Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Watykan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Watykan. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 lutego 2018

Kto zmusił do abdykacji Benedykta XVI?

George Soros, Barack Obama i Hillary Clinton zorganizowali zamach stanu w Watykanie, aby obalić konserwatywnego papieża Benedykta w lutym 2013 r., Jak podają e-maile WikiLeaks.


Papież Benedykt stał się pierwszym papieżem, który zrezygnował od czasu papieża Grzegorza XII w 1415 r., A pierwszy z papieża Celestyna V w swojej własnej inicjatywie od 1294 r.


Raporty Gloria.tv :Grupa przywódców katolickich cytuje nowe dowody ujawnione w e-mailach wydanych przez WikiLeaks, informujące, że konserwatywny papież Benedykt nie zrezygnował z własnej inicjatywy, ale został wypchnięty z Watykanu przez zamach stanu, którego grupa badaczy nazywają "katolicką wiosną".

Soros, Obama i Clinton wykorzystali amerykańską machinę dyplomatyczną, siłę polityczną i siłę finansową do wymuszania, przekupywania i szantażowania wielu ważnych osób w Kościele rzymskokatolickim w celu zastąpienia konserwatywnego Benedykta papieżem Franciszkiem - który od tego czasu stał się rzecznikiem dla międzynarodowej lewicy, zaskakując katolików na całym świecie.

Teraz grupa przywódców katolickich wysłała list do prezydenta Trumpa, wzywając go do wszczęcia oficjalnego śledztwa w sprawie działalności George'a Sorosa, Baracka Obamy, Hillary Clinton (i innych), którzy, jak twierdzili, byli zaangażowani w orkiestrację katolickiej wiosny, która doprowadziła do ich celu zmian w Watykanie.

Przywódcy katoliccy powołują się na osiem konkretnych pytań, na które mają odpowiedzieć w związku z podejrzanymi zdarzeniami, które doprowadziły do ​​rezygnacji papieża Benedykta, pierwszej papieskiej abdykacji w ciągu 700 lat.

"Mamy powody sądzić, że" zmiana reżimu w Watykanie "została opracowana przez administrację Obamy" - mówią autorzy petycji w swoim liście z 20 stycznia do prezydenta Trumpa.


"Byliśmy zaniepokojeni odkryciem" - zauważa ich list - "że podczas trzeciego roku pierwszej kadencji administracji Obamy, twój poprzedni przeciwnik, Sekretarz Stanu Hillary Clinton i inni urzędnicy państwowi, z którymi się związała, zaproponowali rewolucję katolicką" "w którym zostanie urzeczywistniony ostateczny upadek tego, co pozostało z Kościoła katolickiego w Ameryce".

List zawiera linki do dokumentów i artykułów informacyjnych podkreślających ich roszczenia. Najpierw zwraca uwagę na osławione e-maile Sorosa-Clintona-Podesta ujawnione w ubiegłym roku przez WikiLeaks, w których Podesta i inni postępowcy dyskutowali o zmianie reżimu, aby usunąć to, co określali mianem "dyktatury średniowiecza" w Kościele katolickim.

Odnosząc się do e-maili Podesta, The New American doniosły w październiku zeszłego roku:

"Podesta, długoletni doradca / powiernik Clintona i wyselekcjonowany czołowy działacz lewicowego fundatora George'a Sorosa, ujawnił w e-mailu z 2011 roku, że on i inni działacze pracowali nad dokonaniem rewolucji" katolickiej wiosny "w Kościele katolickim, oczywiste odniesienie do katastrofalnych przewrotów "arabskiej wiosny" zorganizowanych w tym samym roku przez zespół Obamy-Clintona-Sorosa, które zdestabilizowały Bliski Wschód i doprowadziły radykalne reżimy islamistyczne i grupy terrorystyczne do władzy w regionie. E-mail Podesta jest odpowiedzią na inny fundowany przez Sorosa radykalny Sandy Newman, założyciel "progresywnego" Voices for Progress. Newman napisał do Podesta, szukając porady na temat najlepszego sposobu "zasiania ziarna rewolucji" w Kościele katolickim, który opisał jako "dyktaturę średniowiecza".

W liście do prezydenta Trumpa, grupa przywódców katolików pisze: "Około rok po tej dyskusji e-mailowej, która nigdy nie miała być upubliczniona, okazuje się, że papież Benedykt XVI abdykował w bardzo nietypowych okolicznościach i został zastąpiony przez papieża, którego widoczną misją jest zapewnienie duchowego komponentu radykalnej ideologicznej strategii międzynarodowej lewicy. Pontyfikat papieża Franciszka pod wieloma względami podważył swoją legitymację ".

"Pozostajemy zdziwieni zachowaniem tego ideologicznie oskarżonego Papieża, którego misja wydaje się być jedną z postępujących świeckich agend lewicowych, a nie przewodnictwem Kościoła katolickiego w jej świętej misji", mówią, wyrażając myśli milionów katolików wokół świat oszołomiony lewicową ideologią papieża Franciszka. "Po prostu nie jest właściwą rolą papieża, aby zaangażować się w politykę do tego stopnia, że ​​uważa się go za przywódcę lewicy międzynarodowej".


"Mając to wszystko na uwadze i życząc wszystkiego najlepszego zarówno naszemu krajowi, jak i katolikom na całym świecie, uważamy, że obowiązkiem lojalnych i poinformowanych katolików w Stanach Zjednoczonych jest składanie petycji o upoważnienie do przeprowadzenia dochodzenia w następujących kwestiach:

- Do jakiego końca była Agencja Bezpieczeństwa Narodowego monitorująca konklawe, które wybrało papieża Franciszka? 
- Jakie inne tajne operacje zostały przeprowadzone przez amerykańskich agentów rządowych dotyczące rezygnacji papieża Benedykta lub konklawe, które wybrało papieża Franciszka? 
- Czy amerykański rząd miał kontakt z "Kardynałem Danneels"? 
- Międzynarodowe transakcje pieniężne z Watykanem zostały zawieszone w ciągu ostatnich kilku dni przed rezygnacją papieża Benedykta. Czy były w to zaangażowane agencje rządowe USA? 
- Dlaczego międzynarodowe transakcje pieniężne zostały wznowione 12 lutego 2013 r., Dzień po tym, jak Benedykt XVI ogłosił swoją rezygnację? Czy to czysty zbieg okoliczności?
- Jakie działania, jeśli w ogóle, zostały podjęte przez Johna Podestę, Hillary Clinton i innych związanych z administracją Obamy, którzy byli zaangażowani w dyskusję, proponując podżeganie do "katolickiej wiosny"? 
- Jaki był cel i charakter tajnego spotkania wiceprezydenta Josepha Bidena i papieża Benedykta XVI w Watykanie w dniu 3 czerwca 2011 r. Lub w jego okolicach? 
- Jakie role odgrywał George Soros i inni międzynarodowi finansiści, którzy obecnie mogą mieszkać na terytorium Stanów Zjednoczonych?

Dochodzenie, które grupa przywódców katolickich domaga się od prezydenta Trumpa, powinno być interesujące nie tylko dla katolików. Zdolność George'a Sorosa do kooptowania głównych osobistości politycznych w celu wsparcia jego radykalnych planów dla państw narodowych jest dobrze znana; ale jego zdolność do wymuszania "zmian" w kościele katolickim, instytucji, która wcześniej była nieprzenikniona z zewnątrz, rodzi poważne pytania o jego potencjał globalnego chaosu. Dochodzenie - i kara - powinny rozpocząć się natychmiast."

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Ks. Malachi Martin - wywiady z egzorcystą, który zainspirował słynny horror

O księdzu Malachi Martinie pisaliśmy już nie raz. Kontrowersyjny ex-jezuita, który ujawniał tajemnice spisków jakie rządzą za murami Watykanu cieszył się mimo swoich poglądów poważaniem wśród władz Kościoła. Gdyby nie one, z pewnością nie mógłby tak swobodnie wyrażać tego co miał do powiedzenia.


wtorek, 15 listopada 2016

Zmyślone średniowiecze - hipoteza czasu widmowego.


Hipoteza czasu widmowego na pewno zaciekawi nie jedną osobę, a z pewnością amatorów historii. Jej genezy należy doszukiwać się w problemach z datowaniem dokumentów pochodzących jak wstępnie przypuszczano z okresu wczesnego średniowiecza. W trakcie badań przeprowadzonych nad archiwami odkryto, że wiele z nich powstało znacznie później niż początkowo sądzono, chociaż ich treść bezpośrednio odnosi się do okresu datowanego na 200-300 lat przed spisaniem.

Teoria zakłada, że okres wczesnego średniowiecza został dodany w wyniku błędu w obliczeniach lub celowego działania. Według niej obecnie nie żyjemy w XXI wieku a XVIII.


Począwszy od 1 stycznia 45 roku p.n.e, kalendarz juliański był dominującym kalendarzem, w dużej części świata przez następne 1600 lat. Dopiero Grzegorz XIII ustanowił kalendarz gregoriański w roku 1582. Zmiana kalendarza spowodowana była kilkoma czynnikami:
- Ustalenie konkretnej daty Świąt Wielkanocnych odbywających się zawsze w wiosenną równonoc 
- Papież zwrócił uwagę, że istnieje błąd w obliczeniach dotychczasowego kalendarza o 10 dni. 


Heribert Illig niemiecki historyk urodzony w 1947 roku zauważył intrygującą lukę w kalendarzu wprowadzonym w 1582. Zwrócił on uwagę. że w trakcie reformy kalendarza gregoriańskiego, w której zamiast 13 dni wynikających z obliczeń dodano jedynie 10. Wcześniejszy kalendarz juliański spóźniał się o jeden dzień na 128 lat w stosunku do kalendarza astronomicznego. W rzeczywistości zatem luka dziesięciu dni była liczona nie od 46 roku p.n.e. (wprowadzenie kalendarza juliańskiego) czy 1 roku n.e. (data narodzin Jezusa Chrystusa) a od 325 roku (data I soboru w Nicei w trakcie którego ustalono, że pierwsza niedziela po pierwszej wiosennej pełni Księżyca będzie Niedzielą Wielkanocną). 

Według historyka obecnie nie żyjemy w roku 2016 a 1719.
Brakujące lata spowodowane były albo "przez przypadek, przez błędną interpretację dokumentów lub celowe ich fałszowanie." 


dr Hans-Ulrich Niemitz, cytowany w artykule z roku 1995 podał kilka przykładów dowodzących, że lata od 614 do 917 opisywane w każdej książce historii tak na prawdę nie miały miejsca. Jeden z przykładów podawanych odnosi się do słynnej Kaplicy Aachen oficjalnie datowanej na rok 800, jednak jej styl architektoniczny jest łudząco podobny do tych wybudowanych 200 lat później. Neimitz argumentuje dalej prawdziwość tezy brakiem szerokiej dokumentacji z okresu ekspansji religii islamu w całej Europie i Persji i bierności narodu żydowskiego. 

Jeden z słynniejszych dowodów skupia się wokół cesarza Ottona III i jego pragnienia sprawowania rządów w roku 1000. W tym celu Otton III, musiałby sfałszować dokumenty dotyczące brakującego czasu kreując między innymi fikcyjną postać Karola Wielkiego, którego życie datowane jest na okres 742-814. 

Większość historyków całkowicie odrzuca tą tezę. Zwracając uwagę, że jeżeli nie znaleziono odpowiedniej ilości źródeł archeologicznych to nie oznacza, to że one nie istniały. Jednym z przykładów kontr tezy jest istnienie dynastii Tang w Chinach, której panowanie datowane jest na okres 618-907 r.n.e, pokrywającej się niejako z teorią o nie istnieniu tego okresu. Według Stevena Dutcha, profesora Nauk Przyrodniczych i Stosowanych na Uniwersytecie Wisconsin-Green Bay, aby hipoteza czasu widmowego mogła być prawdziwa "ktoś z średniowiecznej Europy musiałby przekonać Chińczyków do stworzenia fałszywej dynastii wraz i sfałszowania archiwów ". 

Podnoszony argument o ekspansji muzułmańskiej również jest niekompletny. Hipoteza czasu widmowego całkowicie nie obejmuje gwałtownego wzrostu islamu. Rozprzestrzenienie się tej religii w tak szybkim czasie od Atlantyku do Azji Środkowej, zajęcia Persji i Egiptu, Hiszpanii. Ekspansja wyznawców proroka musiałaby się odbyć w nieprawdopodobnie szybkim czasie. 

źródło zdjęcia: i.ytimg.com
źródło: todayifoundout.com




poniedziałek, 16 listopada 2015

Fragment powieści "Tajemnica Czternastej Bramy" Rozdział 46 Watykan



Po wyjściu z gabinetu kardynała ksiądz szybko przemierzał korytarz. Spieszył się. Niemal zbiegł po schodach na niższą kondygnację watykańskiego budynku. Przy wyjściu z niego minął wyprostowanych, kolorowo ubranych żołnierzy watykańskiej gwardii szwajcarskiej. Po chwili był na placu św. Piotra. Szedł szybko, czasem potrącając wszechobecnych w Watykanie turystów. Wypełniali cały plac, ustawiając się w długich kolejkach prowadzących do katedry. Poddając się szczegółowej kontroli, przywoływali skojarzenia spektakularnego zamachu na papieża. Ksiądz wyszedł z placu. Szedł drogą, mijając zaparkowane na jej poboczu liczne, turystyczne autobusy. Ich rejestracje były prawdziwym festiwalem liter i cyfr pochodzących z przeróżnych, czasem niezwykle egzotycznych krajów. Ich rozespani kierowcy układali się na siedzeniach, starając się jak najdłużej kontynuować sen. Przeszedł przez most rozłożony nad snującą się powoli rzeką. Po chwili był już na wąskiej, malowniczej uliczce prowadzącej do starej części Rzymu. Małe sklepiki, liczne w tym miejscu restauracje i bary wytwarzały ciepłą, przyjazną dla mieszkańców wiecznego miasta, energię. Ksiądz skręcił w lewo, przeszedł kilkanaście metrów. Zatrzymał się. Spojrzał za siebie. Wszedł do małego baru. O tej porze był pusty. We wnętrzu dostrzegł szczupłą, niewysoką brunetkę. Myła podłogę, trzymając w ręce szczotkę. Spojrzała na niego pytającym wzrokiem.
– Poproszę o kawę. Gdzie jest telefon? Chciałbym zadzwonić. Dziewczyna wskazała ręką w kierunku korytarza prowadzącego na zaplecze. Ksiądz kiwnął głową. Podszedł do wiszącego na ścianie, czarnego aparatu. Wykręcił długi numer. Czekał. W słuchawce zgrzytało. Sygnał przebijał się przez trzaski i szumy.
– Tak, słucham – głos odezwał się po hiszpańsku.
– To ja – ksiądz odpowiedział w tym samym języku. – Dzwonię z Rzymu.
– Tak, wiem. Czy coś się stało?
– Właśnie dzwonię, by powiedzieć, że oni wiedzą. Wiedzą o naszym planie.
W słuchawce zapanowała cisza.
– Skąd dzwonisz?
Ksiądz rozejrzał się po barze.
– Z bezpiecznego miejsca – uspokoił swojego rozmówcę.
Ponowna chwila ciszy.
– Powiedziałeś, że wiedzą?
– Tak.
– Skąd?
– Nie mam pojęcia.
– I jak zareagowali?
– Są wściekli.
Chwila ciszy.
– Wracaj z powrotem. Będziesz mnie informował o wszystkim.
– Dobrze.
– Do widzenia.
– Do widzenia.
Rozmowa przerwała się. Ksiądz odłożył słuchawkę. Spojrzał w kierunku kelnerki. Dziewczyna stawiała kawę na małym stoliczku. Podszedł do niego. Usiadł. Podniósł filiżankę do ust. Kawa była smaczna. Jak zawsze.

piątek, 10 lipca 2015

Wywiad z ks. Malachi Martinem

Kilka lat temu w ramach Encyklopedii spisku przedstawiona została na tym blogu postać księdza Malachi Martina, byłego jezuity, który ujawniał kulisy wielkiego spisku jaki usnuto za Spiżową Bramą. Prezentuję dziś wywiad jaki przeprowadzono z księdzem w 1998 roku.





czwartek, 21 maja 2015

Czy Niemiecki Kościół czeka nowa reformacja?

Już jesienią będzie miał miejsce kolejny synod ds. rodziny, podczas którego katoliccy kardynałowie z całego świata obradować będą na temat nauki Kościoła w sprawie małżeństwa, komunii dla rozwodników a także homoseksualistów. Zapowiada się twarda batalia, która może skończyć się nowym pęknięciem w Kościele.
Reinhard Marx (fot. Wikipedia)


Wydaje się być niezwykłym paradoksem historii, że kraj, który wydał poprzedniego papieża dziś znajduje się na prostej drodze do schizmy. Liderem tego ruchu jest metropolita Monachium i Fryzyngi, kard. Reinhard Marx, który na mającej miejsce w lutym konferencji prasowej orzekł, że praktyka pasterska jest odrębną kwestią w stosunku do doktryny Kościoła, stwierdził przy tym, że "pójdą swoją duszparsterską drogą". Punktem zapalnym jest przede wszystkim deklaracja niemieckich hierarchów, którzy stwierdzili, że powinno się, nawet wbrew doktrynie udzielać komuni rozwodnikom żyjącym w powtórnych związkach czy też aktywnych homoseksualistów. Inny duchowny, kardynał Walter Kasper utrzymuje, że za pontyfikatu Franciszka można się spodziewać "nowego otwarcia" i dalszych zmian wewnątrz Kościoła, a przede wszystkim "zmianę mentalności".

Oliwy do ognia dodaje fakt, że nie wszyscy hierarchowie są równie otwarci na propozycje niemieckiego duchowieństwa. Ich przeciwnikami stali się przede wszystkim kardynałowie z Afryki. Przykładowo na początku roku pochodzący z Gwinei kard. Robert Sarah stwierdził, że "Kościół afrykański będzie przeciwstawiał się jakiejkolwiek formie buntu przeciw nauczaniu Chrystusowemu i przeciw Kościołowi" Powoli rysuje się wręcz linia podziału pomiędzy kardynałami: pragnący zmian hierarchowie z Europy Zachodniej oraz sprzeciwiający się tej liberalizacji a nawet mówiący wprost o herezji duchowni z innych państw, przede wszystkim z Afryki.
kard. Walter Kasper (fot. Wikipedia)


Nie wiadomo jak zachowa się w tej kwestii sam papież, z jednej bowiem strony Frnaciszek przedstawiany jest jako liberalny i otwarty na reformy, z drugiej jednak strony nie dokonał on do tej pory żadnej drastycznej zmiany w doktrynie Kościoła. Przeciwnicy reform chcąc pozyskać papieża do swojej sprawy uruchomili nawet wielojęzyczną stronę noszącą tytuł "Synowska Prośba", na której podpisujący się katolicy proszą Franciszka o pozostanie na straży dotychczasowej nauki. Czy jeśli sam papież poprze kardynałów spoza Europy to niemieccy duchowni nie zbuntują się? Już w październiku przekonamy się jaka będzie przyszłość Kościoła katolickiego i w jakim podąży on kierunku.

poniedziałek, 15 września 2014

Fragment powieści "Kod Władzy": Rozdział 50 Biały Dom, Waszyngton

 
 Telefon w gabinecie owalnym dzwonił już chwilę. Kilka osób czekało na prezydenta. Obecny wśród nich człowiek w mundurze generała sięgnął prawą ręką do kieszeni. Wyjął telefon, zidentyfikował numer. Podniósł się z miejsca i spojrzał na prezydenta wzrokiem proszącym o usprawiedliwienie. Prezydent machnął ręką, wracając do przerwanego wątku. Generał wyszedł z okrągłego pokoju. Nacisnął na telefonie przycisk z zieloną słuchawką.
– Słucham? – powiedział niezbyt głośno.
– Dziś rano nasz zaginiony rozmawiał z Rzymem. Znaleźliśmy go. Jest jeszcze w Polsce.
– Nareszcie – odetchnął generał. – Wiesz, co macie robić?
– Ściszył głos.
– Wiem, natychmiast wysłałem kogo trzeba – odpowiedział
głos w słuchawce.
– Tylko tego nie schrzańcie, tak jak Niemcy.
– Tak jest.
Generał rozłączył się. Z wyraźnie zadowoloną miną włożył telefon z powrotem do kieszeni.
Po chwili zniknął za drzwiami najważniejszego gabinetu.




Rozdział 51Watykan 

 
Na środku obszernej komnaty stało krzesło. Otaczało je kilku mężczyzn. Wpatrywali się w człowieka siedzącego na nim.
Ubrany był w czarny habit. Ręce miał skrępowane z tyłu.
Sekretarz kardynała Carrasoniego milczał.
– Dlaczego uciekałeś?
– Czego szukałeś w tajnej bibliotece?
– Czemu milczysz?
– Dlaczego nie odpowiadasz?
– Dlaczego zdradziłeś?
Pytania padały, jedno za drugim.
Odpowiadało im milczenie.
– Czy kardynał wiedział, co tam robiłeś?
– Czy coś zabrałeś z pokoju?
– Proszę odpowiadać...
Milczenie.
Mężczyźni spojrzeli po sobie.
– Nic z niego nie wydobędziemy. Trzeba zawiadomić kardynała.
– Na razie nie wydobędziemy – dodał szef osobistej straży papieża.
– Słusznie, w tej chwili niczego się nie dowiemy.
– Odprowadźcie go do celi. Mamy dużo czasu. Pokój opustoszał. Wrócili rano. Do komnaty, w której czekał podejrzany uciekinier wszedł kardynał Carrasoni i szef watykańskiej straży Giovani Rossi. Na ich widok, siedzący przy stole mężczyzna poderwał się.
– Szczęść Boże...
– Daj spokój. Siadaj – żachnął się kardynał.
Podeszli do stołu. Kardynał spoglądał chwilę na siedzącego z opuszczoną głową człowieka. Odetchnął głośno, zrobił gest ręką w kierunku stojących krzeseł. Mężczyźni usiedli. Panowała cisza.
– Zawiodłeś mnie. Bardzo mnie zawiodłeś... – przerwał ją
Carrasoni.
– Wiem – wydusił z siebie młody człowiek. – Wasza
Ekscelencjo...
Kardynał zrobił gwałtowny gest ręką.
– Milcz, nie chcę słuchać twoich nieszczerych przeprosin.
Spojrzał na siedzącego obok szefa straży.
– Giovani? – zwrócił się do niego.– Wasza Ekscelencjo, wysłuchajmy go. Może to jakaś osobista sprawa? – powiedział spokojnie. – Claudio, czego szukałeś w tym miejscu?
Młody człowiek milczał.
– Claudio – Rossi podniósł głos. – Twoją sytuację może poprawić tylko szczere wyznanie. – Zawahał się. – Milcząc niczego nie osiągniesz – dodał spokojnie. W pokoju wciąż panowało milczenie. Rossi spojrzał na kardynała. Ten akceptująco skinął głową.
Spokojna rozmowa mogła więcej przynieść niż agresywne przesłuchanie.
– Każdy z nas popełnia czasem błędy – kontynuował Rossi. – Szczere wyznanie winy może wszystko zmienić. Czyż wyznanie grzechu w czasie spowiedzi nie oczyszcza? Nie daje nadziei? Nie trzymaj tego w sobie, kardynał zawsze był twoim przyjacielem. – Spojrzał w jego kierunku szukając akceptacji.
– To od Ekscelencji zależy czy wczorajszy incydent będzie tylko przykrą przygodą. Przypadkową przygodą – dodał sugerując głosem możliwość uniknięcia konsekwencji. Miał wrażenie, że kardynał zaakceptował konwencję jego rozmowy z młodym, wystraszonym swoją sytuacją człowiekiem.
– Opowiedz nam spokojnie, co się stało – zachęcał. Sekretarz kardynała milczał. Wahał się. Nerwowo ściskał splecione ze sobą dłonie. Był bardzo zdenerwowany, wczorajsza sytuacja przeraziła go. Noc spędzona samotnie nie pozwoliła mu spać. Spanikowany nie wiedział, co przyniosą mu kolejne dni. Bał się konsekwencji, bał się reakcji ojca, dla którego był wszystkim. Człowieka, który poświęcił swoje życie, by jego syn mógł trafić do miejsca, o którym marzyło tysiące młodych księży. Do samego serca Kościoła. Carrasoni i Rossi czekali na reakcję młodego sekretarza. Widzieli na jego twarzy emocje. Wyczuwali, że walczy ze sobą. Kropelki potu zaczęły spływać po jego czole. Podniósł głowę. Otworzył usta, chciał coś powiedzieć, przełknął ślinę. Ponownie opuścił głowę.
– Nie mogę... – wydusił z siebie.
Kardynał spojrzał na Rossiego. Ten zmrużył oczy w geście uspokojenia.
– Pamiętaj, chcemy ci pomóc – odezwał się spokojnie. – To, co nam powiesz, zostanie w tym pokoju, oczywiście jeżeli będziesz z nami szczery.
– Mów Claudio – odezwał się kardynał. – Obiecuję ci rozważnie cię osądzić.
Chłopak podniósł głowę. Po rozpalonych policzkach spływały łzy.
– Bardzo ... bardzo przepraszam... – jąkał się.
– Uspokój się, proszę. – Rossi był życzliwy.
Claudio starł łzy z twarzy.
– Kazali mi znaleźć pewien dokument – powiedział przerywanym głosem.
– Jaki dokument?
– Miałem znaleźć rejestr, jakiś opis przypadków molestowania przez duchownych młodych księży, chłopców z którymi mieli kontakt w swojej posłudze.
– Spotkałeś się z takim dokumentem? – zapytał Rossi.
Chłopak pokręcił przecząco głową.
– Nie, nie wiedziałem wcześniej, że coś takiego istnieje. Nigdy nie byłem nawet świadkiem rozmów na ten temat. Rossi zmarszczył w geście zdziwienia brwi.
– Skoro tak, to jak znalazłeś się w tym tajnym archiwum?
Skąd wiedziałeś, gdzie masz szukać?
– Dostałem wiadomość.
– Wiadomość? Jaką wiadomość? Od kogo? – padały pytania.
Chłopak odetchnął głośno. Widać było, że się uspokaja.
Spojrzał na Rossiego.
– Widomość leżała na stole w pokoju, w którym mieszkam, zamknięta w kopercie. Ktoś przyniósł ją, gdy mnie nie było. W treści wiadomości było napisane, co mam zrobić, to znaczy czego i gdzie mam szukać.
– Czy wskazano w niej również, komu masz oddać te ewentualne materiały?
– Nie, wiadomość tego nie zawierała. Znalazłem w niej tylko stwierdzenie, że mam ukryć rejestr u siebie w pokoju i czekać. Ktoś, kto przekazał mi informację, miał się ze mną zgodnie z zapisem, skontaktować.
– Czy wiesz kto to był? – wtrącił się kardynał.
Sekretarz kardynała spojrzał na swojego przełożonego.
– Wiem tylko, że to osoba z bardzo bliskiego otoczenia Ojca Świętego.
Zapadło milczenie. Przerwał je Rossi.
– Powiedz nam Claudio, dlaczego wykonałeś polecenie nieznanej ci osoby? Czy znajdując dziwne polecenie, nie powinieneś zwrócić się z tym do kardynała Carrasoniego? Nie byłeś zaskoczony tak dziwnie przekazanym zadaniem? Czy sądziłeś, że to właśnie kardynał ci je zlecił?
Chłopak pokręcił przecząco głową.
– Ja wiedziałem, że ta wiadomość nie pochodzi od kardynała.
– Skoro tak, to wiedziałeś kto ci wydał polecenie? – Rossi zaczął naciskać.
Chłopak ponownie wykonał gest przeczenia.
– Nie, tego nie wiedziałem – odpowiedział zwieszając głowę. Rossi spojrzał zdziwiony na kardynała. Ten wzruszył ramionami.
– Claudio, nie bardzo rozumiem. Czy zechciałbyś to jaśniej powiedzieć?
Chłopak westchnął głęboko.
– Ta historia zdarzyła się dwa miesiące temu w Berlinie. Zostałem wysłany na konferencję Europejskiej Akademii Nauki i Sztuki. Miałem przysłuchiwać się obradom o roli etyki w czasach kryzysu gospodarczego. W akademii jest grupa naukowców zajmujących się religiami i ich wpływem na społeczeństwa świata. Byłem bardzo zadowolony z tej delegacji. Tak szacowne grono, tematyka, która mnie interesuje, szczególnie z uwagi na przyszły doktorat. Wszystko zapowiadało się bardzo interesująco. Zameldowałem się w hotelu, o wyznaczonej godzinie znalazłem się w miejscu, w którym odbywały się obrady, a potem długo im się przysłuchiwałem. Nic nie zapowiadało póź- niejszych, dramatycznych dla mnie wydarzeń. Podczas obiadu poznałem młodego niemieckiego naukowca. Z uniwersytetu w Getyndze, o ile sobie dobrze przypominam. – Przerwał swoją relację.
– Co było dalej? – zapytał Rossi.
Chłopak spojrzał na niego.
– Był bardzo miły. Drugą część obrad siedzieliśmy obok siebie.
Później zaprosił mnie na, jak powiedział, niemieckiego sznapsa.
To taki rodzaj ich alkoholu, a właściwie nazwa czynności jego spożywania. Zachęcał mnie mówiąc, że trudno być w Niemczech i nie wypić z przyjacielem za zdrowie. Nie znam tego obyczaju, ale nie chciałem go urazić. – Zamilkł jakby przywołując wspomnienia. – Po kolacji dotarłem do wskazanej, typowo niemieckiej knajpki. Była pełna ludzi, śpiewów, słowem: zapowiadał się sympatyczny wieczór w lokalnej atmosferze biesiadowania.
Pamiętam, że niewiele wypiłem alkoholu, kieliszek, może dwa, ale nie więcej – zastrzegł. – Najgorsze zdarzyło się potem. Nie wiem, co się dokładnie wydarzyło. Obudziłem się rano w jakimś nie znanym mi mieszkaniu. Nie było w nim nikogo, w powietrzu unosił się zapach alkoholu i papierosów. Ubrałem się i poszedłem do hotelu. Wziąłem prysznic i położyłem się na chwilę. Bardzo bolała mnie głowa. Zasnąłem. Ze snu wyrwał mnie dzwonek telefonu. Telefonował mój wczorajszy znajomy. Pytał jak się czuję i wyśmiewał moje zachowanie. „Niezłe
ziółko z ciebie”, powiedział. Nie wiedziałem, o co mu chodzi....
Ekscelencjo – spojrzał na swojego przełożonego. – Ja nie brałem w tym udziału, ja nic nie pamiętam! – wykrzyknął.
Rossi zareagował natychmiast.
– Spokojnie, uspokój się – powtórzył. – W czym nie brałeś udziału?
Claudio spojrzał na niego. Wydawał się przerażony.
– On pokazał mi zdjęcia. To były fotografie z jakiejś seksualnej orgii. Na zdjęciach byłem ja. Ale... ja niczego nie pamiętam! Boże, dlaczego mi się to przydarzyło? – zaczął szlochać.
– Uspokój się, proszę. – Rossi starał się panować nad sytuacją. – Co się stało później?
– Powiedział mi, że jest członkiem jakiejś organizacji. Ważnych ludzi, którzy walczą z obecnym porządkiem świata, chcąc przeprowadzić swoje reformy. Reformy, jak twierdził, które mają zapewnić szczęście mieszkańcom wybranych krajów. Mówił dużo, gwałtownie, bardzo emocjonalnie. Krzyczał, że młodzi, inteligentni ludzie powinni wspierać ich porządek świata, że tylko on prowadzi do prawdziwego rozwoju. Zobowiązał mnie do działania dla nich. Do wykonywania poleceń organizacji. Oczywiście nie zgodziłem się. – Claudio odpowiedział na pytanie, jakie dostrzegł w oczach mężczyzn przesłuchujących go. – Mężczyzna bardzo się uniósł. Zdenerwowany nie słuchał moich słów sprzeciwu. Zagroził, że ujawni zdjęcia brukowym mediom. Młody ksiądz z Watykanu, sekretarz ważnego kardynała bierze udział w orgii. To było okropne. Co miałem zrobić? Byłem przerażony. Nie wiedziałem, co począć, jak zaprzeczać, jak zabrać mu te nieszczęsne dowody na to, czego przecież nie zrobiłem. Zapytałem, czego ode mnie oczekuje.
– Przerwał.
– I co powiedział? Do czego cię zobowiązał? – zapytał Rossi, który był coraz bardziej zaszokowany całą historią.
Chłopak nerwowo przeciągnął ręką po włosach.
– Zażądał, bym przystąpił do ich organizacji, a właściwie do, jak to nazwał, ich pokojowego oddziału żołnierzy. Miałem czekać na sygnał od kogoś z bliskiego otoczenia papieża, a jeżeli wykonywałbym jego polecenia, miałem zostać zarekomendowany na członka tego dziwnego oddziału. Kazał mi iść do hotelu i zjawić się na drugi dzień na spotkaniu z nim, gdzie miał mi wyjaśnić szczegóły. Wasza Ekscelencjo – zwrócił się do kardynała. – Co ja miałem zrobić? Nie chciałem nikogo narazić. Nie wiedziałem jak można zapobiec prasowej informacji, skandalowi. Ja niczego dzień wcześniej nie zrobiłem. A przynajmniej nie zrobiłem świadomie. – Spoglądał na kardynała błagalnym wzrokiem. – Proszę mi wybaczyć. Mój ojciec umarłby ze wstydu. Poświęcił mi całe życie. Zapadło milczenie przerywane szlochem płaczącego młodego księdza. Szef watykańskiej straży wstał z krzesła. Podszedł do narożnika komnaty w którym stał eklektyczny bufet. Sięgnął po stojącą na nim butelkę wody mineralnej. Postawił ją na tacy z trzema szklankami. Przyniósł ją i postawił na stole. Spojrzał pytająco na kardynała. Ten zrobił przeczący gest głową. Nalał wody do szklanki i postawił przed chłopcem.
– Napij się proszę – powiedział. – Czy poza wczorajszym poleceniem wykonywałeś jakieś inne? – zapytał.
Chłopak poderwał się nerwowo.
– Nie, niczego nie robiłem. To był pierwszy raz. Niczego mi nie kazali robić. Czekałem. Drżałem codziennie, że przyjdzie wiadomość od nich. Chciałem – zwiesił głowę – pójść z tym do kardynała, ale – zawahał się – miałem nadzieję, że się nie odezwą, że to był tylko jakiś szalony sen. Na wszystkich spoglądałem podejrzliwie, szukając jakiegoś gestu. Nic takiego nie następowało. Bałem się. On powiedział mi, że zabiją wszystkich, którzy będą się im przeciwstawiać. Mają wpływy i pieniądze. Ludzi, którzy zrobią dla nich wszystko. Proszę mnie zrozumieć... Popełniłem błąd. - Spojrzał na kardynała. – Powinienem przyjść, powiedzieć. Zwłaszcza jak dostałem ten list, ale panika ... – przerwał szukając akceptacji w oczach kardynała. – Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie – zamilkł. Rossi nalał sobie wody do szklanki. Przełknął łyk. Zastanawiał się. Młody ksiądz wydawał się mówić prawdę. Zawsze uczynny, zdyscyplinowany, oddający się w pełni swojemupowołaniu. Może rzeczywiście – rozważał – padł ofiarą szantażu. W jego wieku trudno było wymagać racjonalnych zachowań. Był na nie za młody. Kardynał milczał. Nie chciał wypytywać swojego podwładnego. Starał się nie uprzedzać do niego. Był rozczarowany jego zachowaniem, rzuciło ono cień również na jego osobę. To on przecież wybrał swojego młodego współpracownika. Czekał na zakończenie przesłuchania. Wiedział, że Rossi rozumie jego postawę. W Watykanie obowiązywały niepisane kodeksy postępowania.
Rossi odezwał się.
– Claudio, posłuchaj, powiedz mi dokładnie – podkreślił – czego dowiedziałeś się o tej, jak powiedziałeś, organizacji. Czy ten mężczyzna mówił, kto do niej należy? Jak ona funkcjonuje? Staram się zrozumieć, że popełniłeś błąd, ale teraz możesz go naprawić szczerze nam mówiąc wszystko, czego się dowiedziałeś. Chłopak spojrzał na kardynała. Ten potakująco skinął głową w geście poparcia słów szefa watykańskiej straży.
– Wiem, chciałbym wszystko odpokutować. Postaram się dokładnie opowiedzieć. – Przełknął łyk wody. – Spotkałem się z nim na drugi dzień, tak jak sobie tego zażyczył. Co do pierwszego dnia, w zasadzie powiedziałem już wszystko. Nerwowa rozmowa, pełna emocji i szantażu. Nic więcej się nie działo. O organizacji nie mówił wówczas wiele, tym bardziej, że nie wiedział jak się zachowam.
– Starałem się nie wyprowadzać go z równowagi, chciałem się uspokoić i wyjaśnić wszystko na drugi dzień. Próba odmowy wywołała u niego prawdziwą furię. Ludzie siedzący wokół,w hotelowej restauracji, zaczęli zwracać na nas uwagę. Starałem się ze swojej strony szybko, pomimo paniki, zakończyć spotkanie. W nocy nie spałem. Chodziłem po pokoju, myślałem, zastanawiałem się czy nie zadzwonić do kardynała, ale... – przerwał na chwilę – nie widziałem, co naprawdę stało się poprzedniej nocy. Zdjęcia jakie mi pokazał, były okropne. Nie doszedłem do niczego. Nie podjąłem żadnej logicznej decyzji. Udałem się na spotkanie zmęczony, zdenerwowany, modląc się, żeby ów człowiek nie przyszedł.
– Ale przyszedł – skomentował koniec jego wypowiedzi Rossi.
Chłopak pokiwał głową.
– Niestety, przyszedł i ponowił swoje żądanie. Powiedziałem mu, że nie chcę uczestniczyć w czymś, czego nie znam. Zwykłem przez swoje krótkie życie, robić wszystko z przeświadczeniem sensu mojego działania. Wydawało się, że to zrozumiał. Być może to spowodowało, że dużo, jak podejrzewam, mi powiedział.
– No właśnie, czego się dowiedziałeś? – zapytał Rossi.
Chłopak zastanawiał się chwilę.
– Muszę sobie trochę to uporządkować – usprawiedliwił się.
– Oczywiście, nie spiesz się – życzliwie powiedział najważniejszy z watykańskich strażników.
– Jak już powiedziałem, wydawało mi się, że go przekonałem. Miałem po cichu nadzieję, że może ta jego organizacja nie czyni nic złego. Tylko ta groźba pozbawienia życia przeciwników... Pomyślałem, że przecież tak się tylko mówi. Zwłaszcza, kiedy wypowiadanym słowom towarzyszy duży ładunek emocjonalny. Starałem się tak to sobie tłumaczyć.
– Rzeczywiście, tak się mówi. – Uśmiechnął się pierwszy raz w czasie rozmowy Rossi. – Mów dalej, proszę.
– Postaram się. Otóż organizacja, o której mówił miała w swej ideologii nawiązywać do idei Iluminatów. Kiedyś interesowałem się tym, więc nie był to dla mnie obcy temat. Chodziło o uporządkowany wokół koncepcji silnego, światowego ośrodka władzy, system zarządzania globalnego. Monitorowanych procesów politycznych, ekonomicznych, a w konsekwencji także socjalnych. Organizacja ta miała według niego być synergią wielu ruchów, sekt, ale co ważniejsze, oficjalnych ośrodków politycznych, firm i banków, a jeżeli formalnie nie instytucji, to na pewno ludzi w nich usadowionych. – Claudio znów zastanowił się przez chwilę, miał wiele informacji do przekazania. – Ich działalność zmierzała do swoiście uporządkowanego działania mającego na celu wprowadzenie mechanizmów scentralizowanego zarządzania i wpływu. Członkowie tej organizacji to przede wszystkim osoby wielkich wpływów i powiązań. Ich ambicją było znaczyć więcej niż obecnie, wprowadzać w życie system, w którym ludzie uszczęśliwieni podporządkowaniem się pod obowiązujące zasady, byliby w pełni inspirowani do działania, ale ściśle kontrolowani. Kontrolowani po to, by uniknąć wszelkich działań przeciwko wprowadzanemu porządkowi. Obecnie organizacja zarządzana jest przez trzynaście osób, jak powiedział mi mój rozmówca, trzynastu rycerzy, tak ich nazwał, spotykających się na zamku w Wewelsburgu.
Dlaczego tam?
– Zapewnie dlatego, że podczas drugiej wojny światowej taki zakon, pełen aspiracji rządzenia światem, organizował tam Himmler. – Uzupełnił wypowiedź swojego sekretarza kardynał. Chłopak spojrzał na niego z wdzięcznością.
– No właśnie, chodziło o ten zakon. Tendencje Niemiec do stawiania się ponad innymi narodami, nie zniknęły z zakończeniem wojny. To wiem z literatury – uzasadnił swoje słowa młody ksiądz. – To właśnie na tym zamku odbywają się ich spotkania. To tam zapadają najważniejsze decyzje, pod osłoną młodzieżowego schroniska, które prowadzone jest w nim od lat.
– Tak, zawsze najgorsze przykrywa się szlachetnym – skomentował kardynał.
– Organizacja ma silne podstawy finansowe. W opinii mojego rozmówcy, to nie tylko dofinansowania samych członków, ale i międzynarodowe operacje finansowe, pieniądze płynące wprost z państwowych finansów pod pozorami wsparcia cennych inicjatyw czy ratowania cywilizacji, i skarby zrabowane podczas drugiej wojny światowej. Pieniądze służące do podporządkowania ludzi i instytucji, ale także, z tego co wywnioskowałem, wspomaganiu akcji wywołujących niepokój. Ocierających się, jak mi się wydaje, o akty terrorystyczne. Ale to już moje zdanie. Mogłem źle usłyszeć, a nie wypadało mi dopytywać. Z każdym jego słowem byłem coraz bardziej zaniepokojony. Zapytałem, co się stanie jak ktoś mnie rozpozna, skojarzy z jakimś ukrytym działaniem. Starał się mnie uspokoić mówiąc, że opornych wysyła się w różne miejsca na świecie, ukryte przed opinią publiczną, w których są przetrzymywani i przesłuchiwani. Nie chcę powiedzieć przez to, że likwiduje się niewygodnych świadków, bo zabrzmiałoby to bardzo dramatycznie, delikatnie rzecz ujmując. Potajemnie przewozi się więźniów organizacji, nierzadko uznanych za więźniów 311oficjalnych systemów politycznych, państw i ich armii. Ludzie związani przez lata z organizacją, wywodzili się z systemu, który nigdy nie powinien się odrodzić. Niektórzy członkowie NSDAP, Gestapo, SS i SD byli po zakończeniu drugiej wojny światowej zatrudniani przez niemiecką Federalną Służbę Wywiadowczą. Według mojego rozmówcy, stanowili oni po wojnie blisko jedną dziesiątą jej pracowników. W 2007 roku agencja zniszczyła blisko dwieście pięćdziesiąt kartotek należących do pracowników BND, związanych wcześniej z ruchem nazistowskim. Zachodnioniemiecki wywiad w latach 1956-1971 zatrudnił setki byłych nazistów, pierwszy dyrektor BND Reinhard Gehlen podczas wojny służył w Wehrmachcie w stopniu generała, od 1945 roku był agentem CIA. Chłopak przerwał, spojrzał na mężczyzn.
– Oczywiście – odezwał się Rossi. – Mów dalej, proszę.
– Podał mi taki przykład, który dostał się do prasy. Tygodnik Der Spiegel ujawnił 22 stycznia, że Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Republiki Federalnej zleciło służbom śledzenie polityków Partii Lewicy. W cytowanym dokumencie datowanym na 4 stycznia 2012 roku można między innymi przeczytać, że Federalne Biuro Obrony Konstytucji śledzi dwudziestu siedmiu z siedemdziesięciu sześciu członków niemieckiego parlamentu związanych z tą partią, jak również jedenastu deputowanych do parlamentów regionalnych, konkretne nazwiska śledzonych nie są jednak znane. To nie jedyny przykład potwierdzający wpływy organizacji. Kiedy Nicholas Ridley, minister w rządzie Margaret Thatcher w wywiadzie dla tygodnika The Spectator stwierdził, że wprowadzenie europejskiej unii monetarnej i ekonomicznej przypomina „niemiecką rakietę o zasięgu na całą Europę”, już tego samego dnia zrezygnował ze stanowiska ministra handlu i przemysłu. – Claudio spojrzał w oczy swoich rozmówców. – I jeszcze jedno, on odkrył też historię agenta otrutego w Anglii pierwiastkiem promieniotwórczym. Organizacja śledzi wszystko, co związane z tą sprawą i likwiduje ludzi z nią związanych. Kardynał spojrzał zaniepokojony na szefa straży. Ten nie dostrzegł jednak jego wzroku, spoglądając z niepokojem na przesłuchiwanego księdza.
„Boże, Poul! – przeraził się kardynał, który pomyślał nagle
o swoim wysłanniku. – Oni gotowi są go zabić!” Szef straży nie zwrócił uwagi na wzburzenie swojego przełożonego. Tymczasem młody ksiądz kontynuował.
– Miałem dwa miesiące, by się nad wszystkim zastanowić. Moja wizyta w Berlinie, młody niemiecki naukowiec, Wewelsburg i zapadające tam decyzje, organizacja, która nie jest zapewne niczym nowym w swej idei. Ludzie zawsze chcieli nad innymi dominować, stanowić elitę. Władza podnieca, pieniądze ją umożliwiają. Europa to miejsce zamieszania. Przypadkowego? Dokąd zmierza? W czyim interesie? Przecież były kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder, który od czasu, gdy otrzymał posadę przy budowie gazociągu Nord Stream, rzadko pojawiał się w mediach, ostatnio jednak uczynił wyjątek i oznajmił, że obecny kryzys w strefie euro powinien być przyczynkiem do jeszcze bliższej integracji państw naszego kontynentu. Do opinii Schroedera przyłączyli inni. Znaczna część najważniejszych wpływowych osób w Europie. Podobny pogląd przedstawili całkiem niedawno Jean Claude Trichet, prezes Europejskiego Banku Centralnego i Antonio Borges, dyrektor europejskiego oddziału MFW twierdząc, że Europa powinna stać się hegemonem nowego porządku monetarnego. – Młody człowiek zauważył, że jego słowa robią wrażenie na Rossim, kontynuował więc. – Co więcej, Angela Merkel podczas zorganizowanego zjazdu CDU w Lipsku zaproponowała poparcie uchwały zatytułowanej „Silna Europa – Dobra przyszłość dla Niemiec”, w którym zawarto postulat zmiany traktatu Unii Europejskiej i pogłębienia politycznego wymiaru jej integracji. Czy ma coś wspólnego z ideami, których symbolem jest Wewelsburg? Mam nadzieję, że nie. Młody ksiądz zamilkł. Zwiesił głowę. Przesłuchanie wydawało się skończone.
Rossi odezwał się.
– Wasza Ekscelencjo – zwrócił się do kardynała. – Co by nie powiedzieć, wybrał Ekscelencja na swojego sekretarza inteligentnego, młodego człowieka. Mam wrażenie, iż wydarzenia ostatnich dwóch miesięcy przerosły go. Pozostawiam Waszej Ekscelencji decyzję, co z nim zrobić. Kardynał zastanawiał się dłuższą chwilę po wypowiedzi szefa watykańskiej straży.
– Jestem gotowy zrozumieć jego trudną sytuację. Mogę uwzględnić w jego zachowaniu chęć ochrony osób i instytucji. Są jednak dwie sprawy. – Zamilkł na chwilę. – Dwie sprawy – powtórzył – które muszę wskazać. Pierwsza to fakt, że nic nie usprawiedliwi zatajenia całej tej dramatycznej sprawy przede mną – osobą, wobec której przyrzekł lojalność. I druga, to fakt, że jeżeli Watykan przerażą jakieś szubrawe knowania, to będzie oznaczało jego koniec. Nie mogę ci Claudio tego wybaczyć.
– Kardynał zwrócił się do swojego sekretarza. – Rozgrzeszam cię, bo żałujesz za grzech, jaki popełniłeś, ale muszę cię prosić byś zrezygnował ze swej funkcji. Mam nadzieję, że to co przeżyłeś i to za co zapłacisz, będzie ostrzeżeniem dla tych, którzy są ślepi na czynione wokół nas zło. Kardynał wstał. Odwrócił się i po chwili zniknął za drzwiami prowadzącymi na korytarz.

poniedziałek, 8 września 2014

Fragment powieści "Kod Władzy": Rozdział 49, Watykan

 
Człowiek w czarnym habicie pochylał się nad papierami rozłożonymi na stole. W niedużym pomieszczeniu zgromadzono wiele tajnych dokumentów, do których dostęp miała tylko nieliczna grupa najbliższych współpracowników papieża. Pilnie strzeżone, umieszczone zostały w nierzucającym się w oczy, nieoznakowanym pokoju. Architekci Watykanu przez wieki nafaszerowali go miejscami pełnymi niespodzianek i tajemnic. Została w nich zaklęta historia świata i metafizyczne wizje jego przyszłości. Kilka z nich, jak tajemnica przepowiedni fatimskiej, ogniskowało zainteresowanie świata, wyzwalało skrajne emocje, strach, przerażenie czy nadzieję. Mieszały się one w dowolnych konfiguracjach. Rozbudzały fantazję historyków, pisarzy i reżyserów. Inspirowały poetów i malarzy. Nieproszony gość szybko przerzucał pożółkłe strony wysłużonych dokumentów. Jego twarz zasłaniał kaptur. W pewnej chwili podniósł się i rozejrzał się dookoła. Zastanawiał się chwilę. Podszedł do jednej z szaf biblioteki, która niemal wypełniała pokój. Chwilę wczytywał się w grzbiety dokumentów. Wyciągnął rękę. Wyjął grubą, obłożoną czerwoną skórą, dużą księgę. Rozłożył ją na stole. Pochylił się nad nią. Sięgnął do kieszeni. Wyjął mały aparat fotograficzny. Przewracał powoli strony, robiąc każdej z nich zdjęcie. Poświęcał niektórym stronom więcej uwagi. Czas płynął. Skradzione archiwum rosło. Rzeka tajemnic wypływała poza koryto swojego skarbca. Zakapturzony człowiek wyprostował się. Znieruchomiał. Wsłuchiwał się w dochodzące z korytarza odgłosy kroków. Zbliżały się. Idący korytarzem byli niebezpiecznie blisko. Po chwili jednak głosy ucichły. Człowiek w kapturze sięgnął ręką do stojącej na stole lampy. Światło zgasło. Odsunął się w narożnik pokoju. Zamarł w bezruchu. Ktoś, z drugiej strony, na korytarzu, położył rękę na klamce, która pociągnięta w dół uwolniła zamknięte drzwi. Otwierały się powoli. Do ciemnego pokoju wpadła łuna światła, pochodząca z ręcznej latarki. Przesuwała się po ścianach i wypełniających pokój meblach. Zatrzymała się na skulonej postaci w habicie. Przesunęła się dalej. Zatrzymała się. Wróciła, oświetlając tajemniczą postać. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Trzymający w ręce latarkę strażnik krzyknął. Jego partner rzucił się do pokoju. Postać w kapturze przesunęła się sprawnie w drugim kierunku. Okrążyła stół. Jednym, niemal kocim skokiem, nieznajomy stanął w otwartych drzwiach. Odepchnął oburącz zdumionego strażnika. Rzucił się w czeluść korytarza. Leżący na ziemi strażnik sięgnął po krótkofalówkę. Zaczął do niej krzyczeć, wzywając pomocy. Przekazał kierunek ucieczki nieznajomego. Drugi ze strażników wypadł z pokoju. Spojrzał w prawo. Zobaczył znikającą postać. Rzucił się w pościg. Biegł szybko. Człowiek w habicie zbiegał po marmurowych schodach. Skręcił w lewo w długi korytarz, na końcu którego pojawili się watykańscy strażnicy. Zaczęli krzyczeć, wskazując uciekającego. Ten, zobaczywszy ich, zatrzymał się. Odwrócił się za siebie. Dostrzegł ścigającego go strażnika. Ruszył do przodu. Przebiegł kilkanaście kroków. Zatrzymał się przed dużymi drzwiami. Nacisnął klamkę. Drzwi otwarły się. Widać było, że tajemniczy uciekinier wie, dokąd biec. Teraz uciekał przez ogromną salę, wypełnioną olbrzymimi lustrami. Ścigający go wpadli do komnaty. Krzyczeli, biegnąc za nim. Jeden z nich mówił coś do trzymanej w ręce krótkofalówki. Po chwili wbiegli do kolejnej dużej sali. Nikogo w niej już nie było. Drzwi były szeroko otwarte. Przyspieszyli. Wybiegli na korytarz. Na ich widok mężczyzna w habicie zniknął. Pobiegli za nim. Dwóch z nich zbiegało po schodach. Trzeci zatrzymał się. Spojrzał przez okno na plac przed Bazyliką św. Piotra. Zobaczył ściganego. Ten biegł przez pustoszejący plac, przez nikogo niezatrzymywany. Po chwili zobaczył dwóch ścigających go strażników. „Ucieknie im!” – pomyślał. W chwili, w której zbieg zbliżał się do miejsca, gdzie plac przechodził w szeroką ulicę, z obu stron wybiegło kilkunastu strażników i ludzi w policyjnych mundurach. Odcięli mu drogę. Zatrzymał się, rozejrzał dookoła. Zrezygnował. Podbiegli do niego. Rzucili go na bruk. Po chwili stał pośród nich, z rękami skutymi z tyłu. Pochyloną głowę przykrywał kaptur. Strażnicy wzięli go pod ręce i zaczęli prowadzić z powrotem w kierunku bazyliki. Nie zdjęli mu kaptura. Nie chcieli pokazywać jego twarzy postronnym obserwatorom. Watykan miał swoje reguły i zasady postępowania. Potrafił strzec swoich tajemnic. Obserwujący całą sytuację jeden ze strażników poprosił przez radiotelefon o powiadomienie kardynała. Zaciekawieni niezwykłym zdarzeniem turyści powoli rozchodzili się. Plac pustoszał. Strażnik odszedł od okna. Skierował się do biura watykańskiej straży. Po kilku minutach był w jego wnętrzu. Pokój, w którym się znalazł, wypełniało kilkunastu ludzi. Spoglądali w kierunku drugiego pomieszczenia, do którego drzwi były otwarte. Na jego środku stał mężczyzna w habicie. Otaczało go czterech strażników. Czekali. Minuty mijały. Kim był człowiek, którego twarz pozostawała w ukryciu? Czyje polecenia wykonywał, przeszukując tajne watykańskie archiwum? Komu służył? Czy miał jakiś związek z zamachem na kardynała Romanazziego? Te pytania pozostawały bez odpowiedzi. Nagle drzwi z drugiej strony pokoju otwarły się. Do pokoju wszedł szef watykańskiej straży w otoczeniu kilku osób. Zatrzymali się naprzeciwko złapanego intruza. Stojący obok strażnik zdawał relację. Kardynał wskazał ręką na nieznajomego. Powiedział coś. Strażnik podszedł do niego. Sięgnął rękami w kierunku zakrywającego mu twarz kaptura. Ściągnął go gwałtownie. Kaptur opadł na ramiona nieznajomego. Wszyscy ujrzeli jego twarz – twarz zaufanego sekretarza kardynała Carrasoniego.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Fragment powieści "Kod Władzy": Rozdział Rozdział 47 Watykan



Kardynał Carrasoni otworzył drzwi do pokoju swojego sekretarza. We wnętrzu panował półmrok. Na łóżku leżał młody mężczyzna. Poranne słońce przedostawało się przez przysłonięte grubymi storami okno.
– Wstań Claudio – powiedział kardynał do śpiącego mężczyzny. – Wstań, jesteś mi potrzebny.
Zbudzony poderwał się z łóżka. Spojrzał na zegarek. Dochodziła piąta.
– Już, już wstaję. Włożę tylko szlafrok. Czy może mam się ubrać?
– Nie Claudio, nałóż coś na siebie i przyjdź do mnie.
– Dobrze, już idę.
Kardynał wyszedł z pokoju. Chłopak ubrał szlafrok, pantofle i wszedł na chwilę do łazienki. Przemył twarz i wytarł ją ręcznikiem. Szybko przemierzył odległość dzielącą go od gabinetu kardynała. Zastał go za biurkiem.
– Jestem. Co mam zrobić?
– Połącz mnie z Poulem – odezwał się kardynał. – Powinien mieć przy sobie telefon. Szukałem jego numeru, ale na próżno.
– Jest dosyć wcześnie. Mam nadzieję, że będzie uchwytny.
Chłopak wyszedł z pokoju.
Po chwili na biurku kardynała zadzwonił telefon.
– Łączę z Poulem. Na szczęście odebrał, jest na linii – oznajmił Claudio.
– Dziękuję ci.
W słuchawce zapanowała krótka cisza.
– Poul? Jesteś tam? – zapytał kardynał.
– Jestem, Wasza Eminencjo.
– Gdzie konkretnie jesteś?
– W Polsce, na drodze ze Szczecina do Gdańska, w przydrożnym hotelu. Wracam do przyjaciela kardynała Romanazziego. Powinienem dojechać dzisiaj po południu na miejsce.
Czy coś się stało?
– Powiedz mi, czy coś wykryłeś? – zapytał krótko kardynał.
– Musiałbym dużo opowiadać, ale jestem pewien, że dzieje się coś złego. Istnieje grupa osób, być może są ich dziesiątki, która wpływa na zdarzenia polityczne.
– Czy wiadomo dlaczego? – przerwał mu kardynał.
– Myślę, że ich głównym celem jest stworzenie systemu wpływu politycznego i gospodarczego. I coś jeszcze...
– Co?
– Ta ich działalność ma również, a może przede wszystkim, za zadanie zniszczenie, a przynajmniej osłabienie pozycji Kościoła. Mam wrażenie, że to, co dzieje się w polskim Kościele, jest elementem tej gry.
– Tak... – zadumał się kardynał.
– Muszę jeszcze dodać, że znalazłem też bardzo silne związki z wydarzeniami, jakie kierowały Europą w czasie drugiej wojny światowej. To wszystko jest dziwne, ale bardzo logiczne. Kardynał przerwał rozmowę. Zamyślił się znowu.
– Halo... – usłyszał w słuchawce.
– Jestem – odpowiedział. – Zaczyna pojawiać się coraz więcej problemów. Myślę, że są ludzie, którzy właśnie teraz się uaktywnili. W Watykanie toczy się walka pomiędzy poszczególnymi frakcjami, a wielu hierarchów usiłuje wpłynąć na postępowanie papieża. On sam chciałby, aby Kościół skupił się na głoszeniu ewangelicznego orędzia i został pozbawiony zbyt wielu struktur, co spotyka się z dużym oporem ze strony hierarchów. Podam ci kilka przykładów: między innymi sprzeciw francuskich biskupów wobec powrotu przedsoborowej liturgii po łacinie, powstrzymanie reorganizacji Kurii Rzymskiej w celu zmniejszenia liczby urzędów i ograniczenia wydatków, zablokowanie wymiany nuncjuszy apostolskich w najważniejszych stolicach, zepchnięcie na margines przedstawicieli Opus Dei. To wszystko bardzo mnie niepokoi dlatego, że łączy się w całość. Wspominam ci o tym, bo chcę, byś wiedział, na jakie powiązania zwrócić szczególną uwagę. Wszak ktoś z zewnątrz może inspirować całe to zamieszanie.
– Rozumiem. Co mogę zrobić
– Postaraj się rozsądnie kontynuować twoje zadanie. I uwa-
żaj na siebie. Niech cię Bóg prowadzi.
– Bóg zapłać.
Kardynał odłożył słuchawkę.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Fragment powieści "Kod Władzy" rozdział 41 Bazylika św. Piotra, Watykan

Kolejka do konfesjonału była długa. Stojący w niej ludzie czekali cierpliwie, aż przyjdzie ich czas. Czas wyznania największych tajemnic. Czas zrzucenia z siebie odpowiedzialności oraz nadziei na wymazanie zdarzeń określanych przez ich wiarę mianem grzechu. Spowiedź odbyta w tym miejscu miała szczególne znaczenie. Oczyszczała. Przynosiła ulgę.


Bazylika wypełniona była setkami turystów. Podchodzili pod posąg św. Piotra, by natchnąć się mistyczną przepowiednią, wyrazić swoje pragnienia. Po dotknięciu stopy świętego przechodzili dalej, gubiąc się w ogromie monumentalnego wnętrza.

Przesuwający się powoli, szeroki strumień tysięcy ludzi ożywiał to szczególne dla świata miejsce. Płynął niczym krew dostarczająca tlenu.
Ksiądz w konfesjonale wsłuchiwał się w szept spowiadających się ludzi. Siedział z pochyloną głową. Jego nieruchome, przymknięte powieki i spoczywające na kolanach złożone ręce, stwarzały wrażenie, jakby pochylał się nad każdym kierowanym do niego słowem. Czasem ożywiał się, zwracając twarz w kierunku spowiadającego się. Mówił mało, niezbyt głośno. Gest ręki wykonujący znak krzyża kończył krótkie spotkania.
Odchodzili od konfesjonału wyprostowani, pokrzepieni. Szli do ławek lub klękali na marmurowej posadzce. Modlili się.
Ksiądz wstał. Wyszedł z konfesjonału. Stanął twarzą do oczekujących ludzi.
– Muszę przerwać spowiedź – zwrócił się do nich. – Musicie mi wybaczyć. Przejdźcie obok – wskazał ręką. – Przepraszam.
Wyszedł przed bazylikę. Spojrzał przed siebie. Ostre słońce oślepiło go. Zasłonił oczy ramieniem.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – usłyszał niski, męski głos.
Odsunął rękę. Przed nim, stopień niżej, stał nieznajomy mężczyzna.

– Na wieki wieków. Amen – odpowiedział.
– Nie przyszedłem do spowiedzi. Czekałem tutaj.
– Nie chcesz się spowiadać? To co tu robisz? – zapytał spowiednik.
– Przyjechałem z Wewelsburga.
– Rozumiem. Czy chcesz mi coś przekazać?
Zapadła cisza.
– Zostałem przysłany…
– Wiem – przerwał.
– Niezbędne są pewne informacje…
– Jakie? – zapytał krótko.
– Chodzi o księży… chodzi o księży – powtórzył klęczący człowiek – którzy mieli intymne relacje z osobami, z którymi się kontaktowali…
– Z kobietami?
– Nie.
– Rozumiem.
– Z pewnością są w jakimś archiwum.
– Z pewnością. Znajdę je. Muszę mieć trochę czasu. Proszę przyjść za tydzień. Tu i o tej samej godzinie.
– Dobrze, będę za tydzień.
Rozstali się. Ksiądz odszedł. Skierował się w kierunku budynków mieszkalnych.
Przechodząc przez watykańskie korytarze, zastanawiał się nad zadaniem, którego treść przekazał mu nieznajomy.
Nie zadawał pytań o sprawy, które kazano mu załatwiać. Złożył przysięgę organizacji i był jej wierny. Starał się wypełniać swoje obowiązki bardzo sumiennie. Kierował się pozornie oczywistą zasadą: im mniej wiesz, tym mniej zaszkodzisz sobie i innym. Ponosił ryzyko, wypełniając swoją misję.
Wiele lat temu ktoś, kto uratował mu wówczas życie, zachęcił go do współpracy z pewną grupą ludzi. Był młodym człowiekiem. Czuł się zobowiązany. Imponowała mu świadomość obecności wpływowych przyjaciół. To dzięki nim robił karierę w Watykanie. Dzięki nim tam się dostał.
– Szczęść Boże – usłyszał głos.
Spojrzał na przechodzącego mężczyznę.
– Szczęść Boże – odpowiedział.
Przechodzący człowiek zatrzymał się. Był to osobisty lekarz papieża.
– Czy przeziębienie księdzu już minęło? – zapytał uprzejmie.
– Dzięki Bogu czuję się znacznie lepiej. – Uśmiechnął się. – Bardzo dziękuję za troskę.
– Proszę pamiętać, zdrowie przede wszystkim. Nie należy się przemęczać – odparł życzliwie lekarz.
Ksiądz pokiwał głową.
– Staram się. Jednak… nie zawsze mi wychodzi.
Lekarz roześmiał się.
– Potrzebni jesteśmy tu, na ziemi. Tam – wskazał na niebo widoczne zza okna – wielu jest takich, których nie trzeba zastępować.
– Święte słowa, muszę to sobie codziennie powtarzać.
– Otóż to, modląc się za innych, warto pamiętać o sobie. Pójdę już, obowiązki wzywają. Z Panem Bogiem.
Ksiądz ukłonił się na pożegnanie. Rozeszli się.
Lubił tego człowieka. Był zawsze pogodny. Dla wszystkich życzliwy. Gotowy w każdej chwili pomóc. Znał tajemnice wielu watykańskich urzędników. Radzili się go. Mogli liczyć na jego bezinteresowną pomoc.
Ksiądz udał się w kierunku prywatnych apartamentów papieża.

poniedziałek, 17 marca 2014

Fragment powieści "Kod Władzy": Rozdział 25 Schloss Bellevue, Berlin, Niemcy

fot. Pudelek/Wikipedia
Sześćdziesięciokilkuletni mężczyzna przechadzał się po pokoju. Pocierał dłonią widoczną na twarzy bliznę. Myślał nad czymś usilnie. Kilku mężczyzn siedzących na fotelach przed nim czekało, aż się odezwie.
– Nie podoba mi się to, co się dzieje – zatrzymał się. Przerwał milczenie. – Nie podoba… – powtórzył. – Ci księża w Watykanie knują między sobą, nie licząc się z nikim – zmarszczył brwi. – Nasi ludzie… zupełnie nad tym nie panują. Wierzcie mi – spojrzał na nich. – Nie po to jest nas tylu, by nie mieć kontroli nad tym wszystkim. Szczególnie tam, gdzie podobno… – przerwał, marszcząc czoło – wszystko kontrolujemy. 
– Czyżby stało się coś, o czym nie wiemy? – zapytał ubrany w biały garnitur, szpakowaty mężczyzna.
– Właśnie. Otóż Watykan, wbrew manifestowanej, oficjalnej postawie, prowadzi intensywne rozmowy z przedstawicielami innych Kościołów. Szczególnie ze Wschodem – podszedł do biurka.
– Wiecie, że od setek lat coś próbują uzgodnić. Zwróćcie uwagę, że nasze interesy jednak nie zawsze są zbieżne. Swoją drogą niedopuszczalnym jest, byśmy nie wiedzieli o ruchach, które mogą mieć wpływ na opinię społeczną i komplikować nasze interesy. Nie lubię wykorzystywać drastycznych metod, ale… – zawiesił głos. – Szkoda, że nie mogę działać oficjalnie.
– Każdy z nas – włączył się człowiek w białym ubraniu – jest w takiej samej sytuacji. Myślimy co innego, robimy co innego. Nigdy jednak nie zwątpiłem, że przyjdzie taki czas, by bez skrępowania pokazać kto decyduje o przyszłości świata.
– Tak… zgadzam się z tobą – potwierdził człowiek z blizną.
– Ja też w to wierzę i dlatego musimy wzmocnić swoją pozycję, nawet gdybyśmy musieli zrobić to na siłę, eliminując przeciwników. Nie pozwolę – wyprostował się – by Kościół porozumiał się z kimś trwale. Jego pozycja wówczas się nadmiernie wzmocni. Nie jest nam po drodze z silnym Watykanem. Im słabsza jego pozycja, tym lepiej.
– Co możemy zrobić? – zapytał mężczyzna w ozdobnym, wojskowym stroju.
– Po pierwsze, skontaktuj się z Aksanem i powiedz mu, że nie mogą dopuścić, by człowiek wysłany przez Watykan doleciał do Indii. Ma on wieść tajne porozumienie, ale… nie to jest najważniejsze. Ważniejszy jest ów człowiek, który nie może tam dolecieć. Zadzwoń do Aksana i powiedz, by to wyglądało jak typowy zamach.
I jeszcze jedno. Powiedz mu, że dość mam już nieudanych zamachowców. Tracimy tylko pieniądze i czas.
– Załatwione. Nie powinno być z tym problemu. Czy coś jeszcze możemy zrobić?
– Tak jak już wiele razy mówiliśmy, musimy znaleźć sposób, by osłabić wpływ Watykanu, by osłabić jego pozycję. Musimy doprowadzić do odejścia ich wyznawców. Wierzcie mi, że o wiele łatwiej porozumieć się z każdym nowo wybranym przywódcą politycznym, jak z tymi konserwatywnymi klechami pilnującymi swojej pozycji niczym prawdziwego skarbu. Potrzebny jest dobry pomysł.
Zapadło milczenie. Obecni zastanawiali się.
– Może jakiś tajny protokół, który przedostanie się do prasy?
Zawsze może w nim się znaleźć coś, co zbulwersuje ludzi.
– Nie, to musi być wiarygodne. Wiarygodne i jednocześnie bardzo trudne do wyjaśnienia. Coś, czego nie można zdementować na jednej konferencji i co nie będzie dotyczyć jednego niewiarygodnego członka ich społeczności. Ponownie zapanowało milczenie.
– Mam pewną ideę – odezwał się ostatni z uczestników spotkania. 
Spojrzeli na niego zaciekawieni.
– Jest pewien problem, z którym sobie nie poradzą. Pomysł jest prosty i niezwykle nośny.
– Mów, zaciekawiłeś mnie…
– Od czasu do czasu pojawiają się szybko wygaszane afery, hm…związane z moralną postawą księży, szczególnie wobec znacznie młodszych od nich partnerów.
– Myślisz o wykorzystywaniu chłopców? – zainteresował się człowiek z blizną na twarzy.
– Właśnie. Myślę, że umiejętne, stopniowe podkręcanie takiej afery może znacznie osłabić siłę Kościoła, odbierając mu część obecnych zwolenników.
Mężczyźni spojrzeli na niego z podziwem.
– To znakomity pomysł.
– Nic nie boli tak, jak zawód ze strony swoich pasterzy – uśmiechnął się.
– Tak, ale to mogą być jedynie sporadyczne przypadki – zaniepokoił się człowiek z blizną.
– A jakie to ma znaczenie? Ważne jest to, że zawsze znajdziemy jakiegoś wiarołomnego kapłana, który kiedyś w życiu narozrabiał. Zawsze i wszędzie. I co najważniejsze, z jednego, nawet mało udowodnionego przypadku będzie można zrobić wielką aferę. Nie ma ludzi idealnych, w każdym środowisku znajdą się czarne owce. Te są dla nas jednak najbardziej atrakcyjne.
Mężczyzna uśmiechnął się.
– Co panowie na to? – zapytał.
– Nie będzie najmniejszego problemu ze znalezieniem takich przypadków. W Watykanie pewnie leżą na półkach. Wystarczy je wydobyć na wierzch. Trucizna sączona powoli. Skoro rtęć powaliła największego cesarza Chin, zatruje każdy organizm. Ważne jest aby czynić to konsekwentnie i bez skrupułów.
– Nie przychodzi mi do głowy nic innego, nic ciekawszego. Panowie – człowiek z blizną podniósł głos – nie będziemy ukrywać, że od setek lat ścierają się interesy władzy i Kościoła. I nie zawsze im po drodze. Czas przyspieszyć kres tej wojny. Czas pokonać tych, którzy posiedli rząd dusz i tak bardzo wmieszali się w historię świata. Przyszedł czas próby. Hans – spojrzał na jednego z mężczyzn – skontaktuj się z naszym człowiekiem w Watykanie. Niech poszuka czegoś, co nas może zainteresować. I to najlepiej poza Watykanem. Na początek coś niewinnego. Coś, co będzie niby naturalną kontynuacją tego tematu, który od czasu do czasu odżywa. I jeszcze jedno. Panowie, czas zebrać się w Wewelsburgu. Powiadomisz wszystkich. Mają natychmiast przybyć na spotkanie. Czy ktoś uważa inaczej?
Rozejrzał się dookoła.
– Skoro nie widzę sprzeciwu, to uważam dzisiejsze spotkanie zazakończone.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Fragment powieści "Kod Władzy": Rozdział 15 Pałac Arcybiskupów Krakowskich, Kraków, Polska

Poprzedni rozdział
fot.Ludwig Schneider / Wikimedia

Poul przechadzał się po pokoju jadalnym w oczekiwaniu na kardynała. Wskazówki stojącego w rogu pokoju zegara powoli zmierzały do godziny dwudziestej. Na samo wspomnienie swojej popołudniowej przygody ogarniał go strach. Nie potrafił logicznie wytłumaczyć zdarzenia, które go spotkało. Bardzo chciał wierzyć w to, że stał się przypadkowym uczestnikiem czyichś brutalnych porachunków. Postanowił opowiedzieć o wszystkim kardynałowi, zapominając o urokach miasta. Głos kuranta wybijającego godzinę dwudziestą przywrócił go do rzeczywistości. Jednym z uroków kościelnej architektury było oddzielanie miejsc przeznaczonych dla zwykłych osób od pomieszczeń, w których przebywali kościelni dostojnicy. Ta widoczna oznaka posiadanych przywilejów dodatkowo wzmagała chęć dążenia do osiągnięcia wyższej pozycji, doskonale wkomponowując się w wielowiekową hierarchię kościelnych obyczajów. Poul zdał egzamin ze znajomości realiów, w których się znajdował, na ocenę wyższą niż przeciętna. Zawsze zdyscyplinowany i uprzejmy starał się dostosować do zasad panujących w środowisku, które stało się jego domem. Być może z przyjęcia takiej właśnie postawy wynikały zaufanie i sympatia jego przełożonych. Mimo swojego młodego jeszcze wieku był już w miejscu, o którym wielu mogło jedynie marzyć. Drzwi otwarły się z cichym skrzypnięciem. Do pokoju wszedł kardynał. Skierował się w stronę oczekującego go mężczyzny. Spotkali się pośrodku pokoju. Poul uklęknął przed dostojnikiem. Kardynał wykonał gest, jakby chciał podnieść go z kolan.
– Witaj mój synu. Cieszę się, że mogę cię gościć. Wstań, proszę – odezwał się.
Poul wstał. Uśmiechnął się, spoglądając w oczy kardynała.
– Dla mnie to wielkie przeżycie. Jestem ogromnie zaszczycony – odpowiedział.
– Siadaj, proszę – gospodarz wskazał miejsce przy stole. – Pozwolisz, że porozmawiamy podczas kolacji?
– Z przyjemnością – odparł Poul, czekając, aż kardynał usiądzie pierwszy.

Zasiedli za stołem starannie przygotowanym do wieczornego posiłku.
Do pokoju weszły dwie zakonnice, podając przystawkę. Na widok szynki, szparagów i jajka pokrytego kawiorem Poul poczuł się głodny i uświadomił sobie, że przygoda, jaką przeżył, sprawiła, że zupełnie zapomniał o jedzeniu.
– Smacznego. Jak podoba ci się Kraków? – odezwał się kardynał.
– Cudowne miasto. Zwiedziłem Wawel… – Poul urwał.
Kardynał spojrzał pytająco na swojego gościa.
– Cudowne, ale chyba niezbyt bezpieczne… – zawahał się Poul.
– Niebezpieczne? Skąd taki wniosek? – kardynał wyraźnie się zdziwił.
– Miałem nieprzyjemną przygodę… Z zamku poszedłem na rynek.
Przyznam, że zrobił na mnie wrażenie… Zwiedziłem piękny budynek stojący pośrodku, a gdy wyszedłem z niego, podszedłem do straganów z kwiatami. Zatrzymałem się na chwilę. I nagle… usłyszałem obok siebie świst… wypełniony kwiatami dzban rozprysł się… Jestem pewien, że obok mnie przeleciała kula wystrzelona z broni.
– Czy jesteś tego pewien?! – kardynał podniósł głos. Nie ukrywał zaskoczenia.
– Chyba tak… Tak. Zauważyłem człowieka uciekającego z miejsca, z którego mógł oddać strzał. Otaczający go ludzie zorientowali się, co się wydarzyło, zrobiło się zamieszanie.
– To niesłychane! – wykrzyknął kardynał. – Czy zauważyłeś, by
ktoś cię śledził?
– Nie. Chociaż muszę przyznać, że nie zwracałem uwagi na
otaczających mnie ludzi – odpowiedział Poul. – Po tym dziwnym wydarzeniu wszedłem do kościoła, by podziękować Bogu za ocalenie. Zamilkli na chwilę. Zakonnice ponownie weszły do pokoju, przynosząc zupę z polskich grzybów. Wychodząc, zabrały zbędne naczynia.
– Miałeś dużo szczęścia – zadumał się kardynał. – Zastanawiałeś się, jak to wytłumaczyć?
– Jedyne, co przyszło mi do głowy, to przypuszczenie, że mogłem znaleźć się całkiem przypadkowo w środku jakichś porachunków – odparł Poul.
– A nie wydaje ci się, że ktoś nam nieżyczliwy mógł dowiedzieć się o twojej misji? – na twarzy kardynała widać było niepokój. Poul zastanawiał się przez moment nad odpowiedzią.
– Nie mogę wykluczyć takiej sytuacji. Chociaż… byłoby bardzo niedobrze, gdyby ktoś wiedział…. – przerwał na chwilę. – Zważywszy jednak na podejrzenia, iż ktoś reżyseruje w Watykanie przeciwko nam ostatnie wydarzenia, może być to całkiem prawdopodobne.
– Musisz powiadomić kardynała o tym, co zaszło.
– Oczywiście uczynię to niezwłocznie – opowiedział Poul.
– Napijmy się wina, może cię trochę uspokoi. Niczego w tej chwili nie wymyślimy – powiedział z troską w głosie kardynał. Podniósł kryształowy kielich do ust. Poul po chwili zrobił to samo.
Zapanowała chwila milczenia, którą przerwał kardynał.
– Trzeba podziękować Bogu, że nad tobą czuwał. O ile wiem, nic takiego wcześniej się nie wydarzyło. Będę się za ciebie modlił.
– Bóg zapłać – odpowiedział Poul. – W końcu sprawa, dla której tu przyjechałem, nie wydaje się być ani zwyczajna, ani bezpieczna. Szukam pewnego człowieka…
– Tak, wiem – przerwał kardynał. – Szukasz naukowca z Warszawy, który ostatnio był gościem w Watykanie.

Właśnie – podchwycił Poul. – Ten naukowiec miał się spotkać z kimś, kto ostatnio został otruty. Prawdopodobnie przez rosyjskich agentów.

– Tak, słyszałem o tym. Z tego co wiem, ten Polak bywał już wcześniej u nas. Był przyjacielem kardynała Romanazziego.
– Nie miałem o tym pojęcia. Dostałem zadanie znalezienia przyjaciela kardynała, ponieważ to właśnie ten człowiek, jak podejrzewamy, wiedział o tajemnicy. Kardynał chciał ją przekazać papieżowi tuż przed swoją tragiczną śmiercią. I jeszcze jedno… ten zmarły w Londynie agent mógł być powiązany z tą sytuacją. Co więcej, mógł zostać zamordowany, kiedy ktoś zaczął go podejrzewać o zdradę wspomnianej tajemnicy – odpowiedział Poul.
– Czy wiesz już coś bliższego o tym agencie?
– Rozmawiałem o nim ze swoim przyjacielem, Anglikiem. Jest dyrektorem szpitala, w którym zmarł zamordowany agent. Mówił mi, że umierający przed śmiercią opowiadał dziwne rzeczy. Wspominał coś o klinikach Lebensbornu, o skarbach Trzeciej Rzeszy mających finansować spisek osób wpływowych i obecnie rządzących. Mających wpływ na światową politykę. Wspomniał również o czymś pod ziemią. O jakiejś bazie? Brzmi to dziwnie, ale z tego, co zrozumiałem, to o jakimś logistycznym zapleczu. Miejscu sięgającym jeszcze czasów minionej wojny. Niestety jego wypowiedzi były zbitką pojedynczych zdań, wypowiedzianych w czasie agonii.

Dyżurujący przy nim lekarz nie bardzo skupiał się nad logiką zdań, które przypadkiem słyszał.
– Coś jeszcze mówił? – zapytał wyraźnie zainteresowany kardynał. Poul zastanowił się chwilę. Pospiesznie podniósł kieliszek, przesunął go do ust, wypijając sporą ilość czerwonego trunku.
– Mówił coś o nowym ładzie w Europie. Odebrałem to jako retorykę rodem z hitlerowskich Niemiec. Na szczęście ta niszcząca ideologia umarła z Adolfem Hitlerem kilkadziesiąt lat temu. Mężczyźni po raz kolejny przerwali rozmowę. Zaserwowano główne danie. Zgodnie z najlepszym polskim obyczajem podano kaczkę z kaszą. Gdy zostali sami, kardynał odezwał się.
– Jesteś pewien, że Hitler popełnił samobójstwo, a jego, jak powiedziałeś, ideologia umarła w czterdziestym piątym roku?
– Jak to? Przecież znaleziono jego ciało?! – zdziwił się Poul.
– Przez wiele lat powszechnie uważano, że Adolf Hitler i Ewa Braun popełnili samobójstwo. Przekonanie to opierało się na zeznaniach tych osób, które znajdowały się w bunkrze pod Kancelarią Rzeszy. Na odgłos strzału mieli oni wejść do gabinetu Hitlera. Według zeznań kamerdynera Lingego, potwierdzonych przez Axmanna i Günschego, adiutanta wodza, Hitler i Ewa Braun siedzieli na sofie. Pistolet miał leżeć na podłodze u stóp mężczyzny. Z prawej skroni Hitlera miała wyciekać krew. Na stoliku obok można było dostrzec ampułki z trucizną. Ewa Braun, leżąca z podkulonymi nogami na kanapie, miała przegryźć jedną z nich… Podobno zapach cyjanku potasu w pomieszczeniu był wyjątkowo silny. Wydawało się oczywiste, że Hitler strzelił sobie w głowę, zaś Ewa, na której ciele nie było ran,połknęła truciznę. Ciała zawinięto w koce, wyniesiono z gabinetu i przekazano dwóm oficerom SS, którzy zabrali je w stronę zapasowego wyjścia z bunkra. Reszta miała się odbyć w całkowitej tajemnicy, dlatego zadbano, aby w korytarzach nie było nikogo. Zwłoki złożono w leju po bombie, oblano benzyną i podpalono.
Kardynał przerwał i spojrzał na zaciekawionego Poula.
– Wiem, że pojawiły się pewne wątpliwości co do prawdziwości zeznań świadków, o których mówi wasza eminencja…
– Masz rację – podjął kardynał. – 2 maja walki w Berlinie zostały zakończone. W radzieckiej niewoli znaleźli się Kempka, Linge, Axmann, a więc osoby, które były najbliżej Hitlera, gdy ten miał popełnić samobójstwo. Oczywiście Rosjanie doskonale zdawali sobie sprawę, jak ważni ludzie znaleźli się w ich rękach. Przesłuchania z pewnością były bardzo dokładne. Obecnie wiemy już na pewno, że Linge kłamał. Jeżeli Hitler strzeliłby sobie w głowę, to ślady krwi musiałyby znajdować się na ścianie. Tak jednak nie było, co doskonale widać na zdjęciach zrobionych przez Rosjan. W 1993 roku ujawniono protokół z sekcji zwłok Hitlera. Zawiera on stwierdzenie, że między zębami wodza znaleziono szkło i że ślady cyjanku potasu odkryto w jego organach wewnętrznych. Druga sprawa: w Państwowym Archiwum w Moskwie znajduje się fragment czaszki Hitlera. W jej przedniej części widać otwór po kuli. Czaszka jest bardzo zniszczona i nie można w chwili obecnej stwierdzić, czy jest to otwór wylotowy, czy wlotowy. Jeżeli prawdziwa jest ta druga możliwość, że jest to otwór wylotowy, to oznacza to, że lufa broni, z której oddano strzał, znajdowała się w ustach lub pod brodą zabitego. Jeżeli jednak jest to otwór wlotowy, to nie może budzić wątpliwości, że strzelał ktoś inny.
– Jak więc mogło się to odbyć? – zapytał Poul.
– Przeanalizujmy, jeżeli pozwolisz, inną wersję wydarzeń. – Przyjmijmy, że Linge wszedł do gabinetu Hitlera i zobaczył, iż ten klęczy na podłodze i toczy pianę z ust. W dłoni trzyma pistolet. Cyjanek, który zażył przed momentem, nie zadziałał. Na prośbę wodza Linge wyjął z jego ręki pistolet i strzelił mu z góry w głowę.
Następnie ułożył zwłoki na kanapie przy ścianie i wyszedł z pokoju…
– Co przemawia za takim rozwojem wypadków? – zapytał Poul.
– Hitler brał bardzo dużo leków. Nie powinno to dziwić, jeśli weźmie się pod uwagę ogromne napięcie, w jakim żył pod koniec wojny. Gdy cyjanek nie zadziałał, nie miał już dość siły, aby do siebie strzelić, i to Linge go dobił. Osoby badające zwłoki, zwróciły uwagę na fakt, że odłamki szkła z fiolki z trucizną między zębami wskazują, że ta została skruszona, a nie przegryziona. Oczywiście można przyjąć założenie, że Hitler mógł rozkruszyć ampułkę w palcach, a następnie wsypać truciznę do ust, należy jednak pamiętać, że cyjanek działa natychmiastowo i Hitler nie miałby czasu, aby sięgnąć po pistolet, włożyć lufę w usta lub przyłożyć ją do głowy i wypalić. Niewykluczone zatem, że Hitler nie popełnił samobójstwa, lecz został zamordowany.
– A co się stało z Ewą Braun? – zapytał Poul.
– Tu też mamy do czynienia z wieloma niejasnościami, a sporo do myślenia dają wyniki sekcji zwłok kobiety z ogrodu Kancelarii Rzeszy opublikowane w połowie lat 90. Wyraźnie wskazywały one, że nie była to Ewa Braun, lecz osoba, która zginęła na skutek trafienia odłamkami. Wydaje się, że już po jej śmierci przebrano ją w niebieską sukienkę Ewy. Przerobiono też uzębienie tej osoby – powszechnie wiadomo, że badanie uzębienia jest jednym z podstawowych działań podejmowanych podczas identyfikacji zwłok. Czyżby chodziło o powstrzymanie pościgu za autentyczną Ewą Braun, która żywa opuściła bunkier? Rosjanie początkowo nie podawali do wiadomości, że odnaleźli zwłoki Hitlera i jego żony. 9 czerwca 1945 roku marszałek Gieorgij Żukow, dowódca wojsk, które zajęły schron pod Kancelarią Rzeszy, stwierdził: Nie zidentyfikowaliśmy zwłok Hitlera. Mógł odlecieć z Berlina w ostatnim momencie… Potwierdzają to nawet oficjalne depesze, takie jak ta z 16 lipca, kiedy to Stalin przekazał prezydentowi Trumanowi, że uważa, iż Hitler cały i zdrowy przebywa w Hiszpanii lub Argentynie. Nie sprecyzował jednak, dlaczego tak sądzi. Należy również wspomnieć, że we wrześniu 1945 roku Rosjanie wydali także oświadczenie, w którym twierdzili, że nie odnaleziono śladów ciał Adolfa Hitlera i Ewy Braun.
– Co się z nimi zatem stało? – spytał Poul.
– Trop prowadzi prosto do małego samolotu, który o świcie 30 kwietnia wystartował z Tiergarten z trzema mężczyznami i kobietą na pokładzie. Wkrótce potem, zanim Brytyjczycy zajęli port, z Hamburga wypłynął duży okręt podwodny, na którego pokładzie znalazła się kobieta. Niewykluczone, że była to Ewa Braun, zaś jednym z pasażerów mógł być Adolf Hitler. Dalsze losy tej łodzi pozostają nieznane.
Kardynał zamilkł.
– Poświęcił eminencja tej historii tak dużo czasu – powiedział Poul. – Czy mam rozumieć, że ma to jakiś związek ze sprawą, dla której zostałem przysłany do Polski?
Kardynał odłożył talerz z daniem. Jedzenie było już zimne.
– Tak. Pozornie wydaje się, że wszyscy hitlerowcy popełnili samobójstwa albo zostali straceni, zmarli w więzieniu. Wszystko to prowadzi do wniosku, że w 1945 roku poglądy tych niebezpiecznych ludzi umarły wraz z nimi. Wydawać by się mogło, że Hitler popełnił samobójstwo i na tym historia ideologii kultów jednostki się skończyła.
– Rozpoczęła się nowa, bezkompromisowa wojna o wpływy… – odezwał się Poul.
– Europa nie była już Europą sprzed wojny. Do gry weszły Stany Zjednoczone z masą własnych, znakomicie przeszkolonych agentów. Zaczęły ingerować w kluczowych sytuacjach w losy niektórych krajów i reżyserować je. W Rosji mordowano miliony ludzi, a między częścią faszystowskich ideologów a rosyjskimi dyktatorami i zapewne amerykańskimi outsiderami władzy powstała zmowa. Spisek, jak powiedział papieżowi Romanazzi.
– Czy to ten spisek zabił kardynała po blisko sześćdziesięciu latach? – zapytał zaintrygowany Poul.
– Być może nie spisek, lecz możliwość jego ujawnienia. Zarówno on, jak i agent zmarły w Londynie musieli wiedzieć więcej ode mnie.
– Rozumiem…
– Wracając do przerwanego wątku – wiele lat temu twórcy obu systemów doszli do wniosku, że ich ostatnie doświadczenia wyraźnie pokazały, że wzajemne wyniszczanie się nie ma sensu, natomiast bezkolizyjna współpraca może doprowadzić do dominacji nad światem. Odżył zawarty przed wojną pomysł zmodyfikowanego paktu Ribbentrop-Mołotow. Twórcy nowej koncepcji uwierzyli, że sojusz obu wielkich krajów i jeszcze kilku innych, jest nie tylko pomysłem na zrealizowanie ideologii nowego ładu w Europie, ale i na świecie. Co gorsza, wiem, że w owym „spisku” wzięli udział również odsunięci od władzy i wpływów agenci amerykańskich służb specjalnych. Aby zrealizować swoje zamierzenia, potrzebowali czasu, pieniędzy i przyszłych wykonawców, którzy już po ich śmierci doprowadziliby plan do końca.– Czy twórcy tych szalonych koncepcji mieli świadomość upływu czasu? – zapytał Poul.
– Oczywiście, ale nie zapominaj, że była to grupa szaleńców, którzy uważali, że odrodzą się ponownie w nowym, stworzonym przez siebie świecie. Wierzyli w świadomą reinkarnację. Potrzebowali wykonawców, którzy pod ich wpływem doprowadzą do realizacji ideologii alternatywnych dla chrześcijaństwa, również poprzez sojusz Niemiec i Rosji, a właściwie może mniej manifestowany sojusz, a realną współpracę polityków, także przy udziale wielu innych wpływowych osób.
– To jakiś obłęd… – powiedział podekscytowany Poul.
– Naturalnie, ale pamiętaj, że ludzie bogaci szukają innych form wyzwalania adrenaliny. A już, nie daj boże, stojąc na łożu śmierci. Szukają nieograniczonej władzy. Ich poprzednicy oczywiście w skrajnej formie działania potrafili wymordować miliony ludzi dla swoich chorych planów. Dlaczego więc nie mieliby zaryzykować kolejnej katastrofy dla spełnienia nowych szalonych idei?
– Niezwykłe… – Poul pokręcił głową. – Jak zabrali się do realizacji swojego dzieła?
– Jak już powiedziałem, potrzebowali pieniędzy i ludzi. Początkowo postanowili sfinansować swoje pomysły, wykorzystując zrabowane skarby III Rzeszy. Później, jak się wydaje, zaczęli do nich dołączać różni, zwabieni perspektywą udziału w nieograniczonej władzy, milionerzy. Ich liczba wzrosła po obaleniu muru berlińskiego. Stworzyli ogromny mechanizm wpływów – ludzi zorganizowanych w tzw. Zakon Rycerzy Wewelsburga.
– Wewelsburga? – zdziwił się Poul. – Cóż to takiego?
– No właśnie… To również tajemnicza historia. Łącząca się zresztą z tym, o czym wspominałeś – z klinikami Lebensbornu.
– Uff, mam wrażenie, że historia toczy się za szybko – stwierdził Poul.
– Właśnie – oparł kardynał. – Napijmy się spokojnie kawy, zjedzmy ciasto, a za chwilę wrócimy do rozmowy. Kardynał wstał i podszedł do drzwi. Wychylił się i coś powiedział. Po chwili do pokoju weszły siostry zakonne. Podały kawę i ciasta, po czym dyskretnie usunęły się.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Fragment powieści "Kod Władzy": Rozdział 11 - Watykan

Poul siedział naprzeciwko kardynała Carrasoniego, który patrzył na niego z życzliwym uśmiechem.
– Prosiłeś mnie rano o informację? – zapytał Poula.
– Tak, to bardzo ważne. Dostałem zadanie od Ojca Świętego.
– Wiem – przerwał mu kardynał. – Masz wyjaśnić sprawę, którą zajmował się tragicznie zmarły przyjaciel Romanazzi. To nie będzie łatwe zadanie.
– Domyślam się – odparł Poul. – Czy coś wiadomo w sprawie śmierci kardynała?
– Staramy się ją wyjaśnić, jednakże wszystkie działania trzymamy w największej tajemnicy. Nie potrzeba nam sensacji na pierwszych stronach gazet. Ta śmierć wydarzyła się przecież na oczach papieża. To on mógł paść ofiarą zamachu. Może właśnie tak miało być. Ktoś wymienił szybę w jego apartamencie. Tak przypuszczamy.
– To bardzo dziwne – odparł Poul.
– Jestem przekonany, że w Watykanie działa ktoś, kto z oczywistych względów uczestniczył w przygotowaniu morderstwa. Powinniśmy teraz wszyscy szczególnie uważać… Ale przejdźmy do tego, z czym do mnie dzisiaj przyszedłeś. Pojedziesz do Krakowa. Zgłosisz się do kardynała, który tam na ciebie czeka. Skontaktuje cię z człowiekiem, którego szukasz. Nie zwlekaj, to naprawdę ważna sprawa. Czekam z niecierpliwością na wiadomości od ciebie. Kardynał wstał, wyciągając na pożegnanie rękę do Poula.
– Życzę ci powodzenia. Uważaj na siebie – powiedział życzliwie.
– Jedź i wracaj zdrów. Niech cię Bóg prowadzi.
– Dziękuję. Dziękuję za informacje, a szczególnie za okazaną życzliwość i troskę.
Poul uścisnął chłodną dłoń kardynała.





Rozdział 12
Stare Kiejkuty, Polska

Zdawać się mogło, że kolejny dzień nie różnił się od dwóch poprzednich. Jednak brak różnicy polegał jedynie na podobnie pięknej pogodzie. Wszystko pozostałe było już inne. Spokój, rozleniwienie i znużenie długą podróżą były dla Marca i Monik jedynie wspomnieniem. Wczorajsza noc zmieniła ich wycieczkę w prawdziwy koszmar. Ścigani dobiegli w nocy do chaty i wślizgnęli się cicho do swojego pokoju. Do rana uzgadniali, co powiedzą, gdy ktoś ich zapyta, dlaczego ich samochód pozostał w lesie. Zasnęli, kiedy świtało zgasło? Teraz spali głęboko, czasem tylko poruszając się nerwowo we śnie na swoich łóżkach.

Przed chatą krzątał się Kajetan. Przygotowywał śniadanie dla siebie i swoich gości. Zastanawiał się, gdzie zniknął ich samochód. Gdy wrócili, już spał. A sen miał jak w najlepszych dziecięcych latach. W oddali słychać było dźwięk policyjnej syreny. Miał wrażenie, że zbliżał się on do jego chaty. Podszedł do balustrady oddzielającej taras od pachnącej poranną rosą łąki. Na polanę wtoczył się jadący szybko policyjny wóz. Podjechał bliżej i zatrzymał się. Z jego wnętrza wysiadło dwóch funkcjonariuszy. Pełne uzbrojenie oraz hełmy na głowach zaniepokoiły Kajetana. Policjanci podeszli do tarasu.
– Dzień dobry. Pan tu mieszka? – zapytał wyższy z nich, będący jednocześnie kierowcą samochodu.
– Tak, razem z żoną spędzamy tu sporo czasu. Jesteśmy z Warszawy, ale bardzo polubiliśmy to miejsce – starał się rozładować wyczuwalne napięcie. – Żony nie ma w tej chwili.
– Czy wobec tego jest pan sam? Z żoną? – zapytał policjant.
– Nie, od przedwczoraj są u mnie goście.
– Kim oni są? – zapytał natychmiast policjant.
– To dwoje Niemców, dziennikarzy. Przyjechali pisać o Mazurach i zatrzymali się przypadkowo u mnie. Nie znaliśmy się wcześniej ale polecił mnie im mój znajomy – odpowiedział.
– Niemcy? – zdziwił się policjant. – Pan zawsze przyjmuje nieznajomych?
– Czy to coś złego? Nie mam tego w zwyczaju, ale pomyślałem, że co mi szkodzi. Chciałem być po prostu uprzejmy, a rekomendacja wystarczająca – uśmiechnął się.
– A gdzie są pańscy goście? Jak tutaj dotarli?
– Śpią jeszcze… Sam jestem zaskoczony, bo nie widzę ich samochodu. Wrócili w nocy, gdy spałem… widocznie musieli go gdzieś zostawić. Może się zepsuł?
– Jaki to był samochód? – zapytał policjant.
– Duże granatowe audi – opowiedział Kajetan.
Policjanci spojrzeli na siebie porozumiewawczo.
– Czy wie pan coś jeszcze o swoich gościach? – kontynuował pytania policjant.
– Nie rozmawialiśmy za wiele… przyjechali niedawno, mieli zatrzymać się u mnie na kilka dni i napisać artykuł. Odpoczywali.
Czy mam ich obudzić?
– Proszę – odparł policjant.
Policjanci weszli na taras. Drugi z nich odpiął zabezpieczenie pistoletu.
Kajetan zniknął w chacie.
Podszedł do drzwi pokoju. Zapukał. Nikt nie opowiedział. Zrobił to jeszcze raz, tym razem znacznie energiczniej.
– Tak? – usłyszał zaspany głos Marca.
– Dzień dobry. Chciałem państwa prosić na taras. To pilne, pyta o państwa policja.
– W porządku, już się zbieramy – odparł Marc.
Kajetan wrócił na werandę.
– Zaraz będą – zwrócił się do policjantów. – Napijecie się czegoś panowie?
– Nie, dziękujemy. Poczekamy na pańskich gości.
Minęło kilka minut.
W drzwiach chaty ukazała się Monik, a w ślad za nią Marc. Wyszli na werandę wyraźnie rozespani.
– Dzień dobry – Marc zwrócił się do policjantów. – Jestem Marc, a to moja redakcyjna koleżanka Monik. Oboje pracujemy dla poważnej gazety… Nie wiedziałem, że polska policja tak szybko działa.
– Tak? – zdziwił się policjant. – Szybko działa? A czego dotyczy to spostrzeżenie?
– Wczoraj wieczorem skradziono nam samochód, czyżbyście panowie mieli dla nas jakieś dobre wiadomości? – Marc starał się mówić tak, by jego głos brzmiał normalnie.
– Skradziono wam samochód? – zapytał policjant. – A o której i gdzie państwo to zgłosili?
– Problem w tym, że tego nie zgłosiliśmy… Nie mieliśmy okazji.
Samochód skradziono nam z leśnego parkingu parę kilometrów stąd. Ledwie trafiliśmy tutaj, do chaty. Nie znamy okolicy i baliśmy się pobłądzić. Tutaj nic w nocy nie jeździ i nie byliśmy w stanie dostać się do jakiejś najbliższej miejscowości.
– Jak to dokładnie się stało? – zapytał policjant.
– Ach, nic nadzwyczajnego. Zwiedzaliśmy trochę okolicę. Właściwie już wracaliśmy, była może 21:30. Monik – wskazał na nie ręką – poprosiła, abym się na chwilę zatrzymał.
Kajetan w tym czasie starał się tłumaczyć Monik treść rozmowy Marca z policjantami.
– Tak – wtrąciła się Monik – chciałam, jakby to powiedzieć, załatwić potrzebę fizjologiczną.
Kajetan przetłumaczył słowa Monik.
– Zatrzymaliśmy się na leśnym parkingu. Monik udała się w stronę pobliskiego zagajnika, a ja poszedłem w przeciwnym kierunku. Niestety zostawiłem nie tylko otwarte drzwi samochodu, ale i kluczyki w stacyjce. Proszę mi wierzyć, nie sądziłem, że coś takiego może nas tutaj spotkać. Słyszałem, że w Polsce często się to
zdarza, ale w takiej głuszy?
– Tak. Wszystko co pan powiedział wymaga formalnego opisania – powiedział policjant. – Pojedziecie państwo z nami na posterunek i tam złożycie zeznania.
– Oczywiście. Już się zbieramy. Przepraszamy za kłopot. Zabierzemy dokumenty.
– Nie zostały skradzione? – Zdziwił się policjant.
– Na szczęście nie, Monik miała je w torebce. Zabrała ją ze sobą.
– Spojrzał na policjanta szukając w nim akceptacji swoich słów.
– Zaraz będziemy gotowi.
Marc i Monik weszli do chaty. Zabrali dokumenty, a wychodząc, pożegnali się z Kajetanem.
– Bardzo cię przepraszamy za kłopot. Nie wiem, o której będziemy z powrotem – odezwał się Marc.
– Nic się nie stało. To wy macie kłopot. Mam nadzieję, że samochód się znajdzie i to szybko – powiedział Kajetan. Marc i Monik wsiedli do policyjnego radiowozu, który zatoczywszy koło obok chaty, oddalił się w kierunku głównej drogi.
Kajetan patrzył jeszcze chwilę na unoszący się kurz. Przez jego głowę przebiegały liczne pytania, na które jeszcze nie znał odpowiedzi.
- See more at: http://pomocnicy.blogspot.com/2013/04/jak-dodac-informacje-o-ciasteczkach-do.html#sthash.uAMCuvtT.dpuf