. W razie czego jestem do państwa dyspozycji w recepcji.
Zostawiła ich samych.
Monik i Marc usiedli na kamiennej ławie w holu. Byli zaszokowani. Czyżby oboje przeżyli fatamorganę? Osoby, z którymi wczoraj rozmawiali, zniknęły. Zniknęły w tym samym pokoju, z którego znikali niechciani goście.
Spoglądali na siebie z niedowierzaniem. Mieli wierzyć w taką wersję wydarzeń? Przekonać siebie, że ich nowi przyjaciele zostali zamordowani? W tak ponurych okolicznościach? Ale rzeczywistość nie pozostawiała złudzeń, ktoś celowo ukrywał od wczorajszego południa obecność Amerykanów na zamku. Nie figurowali w księdze meldunkowej. Nikt ich nie widział. Nie jedli w zamkowej restauracji, nie spali w żadnej z komnat. Czy faktycznie tak było? Jedno było pewne: nikt nie chciał potwierdzić ich obecności. Panowała zmowa milczenia.
– Czy to wszystko, co się dzieje, jest możliwe? – zapytała Monik z niepokojem,
– Od czasu, kiedy Kubrick nakręcił lądowanie na Księżycu w studio i cały świat w to uwierzył, wszystko jest możliwe.
– No tak, ale sam wiesz, że prawie cała jego ekipa, z którą to zrobił, niedługo po tym przestała chodzić po ziemi, a on sam zamknął się na ranczo, z którego nigdy nie wyszedł. Chyba nie grozi nam to, co jego ludziom…?
– Hm… z tego, co nam się przytrafia, można by wyciągnąć taki wniosek: albo strzelają do nas, albo znikają nasi rozmówcy. Może powinniśmy się zastanowić, czy nie zająć się czymś mniej ambitnym?
– Żartujesz, prawda? – rzuciła Monik.
– Od czasu, gdy jesteś ze mną, jestem przekonany, że nie każde ryzyko warto podjąć.
– Miło, że tak mówisz, ale za nic nie chciałabym rezygnować z naszych poszukiwań.
Monik uspokoiła się. Nie chciała, by Marc rezygnował z jej powodu z tak niezwykłego tematu.
– I co teraz zrobimy? – zapytała.
– Przede wszystkim zadzwonimy o trzynastej do Kajetana. Musimy się z nim naradzić. Poza tym jestem ciekawy, co u Poula. I dokąd teraz poprowadzi go droga wspólnej misji. Skoro Kajetan zgodził się pełnić rolę dowódcy naszego skromnego oddziału śledczego, bądźmy konsekwentni. Przejdźmy się teraz dookoła zamku, mamy jeszcze dwie godziny. Może coś wypatrzymy… Mam nadzieję, że pojedziemy do Książa. Może tam znajdziemy Toma i Sally. Nie daje mi spokoju ich zniknięcie.
– To bardzo dziwne…
– Masz rację. Ale nie wiem, czy to my uwikłaliśmy ich w naszą historię czy oni nas w swoją. Jedno jest pewne: po tym, co usłyszeliśmy w Wewelsburgu, zaczynam wierzyć w to, że ktoś programuje zdarzenia. Nie jestem naiwny i w naszym zawodzie dosyć jest dowodów, iż wydarzenia, które wydają się przypadkowe, wcale takimi nie są. Ale co innego opisywać je i oceniać, a co innego stanąć w samym środku tornada, które może nas zmieść.
Marc zauważył na jej twarzy niepokój.
– Nie martw się. Jesteśmy razem. Na wszelki wypadek spakujemy rzeczy. Pojedziemy do Książa. Zawsze możemy tu wrócić, ale bagaże lepiej mieć ze sobą.
– Marc, nie sądzisz, że powinniśmy zawiadomić policję, że oni zniknęli?
Zastanawiał się. Rozważał argumenty.
– Myślę, że, być może wbrew logice, powinniśmy się wstrzymać. Również dlatego, że nie szuka się kogoś w pierwszym dniu jego zniknięcia. Tak podpowiada mi intuicja i tak chyba będzie najsensowniej, nie sądzisz?
– Zapewne masz rację. Szczególnie z tym pierwszym dniem. A może wyjechali wcześnie rano? – pocieszyła się.
Ostatnia myśl wyraźnie ją ożywiła i wprawiła w dobry humor.
– Chodź, wszystko będzie dobrze. Znajdą się.
Przeszli przez górny dziedziniec. Zamek położony był wśród pól i łąk.
Spokojna rzeka obejmowała go z dwóch stron, płynąc niespiesznie. Była jedynym świadkiem zdarzeń, które odchodziły w czeluście historii.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Fragment powieści "Kod Władzy": Rozdział 42 Zamek Czocha, Polska

– Czy możecie nam coś więcej opowiedzieć o tych niezwykłych sprawach? – zapytał Marc.
– Wiemy, że właśnie w tych stronach Niemcy zaczęli budować coś, co nazwano Olbrzymem. Sally roześmiała się głośno. Spojrzała na Marca i Monik
z sympatią.
– Nawet nie wiecie, ile przyjemności sprawicie Tomowi, po-
zwalając mu podzielić się z wami swoją wiedzą. Mój Tom – po-
gładziła jego rękę – to pasjonat. Jego fascynacje trwają od lat
i przyznam, zachorowałam na chorobę zwaną pasją Toma
do rzeczy niezwykłych i tajemniczych. Czy uważasz kochanie,
że możemy uchylić im rąbka tajemnicy? – zażartowała.
Tom poruszył się na swoim krześle.
– Kochani, praca badacza i naukowca zaczyna nabierać
prawdziwego sensu, gdy jej efekty poznaje ktoś inny niż sam
naukowiec. Chętnie podzielę się swoją wiedzą na temat skry-
wanych i odkrywanych latami uroków i tajemnic tych stron.
Muszę jednak zastrzec, byście mieli świadomość, że za każdą
z tych historii kryją się tysiące ludzkich istnień. Strażnicy tajemnic nie dopuszczali nikogo do siebie i uśmiercali realiza-
torów swych niejednokrotnie fantastycznych koncepcji. O tej
stronie rzeczywistości w pogoni za sensacją często się zapomi-
na. A tak naprawdę najpotężniejsze umysły nie dokonałyby ni-
czego, bez tysięcy bezimiennych wykonawców tych wizji.
Wszyscy spojrzeli na Toma.
Sprawa, o której powiedział, pobudziła ich wyobraźnię. Mieli
przed oczyma znane z historii sceny poruszających się w upa-
le Afryki budowniczych piramid, tysiące darowanych bogom
mieszkańców Ameryki Południowej czy w końcu miliony za-
mkniętych w obozach Europy i Azji, zmuszonych do nadludz-
kich poświęceń ludzi.
Zadumali się.
Tom odezwał się po chwili.
– Do dziś badacze spierają się co do terminu rozpoczęcia
prac nad Olbrzymem. Niektórzy mówią o roku 1938, jednak
oficjalnie przyjmuje się, że stało się to cztery lata później.
Gdy w 1943 roku RAF zbombardował niemiecki ośrodek
badawczy, zajmujący się bronią rakietową w Peenemün-
de na wyspie Uznam, Hitler zwołał naradę w tej sprawie.
Jednak dużo wcześniej polecił przenieść produkcję broni
specjalnych pod ziemię. Opracowano bezprecedensowy program budowy kilkudziesięciu gigantycznych obiektów
we wnętrzu gór. Nad całością czuwał Albert Speer, mini-
ster do spraw uzbrojenia i przemysłu wojennego III Rzeszy
oraz główny architekt kraju.
– Czy wiesz, jaka była skala prowadzonych prac na tym
obszarze? – zapytała Monik.
– Tylko w Górach Sowich powstało siedem ogromnych
kompleksów. Także pod zamkiem w Książu, który jest jednym
z największych zabytków Europy, wydrążono dwupoziomowy
system chodników. To właśnie tam Hitler planował ulokować
swoją kwaterę, do której – jak uważają niektórzy – miały być
w podziemnym tunelu poprowadzone tory kolejowe. Prawdo-
podobnie system podziemnej kolei miał objąć również sztol-
nie znajdujące się w Górach Sowich, a całość miała zostać
skomunikowana, również pod ziemią, z położonym w pobliżu
Książa dworcem. Równocześnie Niemcy budowali podziemne
chodniki w innych rejonach Sudetów – w okolicach Kamiennej
Góry, tutaj, niedaleko zamku, na którym jesteśmy, w pobliżu
Wielisławki i w Górze Ryszarda w Bolkowie. Ogromne, ukryte
pod górami hale, były budowane w taki sposób, aby w każdej
chwili dało się zamaskować wejścia do nich. W betonowych
wartowniach czuwali strażnicy. W niektórych ośrodkach bar-
dzo szybko zaczęły funkcjonować fabryki zbrojeniowe, nato-
miast budowy innych nie udało się przed zakończeniem wojny
sfinalizować. Przeznaczenie niektórych obiektów do dziś pozo-
staje tajemnicą – odpowiedział Tom.
Marc zachęcił wszystkich do wypicia kilku łyków piwa.
Uczynili to z przyjemnością.
– To niezwykłe, co powiedziałeś – zwrócił się do Toma.
250– Najbardziej fantastyczne hipotezy mówią, że we wspo-
mnianych przeze mnie miejscach trwały prace nad cudownymi
broniami Hitlera, w tym nad startującymi pionowo spodkami.
Nie wiadomo, czy te sztolnie zostały wykorzystane do ukrycia
dóbr kultury.
– Ale skąd wiadomo, że mogło chodzić o skarby? – zapytała
Monik.
Tom odstawił pustą już szklankę na stolik.
– Akcję ukrywania dzieł sztuki rozpoczęto w 1942 roku.
Günther Grundmann, konserwator zabytków na Dolnym Ślą-
sku, rozesłał do prywatnych kolekcjonerów pismo, w którym
proponował pomoc w zabezpieczeniu ich zbiorów przed Ro-
sjanami. Z około dwustu pięćdziesięciu osób odpowiedziało
mu sto sześćdziesiąt jeden. Podstawowym zadaniem Grund-
manna było jednak zabezpieczenie dzieł sztuki pochodzących
z kościołów, muzeów i klasztorów. Skarby przechowywane były
głównie w podziemiach dolnośląskich rezydencji.
– Skoro tak, to ktoś musiał wiedzieć, gdzie mogą znajdować
się miejsca nadające się do ukrycia nie najmniejszych przed-
miotów? – zainteresował się Marc.
– W 1936 roku w III Rzeszy zarządzono inwentaryza-
cję naturalnych jaskiń. Dokumenty z inwentaryzacji prze-
prowadzonej na terenie Dolnego Śląska dziwnym trafem są
niedostępne.
– Czy jest jakiś dowód na istnienie skarbu? – zapytała
Monik.
– Z relacji świadków wynika – odpowiedział Tom
– że Grundmann przyjaźnił się z Gustavem Knauerem, wła-
ścicielem firmy spedycyjnej zajmującej się głównie przewozem
251mebli. To właśnie jemu powierzył wywiezienie dzieł sztuki
z Wrocławia. Z dokumentów wynika, że zorganizowano dwie-
ście siedem transportów. Co ciekawe, ilość wywiezionych dóbr
firma przeliczała na... metry bieżące wozu. W tym wypadku
wykazano dwa tysiące metrów. Tymczasem Polacy odnaleźli
tylko tysiąc metrów, czyli o połowę mniej. Tak więc kilome-
tra skarbów ciągle brakuje. Co roku zarówno podziemia Gór
Sowich, jak i inne zagadkowe miejsca Sudetów są odwiedza-
ne przez licznych eksploratorów. Wśród nich krążą opowieści o znajdowanych od czasu do czasu skarbach. Miejscem, o któ-
rym mówi się najwięcej, jest tak zwana Szczelina Jeleniogór-
ska. Świadkowie twierdzą, że w zamaskowanym tunelu odkry-
to gigantyczne bogactwa, a w podziemiach stały niemieckie
samochody.
– Ale historia! – nie kryła zaskoczenia Monik. – Aż mi ciar-
ki przechodzą po plecach na samą myśl. Zwłaszcza gdy siedzę
w tym zamczysku. – Rozejrzała się dookoła.
Tom popatrzył na siedzących przy stoliku. Wszyscy byli za-
dumani i wsłuchani w jego opowieść.
– Może jeszcze napijemy się piwa? – zapytał, starając się
nieco rozluźnić atmosferę.
Marc ocknął się.
– Świetny pomysł, pozwolicie, że sam pójdę, będzie szyb-
ciej. – Uśmiechnął się. – Nie chciałbym przerywać na zbyt dłu-
go tej pasjonującej relacji. Wszyscy pijemy, prawda?
Skinęli głowami.
Marc zniknął w bramie prowadzącej do baru. Po kilku mi-
nutach, wyręczając kelnera, zjawił się z powrotem. Przezornie
kupił po dwie butelki dla każdej z osób.
252– Nie będziemy sobie przerywać – wytłumaczył się, stawia-
jąc je na stoliku.
– Nie jest złe to piwko – wsparła go Sally.
Marc odłożył tacę na sąsiedni, pusty stolik. Zaczął rozlewać
piwo, zaczynając od Sally. Po chwili usiadł z powrotem na swo-
im miejscu.
– Słuchamy cię dalej – zwrócił się do Toma.
– OK, już mówię dalej. – Tom był zadowol

znajdując
tak zaangażowanych słuchaczy. – Najwięcej znaków zapytania
wiąże się z podziemnymi kompleksami drążonymi w górach
podczas drugiej wojny światowej w ramach akcji Riese. Do tej
pory nie udało się odkryć przeznaczenia tych obiektów. Aż
trudno uwierzyć, że cel tak olbrzymiej inwestycji, obejmującej
kilometry korytarzy wykuwanych dzień po dniu przez rzeszę
więźniów, pochłaniającej gigantyczne środki, do tej pory jest
nieznany.
– Myślisz, że przygotowano jakieś centrum zarządzania,
skoro miała być tutaj kwatera Hitlera? – zapytała Monik, spo-
glądając dyskretnie na Marca.
– W 1944 roku Hitler wydał rozkaz budowy dwóch pod-
ziemnych kwater. Miały one powstać w górach na Śląsku
i w Turyngii. Wspomina o tym w swoich wspomnieniach Al-
bert Speer, architekt i minister w rządzie III Rzeszy. Z zapisków
tych jednak trudno wywnioskować, czy pisząc o Śląsku, ma on
na myśli Olbrzyma. Przecież podobnych budowli jak te z Gór
Sowich na tym terenie było więcej. Speer wspomina, że nie-
które podziemne korytarze były tak szerokie, że można było
poruszać się w nich samochodem. Nie ma odpowiedzi na py-
tanie, czy wspominany obiekt, powstający przy gigantycznym
253nakładzie środków i wymagający udziału licznych specjalistów,
mógł powstawać wyłącznie jako kolejna kwatera Hitlera. Osta-
tecznie regularne systemy schronów istniały w Kętrzynie, Ber-
linie, Obersalzburgu, Monachium, w pobliżu Nauhaim i nad
Sommą. – Tom zamilkł na moment, by nabrać oddechu.




Na dziedzińcu panował przyjemny chłód.
Zimne piwo dodatkowo poprawiało wszystkim samopoczu-
cie. Tom sięgnął po szklankę ze złocistym płynem.
Od pewnego czasu Marc miał wrażenie, że ktoś przypatruje
się czwórce rozmawiających ze sobą na dziedzińcu osób, czuł
na plecach czyjś wzrok. Zaczął ostrożnie rozglądać się dookoła.
Było to trudne, gdyż z dwóch stron dziedziniec otaczały
mury mieszkalnej części zamku z licznymi oknami. W trze-
ciej części mieściła się kawiarnia, a ostatni bok kwadratowego
dziedzińca zamykał wysoki mur z podwieszonymi schodami
prowadzącymi do baszty. Baszta była miejscem, w którym tor-
turowano i uśmiercano gości zamku uznanych za niegodnych
goszczenia w wytwornych komnatach. Pozostałością po tym
szczególnym procederze były przykute do ścian łańcuchy
w najwyższym miejscu wieży, do których przymocowywano
skazańca, wieszając go nad kilkunastometrową czeluścią.
Marc był pewien, że ktoś nie spuszcza ich z oka, jednak nie
dostrzegł nikogo. Przypomniawszy sobie zdarzenie, jakie za-
szło przed chatą Kajetana, jeszcze raz nerwowo spojrzał do-
okoła. Szukał ewentualnej drogi ucieczki, gdyby historia miała
się powtórzyć.
– Jeżeli pozwolicie, dodam jeszcze kilka słów – odezwała
się Sally, przysuwając się do stolika. – Jak już powiedziałam,
Tom zaraził mnie swoją pasją. Początkowo przyglądałam się
254jego hobby z dystansem, ale z czasem, może dlatego, że wiązało
się to z ciągłymi podróżami, zaczęłam myśleć podobnie jak on.
„Wcale ci się nie dziwię” – pomyślała Monik.
– Poszukiwania rozwiązania tajemnicy skarbów III Rzeszy
zawiodły nas daleko poza pragnienie odnalezienia złota, dzieł
sztuki i innych drogocennych przedmiotów. Wiążą się one za-
równo z nimi, ale i z nieprawdopodobnymi technologiami, wy-
kraczają daleko poza granice dawnych Niemiec i Europy. Dzia-
łalność prominentnych osób tamtego okresu wiedzie w różne
strony świata i o tym również wypada wspomnieć.
Sally przełknęła kilka łyków piwa. Spoważniała. Skupiona,
kontynuowała opowieść męża.
– Kluczem do tajemnicy jest legendarne Shangri-La, zna-
ne też pod nazwą Shambala, które miało być podziemnym
miastem „bogów”, przybyłych z niebios, by przekazać miesz-
kańcom Ziemi część swojej wiedzy. Nie byli oni widać tak
zazdrośni jak bogowie olimpijscy, którzy za to samo skazali
Prometeusza na wieczną karę. Być może słyszeliście o tym,
że Adolf Hitler był związany z niemieckim, mistycznym towa-
rzystwem Thule. Jego członkowie w zasadzie niedługo po tym
jak NSDAP doszło do władzy, z inicjatywy Heinricha Himm-
lera, zajęli się organizacją ekspedycji, której celem było od-
nalezienie śladów miasta. Jedna z wypraw pod dowództwem
wysokiego oficera SS, doktora Ernsta Schaefera z Deutsches
Ahnenerbe udała się do Tybetu. Podobne ekspedycje prowa-
dzone były również na Bliskim Wschodzie oraz w Ameryce
Południowej.
– Czy to Hitler zlecił prowadzenie tych badań? – zaintere-
sował się Marc.
255– Poszukiwania były prowadzone z inicjatywy Heinricha
Himmlera. Z pewnością wiele starożytnych ksiąg nadal pozo-
staje ukrytych w górskich jaskiniach.
– Czy to możliwe? – spytała Monik.
– Wszystko wskazuje na to, że tak. Przykładem niech będzie
starożytne dzieło Vimaanika Shastra. Wiele wskazuje na to,
że zawiera ono opis budowy pozaziemskich maszyn latających.
Angielskie tłumaczenie tego tekstu pojawiło się jeszcze przed
rozpoczęciem niemieckich poszukiwań w Tybecie. Liczne opi-
sy, jakie zawiera ta księga, nadal pozostają niezrozumiałe, lecz
być może Niemcom udało się odkryć ich faktyczne znaczenie.
Wiele za tym przemawia. Całość sprawia wrażenie jakby autor,
będący naocznym świadkiem, nie do końca rozumiał to, co wi-
dział. To mniej więcej tak, jakby ktoś żyjący kilka tysięcy lat
temu próbował opisać zasadę działania samolotu.
– I opisy te wpadły w ręce Niemców? – zapytał Marc.
– Rezultatów ekspedycji nie znamy, jednak nie jest wyklu-
czone, że jeśli Shangri-La istnieje, to zostało ono odkryte przez
Niemców. Potwierdzeniem tej tezy mogą być eksperymenty,
jakie prowadzono w czasie drugiej wojny światowej na terenie
Gór Sowich, gdzie według wielu świadków niejednokrotnie
widywano tajemnicze światła i latające pojazdy o kształtach,
które zwykliśmy kojarzyć z UFO. Jeśli te doniesienia były praw-
dziwe, to Niemcom udało się wyprzedzić resztę świata o ponad
pięćdziesiąt lat.
– Z tego wynikałoby – Tom wszedł w słowo żonie – że eks-
pedycja Schaefera zakończyła się sukcesem i udało mu się zna-
leźć projekt wspominanego przez tybetańskie księgi, tajemni-
czego pojazdu zwanego vimaną. Może były i inne księgi, dzieła,
256w których znalazła się wiedza nam nieznana. Kiedy już po woj-
nie o analizę starożytnych ksiąg poproszono specjalistów z In-
dii, oświadczyli oni, że dzieła te zawierają szczegółowe plany
budowy statków kosmicznych o napędzie antygrawitacyjnym,
a także poruszają kwestie techniczne związane z podróżami
na Księżyc...
Sally wyraźnie ożywiona trąciła lekko męża:
– Odczytanie tych starożytnych dokumentów nie było
rzeczą prostą – powiedziała – zwłaszcza jeśli uwzględnimy,
że Niemcy nie mieli na to dużo czasu. Co innego jeśli otrzyma-
liby odpowiednią pomoc od samych Tybetańczyków, w końcu
stosunki na linii Berlin-Lhasa były więcej niż dobre, a buddyj-
scy mnisi niejednokrotnie odwiedzali Berlin. Ostatnia wizyta
miała mieć miejsce zaledwie pięć dni przed śmiercią Hitlera.
W czasie walk o Berlin w jednym ze schronów Rosjanie od-
kryli ciała sześciu buddyjskich mnichów. Wszystko wskazuje
na to, że mnisi ci popełnili zbiorowe samobójstwo.
– Nie słyszałem o tej historii, a przecież o śmierci Hitlera
rozpisywali się już wszyscy – powiedział zaskoczony Marc.
Tom położył rękę na ramieniu Sally. Ta zamilkła na chwilę.
– Cofnijmy się trochę w przeszłość. W latach 1938-1939
pod protektoratem Hermana Goeringa zorganizowano wypra-
wę na Antarktydę. Ekspedycja liczyła osiemdziesiąt dwie oso-
by. Większość stanowili naukowcy z różnych dziedzin, jednak
nie ma wątpliwości co do wojskowych celów wyprawy. Sfoto-
grafowano sześćset tysięcy kilometrów kwadratowych terenu,
zastanawia jednak fakt, że do dzisiaj naukowcy w swoich opra-
cowaniach zawężają ten obszar do niewiele ponad trzystu ty-
sięcy kilometrów. Co chcą w ten sposób ukryć?Na twarzy Monik wyraźnie rysowała się ciekawość.
– Musi być jakiś powód – stwierdził Marc.
– W Nowej Szwabii znajdowała się baza o kodowej nazwie
211. Nie jest wykluczone, że istniała jeszcze druga – usytuowana w głębi lądu, pod ziemią. Z zaplecza tego korzystały
zarówno niemieckie okręty korsarskie, jak i U-booty. Jak ina-
czej można by wyjaśnić możliwość operowania tych jednostek
w odległości ponad dwudziestu tysięcy kilometrów od Nie-
miec? Należy również pamiętać, że sto niemieckich U-bootów
pod koniec wojny w tajemniczy sposób zniknęło. Sporą ich
część stanowiły najnowocześniejsze okręty podwodne typu
XXI, technicznie wyprzedzające swoją epokę o kilkanaście lat.
Jakie zadania postawiono przed jednostkami U-977 i U-530?
Gdzie uzupełniały paliwo i zapasy? Co naprawdę przewoziły
pod pokładem? Podobno na pokładzie okrętu zmierzającego
do Argentyny umieszczono sześć tajemniczych, powleczonych
ołowiem skrzyń z brązu. U-530 miał swój ładunek pozostawić
na Antarktydzie. Mówi się, że na Antarktydę popłynął także
U-977.
– Ale macie wiadomości – powiedziała z podziwem Monik.
– To ogromna odległość od Niemiec.
– Myślisz, że wywiozły z Europy skarby? – spytał Marc.
– Według niektórych relacji oprócz wspomnianych skrzyń
miał tam przewieźć także urnę z prochami wodza III Rzeszy.
Tajne bazy zaopatrzeniowe były zakładane przez Niemców
u wybrzeży Argentyny, jednak przypadek Nowej Szwabii jest
o tyle ważny, że miejsce to znajdowało się daleko od szlaków
komunikacyjnych, było bardzo trudno dostępne i nie inte-
resowali się nim alianci. Nie bez znaczenia jest także fakt,
258że panujący na tym obszarze klimat sprzyja przechowywaniu
żywności oraz paliwa. Teren ten w znacznej mierze pozbawio-
ny jest pokrywy lodowej, a to ze względu na przebiegający tam
łańcuch wulkaniczny, stanowiący naturalne źródło ciepła.
Sally weszła w słowo mężowi:
– W tym kontekście interesująco przedstawia się wypo-
wiedź admirała Karla Doenitza z 1943 roku, w której podkre-
ślił, że niemiecka flota podwodna jest dumna ze zbudowania
dla wodza w innej części świata Shangri-La na lądzie, niezwy-
ciężonej fortecy. Ale pamiętajcie, że Niemcy nie tylko mieli do-
świadczenie w tworzeniu podziemnych budowli, ale posiadając
ogromną władzę, poszukiwali innych, metafizycznych doznań.
Dodatkowo wiedzieli, że ich królestwo może się kiedyś skoń-
czyć, szukali więc zaplecza dla swojej przyszłości. Zresztą, pań-
stwa położone blisko Antarktydy, mogły dostarczyć wszystkich
niezbędnych materiałów.
Tom zamilkł.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu, popijając piwo.
– Wiecie co, coraz bardziej jestem przekonana, że tak
ogromne imperium wyposażone w tak rozwiniętą technikę
i ambicje swych wodzów, nie mogło zniknąć w maju 1945 roku
jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – odezwała się Mo-
nik. – Od lat powszechne podejście do historii nie uwzględnia
Niemców, przenosi uwagę na Amerykanów, Rosjan czy Anglików, a to chyba półprawda.
– Masz rację – odparł Tom. – Niemcy mieli wszystko,
a szczególnie potencjał naukowy i ogromne środki finansowe,
by uczestniczyć dalej aktywnie w losach świata. Może tylko już
w sposób mniej jawny.
– Posłuchaj Tom, nie jesteście tu pierwszy raz. – Tom przy-
taknął, milcząc. – Czy sądzisz, że tamte podziemne budowle
może ktoś dziś wykorzystywać do jakichś podobnych celów?
– zapytał Marc.
– Co masz na myśli? – zainteresował się Tom.
Marc zawahał się i spojrzał na Monik. Nie dostrzegł w jej
wzroku żadnego ostrzeżenia czy dezaprobaty. Tom wpatrywał
się w niego ufnym wzrokiem.
– Przed przyjazdem tutaj, jakiś czas temu, ktoś w rozmo-
wie ze mną powiedział, że gdzieś w Polsce może znajdować się
podziemny ośrodek, w którym politycy czy wojskowi prowa-
dzą jakąś działalność. Mój rozmówca nie potrafił tego bardziej
sprecyzować. Potraktowałem wszystko jako plotkę. W two-
jej historii przewinęło się sporo podziemnych kompleksów,
i to na całym świecie. Nie można wykluczyć, że nie pozostał
po nich wyłącznie kurz i pył. Czy masz pewność, że miejsca te
są opuszczone?
Tom zamyślił się. Spojrzał pytająco na Sally. Wzruszyła ra-
mionami. Zastanawiał się chwilę.
– Nie wiem... Jestem szczery... Popatrzcie, z jednej stro-
ny coś, co zrobili wiele lat temu Niemcy, stanowi gotową bazę
do przeróżnej działalności wojskowej. A jak wojskowej, to i po-
litycznej. Niemało jest na świecie ukrytych miejsc. Prawie cała
broń nuklearna schowana jest pod powierzchnią... – Tom za-
wiesił na chwilę głos. – Łatwo podszyć się pod turystów po to,
by zniknąć gdzieś pod ziemią. Ale z drugiej strony właśnie dlate-
go, że tylu ich tu biega, ryzyko wykrycia jest o wiele większe. Być
może z tego powodu nie szukałbym w miejscach historycznych,
które znajdują się na turystycznych szlakach. Ale, kto wie...
260Wiesz, Marc, pozwól, że rozważę twoje pytanie dokładniej. Jak
to się mówi, prześpię się z tym. Myślę, że wiem jeszcze coś. Coś,
czego nie chciałby ujawnić nikt, kto ma wpływ na te miejsca...
– Tom uśmiechnął się tajemniczo. – Ale o tym porozmawiamy
później. Jeżeli oczywiście pozwolicie. Każdy badacz też ma swoje
tajemnice. – Jego twarz zajaśniała życzliwym uśmiechem.
Marc odetchnął głęboko.
– Jesteśmy wam ogromnie wdzięczni, że zechcieliście po-
dzielić się z nami tak wielką liczbą fascynujących informacji.
Nie wiem jak tobie, Monik, ale mnie przydałby się studzący
spacer albo przynajmniej kąpiel, a najlepiej zimny prysznic.
– Z ust mi to wyjąłeś. Jakie są wasze dalsze plany? – Monik
zwróciła się do Toma i Sally.
Tom uśmiechnął się.
– Dziś czeka nas noc na łożu, którego historia jest pasjonująca. Teraz chcemy pójść jeszcze na spacer po okolicy. Jesteśmy
trochę zmęczeni, więc położymy się wcześniej. A jutro? Chcieliśmy pojechać do Książa.
Marc ucieszył się.
– Do Książa? To może wybierzemy się razem? Czy moglibyśmy wam towarzyszyć?
– Świetny pomysł! – ucieszyła się Sally. – Nie będziemy zda-
ni wyłącznie na siebie. A skoro was zaciekawiliśmy, to tym le-
piej. Proponuję, abyśmy spotkali się po śniadaniu. O dziesiątej
przed recepcją hotelową?
– Znakomicie – zgodził się Marc. Wyciągnął rękę do Sally.
– Bardzo miło było was poznać, jesteście naprawdę niezwykły-
mi ludźmi. Wasza pasja i to, jak o niej opowiadacie, są nadzwyczajne. Cieszę się na jutrzejszy wspólny dzień. Sally odpowiedziała uściskiem dłoni. Pożegnali się. Tom
i Sally poszli bramą pod basztą w kierunku parkingu.
Marc uregulował rachunek. Postanowili z Monik spędzić ten
wieczór wyłącznie ze sobą.

- See more at: http://pomocnicy.blogspot.com/2013/04/jak-dodac-informacje-o-ciasteczkach-do.html#sthash.uAMCuvtT.dpuf