Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wewelsburg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wewelsburg. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 lipca 2014

Fragment powieści "Kod Władzy" rozdział 41 Bazylika św. Piotra, Watykan

Kolejka do konfesjonału była długa. Stojący w niej ludzie czekali cierpliwie, aż przyjdzie ich czas. Czas wyznania największych tajemnic. Czas zrzucenia z siebie odpowiedzialności oraz nadziei na wymazanie zdarzeń określanych przez ich wiarę mianem grzechu. Spowiedź odbyta w tym miejscu miała szczególne znaczenie. Oczyszczała. Przynosiła ulgę.


Bazylika wypełniona była setkami turystów. Podchodzili pod posąg św. Piotra, by natchnąć się mistyczną przepowiednią, wyrazić swoje pragnienia. Po dotknięciu stopy świętego przechodzili dalej, gubiąc się w ogromie monumentalnego wnętrza.

Przesuwający się powoli, szeroki strumień tysięcy ludzi ożywiał to szczególne dla świata miejsce. Płynął niczym krew dostarczająca tlenu.
Ksiądz w konfesjonale wsłuchiwał się w szept spowiadających się ludzi. Siedział z pochyloną głową. Jego nieruchome, przymknięte powieki i spoczywające na kolanach złożone ręce, stwarzały wrażenie, jakby pochylał się nad każdym kierowanym do niego słowem. Czasem ożywiał się, zwracając twarz w kierunku spowiadającego się. Mówił mało, niezbyt głośno. Gest ręki wykonujący znak krzyża kończył krótkie spotkania.
Odchodzili od konfesjonału wyprostowani, pokrzepieni. Szli do ławek lub klękali na marmurowej posadzce. Modlili się.
Ksiądz wstał. Wyszedł z konfesjonału. Stanął twarzą do oczekujących ludzi.
– Muszę przerwać spowiedź – zwrócił się do nich. – Musicie mi wybaczyć. Przejdźcie obok – wskazał ręką. – Przepraszam.
Wyszedł przed bazylikę. Spojrzał przed siebie. Ostre słońce oślepiło go. Zasłonił oczy ramieniem.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – usłyszał niski, męski głos.
Odsunął rękę. Przed nim, stopień niżej, stał nieznajomy mężczyzna.

– Na wieki wieków. Amen – odpowiedział.
– Nie przyszedłem do spowiedzi. Czekałem tutaj.
– Nie chcesz się spowiadać? To co tu robisz? – zapytał spowiednik.
– Przyjechałem z Wewelsburga.
– Rozumiem. Czy chcesz mi coś przekazać?
Zapadła cisza.
– Zostałem przysłany…
– Wiem – przerwał.
– Niezbędne są pewne informacje…
– Jakie? – zapytał krótko.
– Chodzi o księży… chodzi o księży – powtórzył klęczący człowiek – którzy mieli intymne relacje z osobami, z którymi się kontaktowali…
– Z kobietami?
– Nie.
– Rozumiem.
– Z pewnością są w jakimś archiwum.
– Z pewnością. Znajdę je. Muszę mieć trochę czasu. Proszę przyjść za tydzień. Tu i o tej samej godzinie.
– Dobrze, będę za tydzień.
Rozstali się. Ksiądz odszedł. Skierował się w kierunku budynków mieszkalnych.
Przechodząc przez watykańskie korytarze, zastanawiał się nad zadaniem, którego treść przekazał mu nieznajomy.
Nie zadawał pytań o sprawy, które kazano mu załatwiać. Złożył przysięgę organizacji i był jej wierny. Starał się wypełniać swoje obowiązki bardzo sumiennie. Kierował się pozornie oczywistą zasadą: im mniej wiesz, tym mniej zaszkodzisz sobie i innym. Ponosił ryzyko, wypełniając swoją misję.
Wiele lat temu ktoś, kto uratował mu wówczas życie, zachęcił go do współpracy z pewną grupą ludzi. Był młodym człowiekiem. Czuł się zobowiązany. Imponowała mu świadomość obecności wpływowych przyjaciół. To dzięki nim robił karierę w Watykanie. Dzięki nim tam się dostał.
– Szczęść Boże – usłyszał głos.
Spojrzał na przechodzącego mężczyznę.
– Szczęść Boże – odpowiedział.
Przechodzący człowiek zatrzymał się. Był to osobisty lekarz papieża.
– Czy przeziębienie księdzu już minęło? – zapytał uprzejmie.
– Dzięki Bogu czuję się znacznie lepiej. – Uśmiechnął się. – Bardzo dziękuję za troskę.
– Proszę pamiętać, zdrowie przede wszystkim. Nie należy się przemęczać – odparł życzliwie lekarz.
Ksiądz pokiwał głową.
– Staram się. Jednak… nie zawsze mi wychodzi.
Lekarz roześmiał się.
– Potrzebni jesteśmy tu, na ziemi. Tam – wskazał na niebo widoczne zza okna – wielu jest takich, których nie trzeba zastępować.
– Święte słowa, muszę to sobie codziennie powtarzać.
– Otóż to, modląc się za innych, warto pamiętać o sobie. Pójdę już, obowiązki wzywają. Z Panem Bogiem.
Ksiądz ukłonił się na pożegnanie. Rozeszli się.
Lubił tego człowieka. Był zawsze pogodny. Dla wszystkich życzliwy. Gotowy w każdej chwili pomóc. Znał tajemnice wielu watykańskich urzędników. Radzili się go. Mogli liczyć na jego bezinteresowną pomoc.
Ksiądz udał się w kierunku prywatnych apartamentów papieża.

poniedziałek, 12 maja 2014

Fragment powieści "Kod Władzy": Rozdział 32 Wewelsburg, Niemcy



Marc i Monik zeszli na śniadanie oszołomieni. Spali nerwowo. Podświadomie czekali na moment, w którym ktoś zapuka do drzwi ich pokoju. Nie czuli się bezpieczni. Nałożyli na talerze przygotowane przez obsługę hotelu smakołyki i stawiając je przed sobą, usiedli naprzeciwko siebie. Monik patrzyła na Marca z niepokojem.
– Matko Boska, Marc co to było? Zebranie upiorów? – zapytała.
Marc spojrzał na nią, starając się przybrać jak najbardziej spokojny wyraz twarzy.
– Upiorów? – Uśmiechnął się. – Raczej bandziorów.
– Słyszałam o tym, jeszcze przed opowieścią Kajetana, ale wierz mi Marc, spotkałam się z tym pierwszy raz w życiu.

Marc przełknął kawałek chleba.
– Jedz, porozmawiamy o tym spokojnie. Jestem pewny, że nikt nie zauważył naszej obecności.
– Jesteś tego pewny? – zaniepokoiła się Monik.
– Oczywiście. Gdyby było inaczej, zapewne ktoś chciałby czegoś od nas. Nie sądzisz?
– Pewnie masz rację. Marc… może powinniśmy stąd natychmiast wyjechać?
Marc zastanowił się chwilę.
– Nie jesteśmy w jakimś afrykańskim czy arabskim kraju, tylko u siebie, w sercu Europy. Nie bój się, nasze nerwowe zniknięcie dopiero wzbudziłoby podejrzenie. To zamkowe towarzystwo z pewnością się niczego nie domyśla.
Monik przełknęła z trudem kilka łyków kawy.
– Marc…
– Tak?
– Co to było za towarzystwo? Skąd oni wiedzieli o miejscu na Mazurach?
– Gdyby nie te fotele z herbami, dające skojarzenie w tym miejscu z rycerzami Himmlera, pomyślałbym, że to zebranie zarządu towarzyszenia Bilderberg.
– Bilderberg?
Marc spojrzał na nią zaskoczony.
– Nie słyszałaś o nich?
– Pewnie gdybym słyszała, to bym nie pytała, nie sądzisz? – odpowiedziała poirytowana. – Wybacz mi, ale jestem trochę zdenerwowana. Przepraszam.
– Ależ nic się nie dzieje – uspokoił ją. – Już ci wyjaśniam. Oficjalnie Bilderberg jest klubem służącym swobodnej wymianie poglądów, jak o sobie mówią, między przedstawicielami elit politycznych i biznesowych, a także zacieśnianiu międzynarodowej współpracy. Przynajmniej, powtórzę, tak o sobie mówią. Kiedyś szczególnie akcentowano tworzenie pomostu pomiędzy Ameryką a Europą, ze szczególnym akcentem położonym na zapobieganie konfliktom zbrojnym. Dziś nie ma już specjalnych ograniczeń. Założyciele, którzy stali się później członkami, spotkali się pierwszy raz w 1954 roku w holenderskim Hotelu de Bilderberg, stąd nazwa stowarzyszenia. Co ciekawe, a związane z ostatnim miejscem naszego pobytu, jednym z jego założycieli był polski mason, doradca generała Sikorskiego i inicjator myśli powstania wspólnot europejskich, Józef Retinger. Spotykają się raz do roku w wybranym miejscu na świecie. Nikt nie wie, jak przebiegają te spotkania ani jakie decyzje są podczas ich trwania podejmowane. Koronowane głowy, najbardziej wpływowi politycy, biznesmeni i naukowcy. Brzmi jak teoria spiskowa? Spotkania Grupy Bilderberg są regularnie śledzone. Nie wiadomo tylko, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami. O tak, to brzmi jak teoria spiskowa, trudno w to wszystko uwierzyć.
– Wczoraj te drzwi nie były dobrze zamknięte – usiłowała zażartować Monik.
– Właśnie. – Uśmiechnął się Marc. – W 2011 roku organizacja obradowała w dniach 9-11 czerwca w Szwajcarii. O dziwo, tym razem całe spotkanie cieszyło się wyjątkowo dużym zainteresowaniem komercyjnych mediów, ale tak naprawdę głównymi bohaterami tych komunikatów byli ludzie, którzy tym spotkaniom są przeciwni. Określa się ich mianem tropicieli, zwolenników, a nawet wyznawców teorii spiskowych, co automatycznie ma oznaczać, że nie ma jakiegokolwiek sensu wysłuchiwać opinii tych ludzi. Cóż, jako że zapewne również zaliczam się do tego zacnego grona, czuję się więc zobowiązany do tego, by to skomentować. Przykładowo, w jednej z najważniejszych szwajcarskich gazet, niemieckojęzycznej Basler Zeitung napisano, że spotkania Grupy Bilderberg niewiele znaczą, gdyż nie podejmuje się na nich żadnych wiążących decyzji. Tego nie możemy sprawdzić bezpośrednio, możemy jednak poszukać kontrargumentów. Według jednego z serwisów internetowych, były sekretarz generalny NATO i członek Grupy Bilderberg, Willy Claes przyznał, że po spotkaniu przygotowywany jest podsumowujący raport, zaś „po uczestnikach spodziewa się, że raport ten zostanie użyty przy kreowaniu strategii w środowiskach, w których oddziałują”.
– Skoro robią coś tajnie, to pewnie ich działalność nie służy kontynuacji działań Matki Teresy z Kalkuty – powiedziała Monik.
Jej ostatnie słowa przerwało podejście do nich wczoraj poznanego gospodarza miejsca, do którego trafili. Uśmiechnięty mężczyzna nie był świadom, jakie ważne dla świata tematy poruszali jego goście. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie.
– Jak smakuje śniadanko? – zapytał przyjaźnie. – Starałem się bardzo, żeby było pierwsza klasa. – Uśmiechnął się.
Marc i Monik spojrzeli na mężczyznę jednocześnie.
– Wspaniałe, trudno coś innego powiedzieć – komplementował gospodarza Marc.
– A, to się cieszę. Czy państwo macie zamiar dzisiaj wyjechać? – zapytał.
Marc spojrzał na niego zaskoczony.
– Nie wiem, nie myśleliśmy jeszcze o tym. Musimy od razu odpowiedzieć?
– Ależ nie, nie ma problemu. Chciałem wiedzieć.
Mężczyzna odwrócił się. Zatrzymał się jednak i stanął ponownie twarzą w stronę swoich gości.
– Czy… – zawahał się. – Czy nie mieliście państwo wczoraj jakiejś… Jakiejś nieprzewidzianej przygody?
Monik nieomal upuściła widelec. Jej ręka zaczęła drżeć.
Marc chcąc ratować sytuację, spojrzał prosto w oczy swojego rozmówcy.
– Co pan ma na myśli? – nieświadomie podniósł głos.
– A… to już raczej pan powinien wiedzieć. Oczywiście jeżeli coś zaszło. A jeżeli nie, to tym bardziej. – Uśmiechnął się szeroko. – Moim obowiązkiem jest dbać o swoich gości. Również o ich bezpieczeństwo – spojrzał odważnie Marcowi w oczy. Jego spojrzenie wydawało się jednoznaczne.
Marc zamilkł. Zastanawiał się, czy drążyć skąd i jakie informacje ma ów człowiek. Spojrzał na Monik. Była blada.
– To znakomita cecha – uśmiechnął się Marc. – Bardzo dziękuję za troskę. Wybraliśmy się wieczorem na spacer w przeciwną stronę niż znajduje się zamek i ma pan rację. Jakiś szybko jadący w kierunku zamku samochód o mało nas nie rozjechał. Mieliśmy dużo szczęścia.
Gospodarz spoglądał na Marca poważnie.
– Czasem tak bywa, kiedy człowiek znajdzie się w jakimś czasie nie tam, gdzie powinien być. Życzę państwu spokojnego pobytu u nas. – Uśmiechnął się, patrząc na Monik. – Będę czekał na państwa decyzję.
– Rzecz jasna, zdecydujemy i poinformujemy naszego troskliwego gospodarza – głos Marca zabrzmiał kpiąco.
Gospodarz odszedł. Stanął za barem i podniósł słuchawkę telefonu. Wykręcał jakiś numer. Powiedział kilka słów, jak się wydało Marcowi po rosyjsku lub w jakimś innym, wschodnim języku. Po chwili zniknął za drzwiami prowadzącymi do kuchni.
– Marc, błagam cię, wyjedźmy stąd natychmiast – głos Monik drżał. – Natychmiast!
Marc poderwał się z krzesła.
– Chodź, zabieramy rzeczy i wyjeżdżamy.
Przerażenie widoczne w jej oczach nie pozwalało mu na podjęcie innej decyzji.
Zebrali swoje rzeczy szybko. Zeszli na dół. Marc zapłacił rachunek gotówką. Poprzedniego dnia na szczęście nie musiał podać swoich danych. Płacąc, starał się zachowywać spokojnie. Włożył walizki do bagażnika i wolno odjechał spod hotelu. Samochód skierował w przeciwną stronę niż ich kierunek podróży. Pojechali w kierunku Padeborn. Spoglądali na przemian w lusterka wsteczne. Każdy jadący za nimi dłuższą chwilę samochód podnosił im poziom adrenaliny. Wjechali do miasta. Dłuższą chwilę kluczyli po ulicach i piętrowych garażach. Dopiero kiedy nabrali pewności, że nikt ich nie śledzi, okrężną drogą skierowali się w kierunku Polski.
Marc przez chwilę zastanawiał się, czy nie pojechać do Hamburga, do siedziby redakcji, ale zrezygnował z tego pomysłu. Na ujawnienie zasłyszanej rozmowy było za wcześnie, a waga sprawy była zbyt wielka. Niemiecki zamek z himmlerowską tradycją, miejsce napiętnowane fatalną kartą przeszłości, skojarzone z wielkomocarstwową, kuluarową polityką, wywołałby w Niemczech ogromny skandal. Marc musiał wiedzieć, czy to tylko wynajęta sala na tajne spotkanie, czy siedziba nowego stowarzyszenia. W Niemczech nie brakowało fanów Hitlera i jego elit, a na świecie tych, dla których wpływy i pieniądze już nie wystarczały. Razem mogli stanowić niezwykle niebezpieczną mieszankę.
Zatrzymali się gdzieś w Saksonii. W małym przytulnym hoteliku. Poprzednie dni zbliżyły ich bardzo do siebie. Kiedy zostali w pokoju sami, nie rozważali już, czy dla przyzwoitości należy rozłączać łóżka. Tym bardziej, że w pokoju było tym razem tylko jedno. Wszystkie te niebezpieczne zdarzenia, które razem przeżyli wytworzyły między nimi specyficzną więź, czuli się dobrze w swoim towarzystwie. Jak gdyby znali się od zawsze. Ich ręce połączyły się bez słów. Usta wpiły się w siebie szukając wzajemnej rozkoszy. Najpierw nieśmiało i delikatnie, jak para zakochanych nastolatków, po chwili jednak pocałunek przerodził się w prawdziwy wir namiętności. Zapach kobiety mieszał się z podnieceniem mężczyzny. Ręce Marca wędrowały po ciele Monik, dostarczając jej rozkoszy. Odkrywały zmysłowo każdy kawałek jej ciała. Monik gwałtownie pociągnęła go za sobą. Osunęli się na łóżko. Jej nagie nogi objęły jego uda. Był w niej, a ona pragnęła go, chcąc by dał jej rozkosz i bezpieczeństwo. Monik czuła się, jakby czekała na Marca latami. Pragnęła mocno wniknąć w swojego mężczyznę. By czuć jego zapach, by oddać mu siebie. By czuć go w sobie. Kochali się jak para szaleńców. Odpływali w sobie tylko znany obszar wzajemnych uniesień. Ich mięśnie poruszały się, powodowane symfonią rodzącej się miłości, jaka rozbłysła w kontrapunkcie dla emocjonujących wydarzeń, które tak bardzo ich połączyły. Zapomnieli o nich, w tym małym hotelowym pokoju, który tej nocy był ich rajem, ich miejscem na ziemi, na świecie, we wszechświecie. Pozostały tylko emocje, które rozbłysły niczym supernowa. Cóż znaczyły dla tych dwojga kochających się ludzi mroczne duchy przeszłości? Ich nienasyceni potomkowie? Teraz, w tej chwili, nie znaczyli nic. Marc i Monik byli szczęśliwi, mając tylko siebie.

poniedziałek, 5 maja 2014

Fragment powieści "Kod Władzy": Rozdział 31 Wewelsburg, Niemcy

Poprzedni rozdział



Już drugi raz w ciągu tygodnia przedzierali się przez las w zapadającym zmroku. Ostatnim razem mieli dużo szczęścia, a ryzyko było przecież ogromne. W obcym kraju skradali się do ściśle strzeżonego wojskowego obiektu, a w zasadzie do czegoś, co było pilnowane przez wojsko lub agentów wywiadu. Złapani, mogli mieć zapewne sporo problemów. Tym razem mieli nadzieję, że w ostateczności zostaną uznani za szalonych koneserów zabytków. Ostatecznie zawsze mogliby wytłumaczyć się dziennikarską misją.
Skupiali się bardziej na dotarciu do zamku niż na rozważaniu potencjalnego niebezpieczeństwa, które mogło im zagrażać. Mieli nadzieję nie spotkać nikogo na swojej drodze.
– Marc, gdybyśmy się rozdzielili, to spotkamy się w hotelu – odezwała się Monik.
– OK. To dobry pomysł, ale starajmy się trzymać razem – odpowiedział.
Początkowo szli drogą, którą przyjechali z zamku do hotelu. Doszli do miejsca, z którego widoczni byli strażnicy pilnujący drogi dojazdowej. Skręcili w lewo, wchodząc do zagajnika. Starali się obejść strażników szerokim łukiem, tak by ci nie usłyszeli odgłosów łamiących się pod stopami gałęzi. Wyszli na polanę znajdującą się przy zamku, który miał kształt trójkąta. Otoczony był z dwóch stron lasem, a z trzeciej polaną i biegnącą z jej prawej strony drogą, prowadzącą do głównego wejścia.
Idący przodem Marc zatrzymał ręką Monik. Na polanie stały trzy helikoptery, wokół których kręciło się kilka osób. Ich obecność uniemożliwiała przejście.
– Musimy się cofnąć i przejść przez drogę – powiedział. – Później skrajem lasu podejdziemy do wejścia.
– Dobrze, chodźmy – odpowiedziała Monik.
Cofnęli się kilkadziesiąt metrów, by nie było ich widać z polany. Okolica zamku pozwalała na łatwe przedostanie się do okalającego go muru. Przekradali się teraz, mając zamek po swojej lewej stronie. Po chwili doszli do bramy i przystanęli. Przed wejściem stało dwóch strażników. Panująca ciemność nie pozwalała dostrzec ich mundurów. Marcowi wydawało się, że nie byli ubrani w uniformy strażników zamkowych.
– Musimy coś zrobić, aby odeszli. Rozejrzyj się, czy nie ma gdzieś przypadkiem jakichś dużych kamieni.
Monik skierowała się w głąb lasu.
Noc im sprzyjała, było ciemno. Księżyc nie pomagał strażnikom w ich zadaniu. Marc usilnie zastanawiał się nad możliwością przedostania się na dziedziniec. Spoglądał na zamek. Pomiędzy trzema wieżami zbudowana była część mieszkalna. Jedna z wież była znacznie potężniejsza od pozostałych.
„To pewnie pod nią Himmler odbywał swoje rytuały” – pomyślał.
Usłyszał kroki powracającej Monik, która przyniosła ze sobą kilka znacznej wielkości kamieni.
– Posłuchaj – strażnicy nie ruszają się z miejsca. Plan jest taki: spróbuję rzucić kamieniem z pewnej odległości od bramy. Muszę się trochę cofnąć, stąd nie dorzucę. Ty zostaniesz tutaj. Jeżeli obaj strażnicy podążą w kierunku hałasu, przebiegniesz szybko do środka i ukryjesz się. Mam nadzieję, że uda mi się do ciebie dołączyć, zanim wrócą na miejsce. Czekaj na mnie na dziedzińcu. Sama nie ryzykuj, OK?
– Dobrze, ale błagam cię, przyjdź jak najszybciej – odpowiedziała Monik.
– Nie martw się, mamy szczęście, jest ciemno. Nie powinno być problemu z dostaniem się na zamek, jeżeli tylko uda mi się ich odciągnąć. – Marc ścisnął dłoń Monik. – Idę, przysuń się jak najbliżej wejścia. Uważaj na siebie.
Monik poszła w kierunku bramy.
Marc powoli, tak by nie narobić hałasu, cofał się wzdłuż drogi. Naprzeciwko miał okna części mieszkalnej. Poczekał jeszcze chwilę, aż Monik dotrze jak najbliżej wejścia. Wybrał okno, w które chciał trafić. Nie paliło się w nim światło, podobnie jak w pozostałych.
„No to do dzieła.” – dodał sobie odwagi.
Zamachnął się mocno. Rzucony kamień uderzył w mur tuż obok okna.
„Cholera! Nie trafiłem…” – pomyślał.
Spojrzał w kierunku strażników, którzy nagle przerwali rozmowę. Nasłuchiwali przez moment.
Zamachnął się ponownie. Tym razem kamień z hukiem trafił w ramę okna. Marc spojrzał w kierunku mężczyzn. Jeden z nich ruszył w stronę hałasu. Nagle, już biegnąc, krzyknął coś do drugiego strażnika. Ten podążył natychmiast za nim. Marc szybko skierował się do bramy. Zaryzykował i wybiegł na drogę. Miał nadzieję, że strażnicy, których minął, biegnąc lasem, nie będą się oglądać. Wpadł na dziedziniec. Stało na nim kilkanaście limuzyn. Nie zauważył nikogo.
– Monik! – zawołał cicho.
– Tu jestem – odezwała się zza najbliższego samochodu.
Marc podbiegł do niej.
– Chodź. Szybko.
Złapał ją za rękę i pociągnął za sobą w kierunku słabo oświetlonego wejścia. Wbiegli po schodach i zatrzymali się na chwilę. Marc sprawdził, czy przypadkiem nikt nie stoi z drugiej strony przy wyjściu. Mieli szczęście. Nie było nikogo. Weszli do środka i pobiegli korytarzem.
– Musimy się spokojnie rozejrzeć – powiedział do Monik.
– Wejdźmy tu, do komnaty, ukryjemy się – powiedziała.
Marc otworzył drzwi. Wślizgnęli się do ciemnej sali.
– Co robimy? – zapytała Monik po krótkiej chwili.
– Poczekajmy, muszę się zorientować, co się tutaj dzieje. Gdzieś musi odbywać się to przyjęcie – odpowiedział.
– Cicho! Ktoś idzie…
Zamilkli.
Korytarzem szedł ubrany na biało kelner. Niósł ogromną tacę pełną butelek z alkoholem i czymś, czego Marc nie był w stanie rozpoznać. Minął ich kryjówkę i udał się w kierunku północnej wieży.
– Chodźmy za nim – szepnął do Monik.
Cicho wyszli z pomieszczenia. Starali się nie robić hałasu. Człowiek niosący tacę szedł kilkanaście kroków przed nimi. Nie zwracał uwagi na to, co działo się za nim. Stojące na tacy butelki stukały o siebie, delikatnie dzwoniąc. Kelner doszedł do końca korytarza i nagle zniknął.
– Szybko! Idziemy! Kelner schodzi w dół – szepnął Marc.
Podbiegli do schodów i spojrzeli za nim. Mężczyzna z tacą zszedł pod wieżę.
Monik spojrzała pytająco na Marca.
– Wszedł do jakiejś komnaty. Zejdziemy teraz, on na pewno nie wróci tak szybko. Musi to odstawić lub nalać drinki.
Zaczęli schodzić po schodach. Zeszli na dolny poziom zamku i znaleźli się w holu prowadzącym do komnaty. Zza drzwi dochodziły odgłosy głośnej rozmowy. Rozejrzeli się dookoła i ukryli się za kamienną balustradą schodów.
Po dłuższej chwili drzwi otworzyły się. Wyszedł z nich mężczyzna z tacą. Po chwili ponownie zniknął.
Marc podniósł się z miejsca, w którym się ukryli. Zauważył smugę światła sączącego się zza olbrzymich drzwi, prowadzących do komnaty. Były niedomknięte.
– Ależ mamy szczęście… Zobacz, nie zamknął dobrze drzwi – powiedział do Monik.
– Podejdziemy do nich. Zajrzę do środka, a ty stań za mną i wsłuchuj się w to, co będzie się działo na schodach. Gdyby ktoś szedł, schowamy się. Tutaj jest dosyć bezpiecznie.
– Dobrze – odpowiedziała.
Po cichu podeszli do drzwi. Marc spojrzał do środka.
Duża komnata otoczona była kolumnami. W sali ustawiony był ogromny dębowy stół. Dookoła, na skórzanych fotelach ozdobionych herbami, siedziało kilkunastu mężczyzn. Marc policzył ich szybko – było ich dokładnie trzynastu.
– Myślisz, że CIA zostało powołane, aby gonić niegrzecznych chłopców po świecie? Albo strzec prezydenta przed wariatami? Nie zapominaj, że to nasi ludzie budowali tę organizację i nasze cele są również ich celami – męski głos niósł się echem po sali.
Marc spojrzał na mężczyzn siedzących za stołem. Jego wzrok przyciągnął w pierwszej kolejności człowiek ubrany w czerwoną kardynalską sutannę z purpurowym pasem. Obok niego siedział mężczyzna w mundurze amerykańskiego generała. To właśnie on odpowiedział na słowa, które Marc usłyszał.
„Poul byłby zaskoczony, widząc tu kardynała – pomyślał. – Szkoda, że nie mogę zrobić zdjęcia”.
– Wiem, ale pamiętaj, że problem nie leży w CIA, a w wojnie toczącej się w nowej KGB, to stamtąd przeciekają różne informacje, które nam szkodzą i nad tym powinniśmy zapanować.
– Spokojnie, to może jeszcze trochę potrwać. Cały czas staramy się opanować konflikty, zwłaszcza wśród starych agentów. To nie takie proste…
Marc spojrzał w kierunku osoby mówiącej te słowa. Rosyjski generał w galowym mundurze siedział po drugiej stronie stołu.
– Nie irytujcie się – powiedział mężczyzna o szpakowatych włosach, siedzący na głównym miejscu przy stole. Ubrany był w elegancki garnitur.
– Zdrajców trzeba usuwać, a konflikty likwidować. Zwłaszcza teraz potrzebny jest nam spokój. Dosyć mamy problemów w miejscach, które wymykają się nam spod kontroli.
– Tak – odezwał się inny mężczyzna – ale są również i dobre informacje. Mamy pod kontrolą praktycznie każdy system bankowy i przynajmniej z tym od pewnego czasu mamy spokój. Kontrolujemy giełdy, obrót złotem i diamentami. Trochę problemów będziemy mieli na Ukrainie, ale z tym również sobie poradzimy.
– A jak tam u was we Francji? – prowadzący spotkanie zwrócił się do innego mężczyzny.
– Trzymamy prezydenta z daleka od mieszania się w nasze sprawy i tego, co dzieje się pomiędzy Niemcami a Rosją. Chętnie by się w to bardziej zaangażował, ale wewnętrzne burdy z paleniem tysięcy samochodów, jakie są wszczynane z naszej inicjatywy, skupiają jego uwagę gdzie indziej. Dla ludzi zawsze ważniejsze jest to, co dzieje się obok nich.
Marc odwrócił się, by spojrzeć na Monik. Wsłuchiwała się w odgłosy korytarza. Zerknęła na niego uspokajająco. Zwrócił głowę w kierunku komnaty.
– Bardzo się z tego cieszę. Pamiętajcie, teraz najważniejszą dla nas sprawą jest coś, co było największą hańbą – brak uchwalenia konstytucji europejskiej. To okropne. Tyle lat przygotowań i przez nieudolność kilku szefów rządów wszystko się rozsypało. Bez jednej Unii nie da się osiągnąć nowego ładu. Chcę, byście zrobili wszystko, aby nam się udało.
Siedzący obok rosyjskiego generała postawny mężczyzna z czarną brodą zapytał:
– Mamy problem z Polską? Teraz ona najbardziej blokuje nasze wspólne działania. Jeszcze przez chwilę… Jak zapewne pamiętacie, już Monnet stwierdził, że wspólnota europejska jest tylko etapem na drodze do zorganizowanego świata jutra. Udało się nam przeniknąć do wszystkich głównych struktur organizacyjnych Unii. W czerwcu 1993 roku z inicjatywy Wielkiego Wschodu Francji i Wielkiej Loży Francji oraz niezależnych obediencji i lóży europejskich, w tym sześciu lóży polskich, utworzona została w Strasburgu Europejska Konferencja Masońska, która uchwaliła Europejską Umowę Masońską mającą doprowadzić, w oparciu o etykę wolnomularską, do zbudowania Europy masońskiej jako konstrukcji dla ideałów bez kompromisów i dewiacji. Polska to fundament Kościoła w Europie i dlatego jest dla nas trudna. Ostatnio osłabiliśmy pozycję Kościoła. Wiele afer wokół byłych współpracowników tajnych służb to jeden z tych mechanizmów. Wspieramy po cichu telewizję parakościelną. Nasz wpływ jest coraz większy. Ale to jeszcze potrwa…
– A co z Opus Dei?
Marc nie dojrzał, kto zadał to pytanie.
– W Polsce jest około czterystu członków prałatury Opus Dei, mają tam duże wpływy – odpowiedział człowiek siedzący na najważniejszym fotelu. – Jak to wygląda z perspektywy Watykanu? – zwrócił się do kardynała.
– Kościół uczestniczy w walce konkurencyjnej z wszystkimi możliwymi ruchami. Jeśli osłabną jego siły, będzie mógł po cichu zrezygnować z roszczeń reprezentowania wszystkich, ograniczając się do jeszcze większej przeciwwagi dla gnijącego społeczeństwa, wycofania się na biegun lub do rezygnacji z ucieleśniania „nowego, oświeconego rodzaju chrześcijaństwa”. Przegrałby wtedy także szansę swojej własnej globalizacji – odpowiedział kardynał. – Proszę pamiętać, że ja tylko staram się podpowiadać papieżowi to, co dla naszej organizacji byłoby najlepsze. Ale nie zawsze mi się udaje.
– Udało ci się z pewnością przy kompromitacji Kościoła polskiego podczas nominacji na arcybiskupstwo warszawskie i nieudany ingres – powiedział ktoś siedzący tyłem do drzwi.
– Owszem – uśmiechnął się kardynał. – Nie wiem, czy macie świadomość, ale to, co udało nam się uzyskać, czyli zmiana decyzji papieża pod wpływem kompromitacji kandydata, to nadzwyczajny przypadek. Mam wrażenie, że dla wielu Kościół przestał być wiarygodny. Wszystkie najważniejsze światowe media to nagłośniły. A co ciekawe, w samych Włoszech skomentowano to jako osłabienie pozycji papieża. Opowiem wam więcej w czasie kolacji. To dopiero początek naszego działania pod rządami nowego papieża, działania zmierzającego do osłabiania instytucji kościelnych w krajach, gdzie ma się za dobrze. Działamy. Chcę wam tylko przypomnieć, że już na początku udało nam się skłócić go z muzułmanami, podsuwając mu jakże niezręczną wypowiedź. – Uśmiechnął się.
Marc przysunął się bliżej drzwi. Starał się, by go nie dostrzeżono, ale prowadzona dyskusja powodowała w nim coraz większą chęć dokładnego usłyszenia wszystkich padających słów. Serce waliło mu jak oszalałe, nie spodziewał się być świadkiem tak niezwykłej rozmowy. A już na pewno nie spodziewał się być na niej w charakterze szpiega.
– Osłabiliśmy również znacznie pozycję Polski przy realizacji naszej koncepcji sprzedaży ropy do Europy – odezwał się jeden z milczących dotąd uczestników spotkania. – Najgorsze mamy już za sobą. Teraz pozwolimy odnieść Polakom jakiś mały sukces w handlu z Rosją, a w międzyczasie załatwimy swoje. Małe stowarzyszenie – Preussische Treuhand, Powiernictwo Pruskie, wznieciło niepokój w sprawie odszkodowań za pozostawione przez Niemców mienie. Sprawa będzie miała szerszy wymiar. Chodzi o nieruchomości w różnych częściach Polski. Jest wśród nich piękny pałac – spojrzał w kierunku najważniejszego w towarzystwie mężczyzny – rodziny von Waldow. Szanowni panowie! – powiedział głośno, wstając. – Nikt nie może być przeszkodą do stworzenia supermocarstwa. Wznieśmy za to toast!
Wszyscy obecni wstali, sięgając po pokaźnej wielkości kielichy z jakimś płynem. Po chwili nieskrywanego entuzjazmu usiedli z powrotem w fotelach. Marc nie mógł zobaczyć wszystkich twarzy zgromadzonych.
– Myślę panowie, że sytuacja rozwija się w dobrym kierunku. Możemy już oficjalnie kontynuować myśl ministra spraw zagranicznych, który w wywiadzie prasowym powiedział, pozwolicie, że go zacytuję – mężczyzna sięgnął po leżące przed nim dokumenty. – Jeżeli przyjrzycie się panowie liczbie aktualnych konfliktów, szybko zauważycie, że dwubiegunowość z czasów zimnej wojny od piętnastu lat należy do przeszłości, ale świat wciąż poszukuje nowego ładu. Brakuje porządkującego mocarstwa i żadne pojedyncze państwo nie potrafi przejąć tej roli. Czyż nie potwierdza to tym razem oficjalnie tego, do czego zmierzamy od lat? Nareszcie głośno zostało to powiedziane. Jeżeli pozwolicie, chciałbym teraz omówić sytuację, która ma miejsce na Mazurach w Polsce. Otóż nie podoba mi się to, co się tam dzieje. Zaczyna się jakieś zamieszanie, które niczego dobrego za sobą nie niesie. Oby tylko sprawa nie wyszła na jaw. Będziemy mieli wówczas problem ze znalezieniem sojuszników dla tych działań…
Marc poczuł szarpniecie za rękę. Był to znak od Monik. Odwrócił się do niej. Jej twarz wyrażała zaniepokojenie.
– Słyszę jakieś odgłosy w holu. Musimy się ukryć – powiedziała.
Marc odskoczył od drzwi. Podbiegli razem do miejsca, w którym schowali się poprzednio. Byli niewidoczni od strony komnaty. Marc usłyszał głosy rozmawiających ze sobą dwóch osób. Monik złapała Marca za rękę. Miał wrażenie, że jej dłoń drży.
– Nie bój się, jak tylko przejdą, pobiegniemy na górę. Chyba najbezpieczniej będzie, jak się ulotnimy – starał się ją uspokoić.
Po schodach schodziły dwie osoby. Z ich rozmowy wywnioskowali, że mieli zaprosić gości na kolację.
Ta wiadomość sprawiła, iż Marc był pewny, że czas najwyższy zrezygnować z podglądania niebezpiecznego dla nich towarzystwa. Dwaj mężczyźni zniknęli za drzwiami. Marc pociągnął Monik za sobą. Szybko wspięli się na schody. Pobiegli znanym już sobie korytarzem do drzwi wychodzących na dziedziniec. Po chwili byli już przy bramie. Przytulili się do chłodnego muru. Marc wychylił się, spoglądając w kierunku miejsca, gdzie wcześniej stali strażnicy. Dostrzegł w ciemności rozświetlanej jedynie przez sączące się światło latarni tylko jedną postać.
– Rzuć czymś w któryś samochód. Może ma czuły alarm i zwabi strażnika do siebie.
– Dobrze, zaraz coś znajdę, nie spuszczaj go z oczu – odpowiedziała Monik.
Nagle otwarły się szeroko drzwi, przez które przed chwilą wyszli. Na dziedzińcu pojawiło się kilku mężczyzn, zapewne uczestników spotkania. Marc, ukryty za filarem, zaniepokoił się o Monik.
– Dobrze, że jesteś. Wystraszyli cię? – zapytał.
– Trochę.
Marc spojrzał w kierunku strażnika. Ten, usłyszawszy rozmowy na dziedzińcu, ruszył w ich stronę. Ukryli się jak najgłębiej. Strażnik przeszedł obok nich i udał się w stronę głośno rozmawiających mężczyzn. Wybiegli cicho z miejsca, w którym się schowali. Przedostali się do zagajnika.
– Jezu, przy tobie dostanę zawału… Od kilku dni przeżywam jakiś sen na jawie. Nie wiem, czy dożyję momentu, kiedy w fotelu przy kawie przeczytam opis tych przygód w naszym piśmie. – nabierała oddechu Monik.
– Chciałem ci uprzejmie przypomnieć, że to ty mnie zaraziłaś żądzą otrzymania Pulitzera. Mam wrażenie, po tym, co usłyszałem, podsłuchując jak pięciolatek rodziców, że jesteśmy na właściwej drodze.
– No, nareszcie coś optymistycznego – zaśmiała się Monik.
– Masz jeszcze jakieś dobre wiadomości, by mnie pocieszyć?
Marc milczał tajemniczo.
– Marc, jesteś tu…? – Monik przebijała się wzrokiem przez ciemność.
– Jestem, jestem – odpowiedział. – Mam dla ciebie jeszcze coś bliższego i równie interesującego jak zaszczyty Pulitzera.
– Ależ jesteś tajemniczy. Cóż to takiego? – zapytała.
Poczuła dotyk jego dłoni, a po chwili ciepło jego ciała na swoich piersiach.
– Wiesz… – powiedział cicho – stałaś mi się bardzo bliska przez te ostatnie kilka dni.
Przytuliła się do niego. Byli razem w lesie połączeni strachem.
Obok, w zamku, zaledwie kilkadziesiąt metrów od nich, toczyły się rozmowy o przyszłości świata.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Fragment powieści "Kod Władzy": Rozdział 30 Wewelsburg, Niemcy

Poprzedni rozdział



Granatowe audi toczyło się spokojnie asfaltową drogą. Był piękny, piątkowy wieczór, jeden z tych, które najlepiej spędzić, spacerując po plaży lub podziwiając panoramę gór. Poprzedniego dnia Marc i Kajetan bez specjalnych problemów odzyskali samochód. Marc miał wrażenie, że wypadek czarnego bmw przekonał policję do zamknięcia sprawy. Rzeczywiście było prawdopodobne, że ten sam sprawca, który potencjalnie ukradł ich samochód, ukradł następny, po czym nieszczęśliwie rozbił go podczas ucieczki przed pościgiem. Komisarz, który wydawał się być znajomym Kajetana, dopełnił formalności, zastrzegając, że w każdej chwili może ich wezwać w sprawie dodatkowych wyjaśnień. Wrócili nad jezioro po swoje rzeczy. Serdecznie pożegnali się z Kajetanem. Musieli przyznać, że przypadł im do gustu. Spokojny, uprzejmy, inteligentny był dla nich symbolem polskiej gościnności. Bardzo go polubili i mieli nadzieję utrzymywać kontakt nie tylko ze względu na podjętą misję.
Wyjechali do Wewelsburga zgodnie z sugestią Kajetana. Czekało ich kilka fascynujących dni.
Podróż była spokojna. Śpiąca na przednim siedzeniu Monik otwarła oczy. Samochód minął stojącą przy drodze zieloną tablicę – Paderborn 25 km.
– O, dojeżdżamy… – ucieszyła się Monik. – Długo spałam?
– Gdybyś się nie obudziła, dojechałbym pewnie do Barcelony. – Uśmiechnął się do niej Marc.
– Nie żartuj… Więc jak długo?
– Ach, jakieś dwie godziny – odpowiedział. – Wypoczęłaś trochę.
– To prawda, a ty – zaniepokoiła się – czy jesteś bardzo zmęczony?
– Nie, nie jestem. Ważne, że jesteśmy na miejscu. Wiesz, mam propozycję – może podjedziemy na chwilę do zamku? O tej porze musi wyglądać malowniczo. Później znajdziemy jakiś hotel.
– OK, jestem za – odpowiedziała.
Zbliżali się do zamku. Świadczył o tym brązowy drogowskaz. Nagle z dużą prędkością minęła ich elegancka, złota limuzyna.
– A cóż to za oryginalny pojazd? – zapytała Monik.
– Rolls-Royce Phantom IV – odpowiedział Marc. – W Niemczech to dosyć rzadki samochód. Trochę ekscentryczny, nieprawdaż?
– Zabawny, ale coś w nim jest wytwornego – odpowiedziała Monik.
Jej ostatnie słowa zagłuszył hałas spowodowany przez silnik przelatującego nad nimi czarnego helikoptera. Przeleciał nad samochodem, kierując się w stronę zamku.
Ledwo ucichł jego silnik, gdy podobny dźwięk ponownie zaczął narastać. Z drugiej strony nadleciał kolejny helikopter. Nie różnił się wiele od poprzedniego. Oba były sporych rozmiarów jak na cywilne maszyny. Przeleciał nad drogą, którą jechali i podążył w znanym im już kierunku.
– A cóż to? Zlot czarownic? – zażartowała Monik.
– Trochę tak to wygląda – roześmiał się Marc. – W zamku jest teraz muzeum, a pora na jego zwiedzanie trochę późna. Może to jakiś korytarz lotniczy dla helikopterów?
– To może dla Rolls-Royce’ów też. Przejeżdżają tu średnio dwa razy dziennie – zaśmiała się Monik.
Do zamku pozostało im zaledwie kilka kilometrów. Nie opuszczał ich dreszcz emocji w związku z pojawiającą się perspektywą obcowania z tym niezwykłym obiektem. Takie tajemnicze miejsca budziły nie tylko zainteresowanie, ale niejednokrotnie wyzwalały w osobach, które się w nich znalazły, niedoświadczane wcześniej emocje. Najczęściej energia krwawej historii cywilizacji gromadziła się w miejscach takich jak to, do którego właśnie zmierzali.
Samochód skręcił w drogę prowadzącą bezpośrednio do zamku. Marc jechał wolno, rozglądając się uważnie dookoła. Na drodze dojazdowej wyprzedził go mercedes klasy S. Nagle samochód jadący przed nimi zatrzymał się, gdyż drogę zagrodził mu drewniany szlaban. Do kierowcy mercedesa podszedł mężczyzna ubrany w czarny mundur ze srebrnymi dodatkami. Rozmawiali ze sobą dłuższą chwilę, po czym mężczyzna w mundurze krzyknął coś do kogoś niewidocznego zza samochodu. Szlaban podniósł się i pojazd pojechał dalej. Marc również podjechał do szlabanu. Stało przy nim dwóch postawnych funkcjonariuszy ochrony. Na lewych przedramionach mieli dużą odznakę przyszytą do munduru z napisem Straż Zamkowa. Jeden z nich podszedł do samochodu. Marc opuścił szybę.
– Państwo na spotkanie? – zapytał strażnik.
– Na spotkanie? – powtórzył za nim Marc.
– Hasło poproszę – powiedział służbowo strażnik.
– My nie na spotkanie. Chcieliśmy po prostu rzucić okiem na wasz piękny zamek w blasku zachodzącego słońca – stwierdził przyjaźnie Marc.
– Przykro mi bardzo – życzliwiej odezwał się strażnik – ale dziś musicie państwo podziwiać zamek z oddali. Wieczorem odbywa się zamknięte spotkanie. Zapraszamy pojutrze. Jutro niestety również będzie zamknięte. Proszę zawrócić. Dobranoc państwu.
– A cóż to za spotkanie? – zapytał Marc, którego nie opuszczała dziennikarska ciekawość.
– Nie jestem upoważniony do udzielania takich informacji – odpowiedział strażnik. – Proszę odjechać.
– W porządku – odparł Marc – już odjeżdżamy. Dobranoc.
Zawrócił. Powoli oddalali się od zamku.
– A nie mówiłam, że to jakiś zjazd czarownic? – powiedziała Monik.
– Masz intuicję. Wiesz co, zatrzymamy się na kawę w tym zajeździe. Co ty na to?
Marc zwolnił. Przy drodze stała stara gospoda. Wyglądała zachęcająco, jej elewacja pomalowana była na wrzosowo. Przed nią zaparkowany był tylko jeden samochód. Nad restauracją widniał napis Hotel Pod Łabędziem.
– Znakomity pomysł… – powiedziała Monik. – Jaka szkoda, że nas nie wpuszczono. Ale chyba możemy się tu zatrzymać. To bliziutko zamku.
Weszli do środka. Przytulne wnętrze zachęcało do pozostania w nim.
Nie dostrzegli żadnych gości, wybrali stolik. Chwilę czekali, aż ktoś ich obsłuży.
Do stolika podszedł starszy, uśmiechnięty mężczyzna. Trochę tęgi, ubrany w regionalny strój, wyglądał na zadowolonego z pojawienia się klientów.
– Dobry wieczór, mili państwo. Na nocleg czy tylko coś zjeść? – zapytał miło.
– Rozumiem, że nocleg będzie darmową nagrodą za porządne zamówienie? – zażartował Marc.
– Tak dobrze to nie ma – zaśmiał się gospodarz – ale coś tam na pewno wymyślę dla was. Może śniadanko za darmo?
Marc pytająco spojrzał na Monik. W jej oczach zobaczył, że miejsce jej odpowiada. Jemu samemu również przypadło do gustu.
– Dobrze, w takim razie poprosimy o pokój – zawahał się Marc.
Właściwie nie byli razem, a wspólny pokój na Mazurach był wynikiem „wyższej” konieczności. Wciąż nie potrafił przyzwyczaić się do tak bliskiego kontaktu z Monik, mając w głowie obraz jej ojca. Zastanawiał się, kiedy uda mu się to przezwyciężyć.
– Poprosimy na razie dwie dobre kawy i jakieś miejscowe ciasto – dodał szybko.
Monik uśmiechnęła się, spostrzegając jego zmieszanie. Przyzwyczaiła się już do jego obecności, więc zachowanie Marca nie zdziwiło jej. Pewnie nie miał nic złego na myśli.
Chwilę czekali na kawę. W międzyczasie odświeżyli się, a gospodarz podał im aromatyczny napój i zamówione smakołyki.
– Czy może wie pan, dlaczego nie wpuścili nas dziś na zamek? – zapytał Marc. – Nie wiedziałem, że można wynająć go na zamknięte imprezy.
Gospodarz zadumał się na chwilę. Uśmiech zniknął z jego twarzy.
– E… panie… to jakaś dziwna historia – powiedział. – Od lat zjeżdżają się tu… Zamykają wtedy zamek na dwa dni. Tracę klientów… Obstawiają cały teren i nikogo nie wpuszczają. Tak jak dziś. Nie wiem, kto tam po nocach tańcuje, ale to chyba jakieś ważne „szyszki”. Przylatują helikopterami, przyjeżdżają limuzynami z obstawą.
– Ale kto ten teren obstawia? Policja? – zapytała Monik.
– Nie… policja nie… Jacyś ich… ja wiem… tajniacy. Raz tylko policja tu była, dwa lata temu coś się musiało stać… Wszystko odbywa się w tajemnicy. Mieliście pecha, że to właśnie dziś i jutro. Chyba że zatrzymacie się do niedzieli? – zapytał z życzliwym uśmiechem. – Mamy wygodne pokoiki, a w nich słodkie łóżeczka – spojrzał na Monik znacząco.
– No kto wie, kto wie… takie tu sympatyczne chłopaki. – Uśmiechnęła się. – Może damy się skusić.
– To smacznego. – Odszedł, znikając za drzwiami kuchni.
Marc pomyślał o wyborze pokoi. Najchętniej zmieniłby hotel. Cóż sobie pomyśli ten człowiek, jak wezmą dwa pokoje. Jego męska duma narażona została na dyshonor.
– No ładnie – zaśmiała się Monik. – Chyba nie masz wyboru i będziesz musiał wziąć jeden pokój.
„Ależ mnie wyczuła” – pomyślał. – Rozumiem, że chcesz mi uratować honor – powiedział – ale co zrobisz, jak będzie tylko jedno wielkie łóżko?
– No wiesz, kobiety są teraz bardzo wyemancypowane – śmiejąc się, spojrzała mu głęboko w oczy.
Zmieszał się.
– Wiesz co, zostawię tę decyzję tobie, skoro taka jesteś odważna. Najwyżej twój papa wyrzuci mnie z pracy – odparł poirytowany.
– Nie przejmuj się, taki geniusz znajdzie pracę wszędzie – Monik najwyraźniej bawiła się jego zmieszaniem.
– Już dość tych żartów – powiedział Marc. – Co sądzisz o tym, co powiedział ten człowiek? Nie wydaje ci się to wszystko trochę dziwne?
– Nie wiem jak ty Marc, ale ja mam wrażenie, że powinniśmy natychmiast wsiąść na jakąś miotłę i cichutko polecieć zobaczyć, co się tam dzieje.
– Szczerze mówiąc, mnie też przyszło to do głowy. Wygląda na to, że wybierzemy się na nocną wycieczkę.
– No to do dzieła. Pójdę zamówić to spanie – spojrzała na niego z uśmiechem – a ty idź po nasze bagaże do samochodu. Poczekam na ciebie w holu na dole. Przebierzemy się w coś stosownego na ten bal czarownic i pójdziemy na zamek.
– Dobrze – odpowiedział – idę.
Wyszedł przed hotel i odetchnął głęboko.
Użył pilota samochodu i klapa bagażnika podniosła się do góry. Zabrał rzeczy swoje i Monik. Wszedł do holu. Czekała na niego z kluczem w ręku.
– Chodź. – Uśmiechnęła się.
Poszedł za nią na górę. Zatrzymała się przed drzwiami pokoju. Klucz zazgrzytał w starym zamku. Otworzyła drzwi. Weszła pierwsza, on podążył za nią. Pod ścianą stało wielkie łóżko złożone z dwóch mniejszych. Pokój był bardzo przytulny. Stare meble z mnóstwem bibelotów tworzyły nastrój tego miejsca. Stanął z bagażami za nią. Odwróciła się.
– Nie wiem, jak się skończy nasza nocna przygoda. Może będę się bała. – Uśmiechnęła się zalotnie. – Nie powinnam wówczas sama spać. Nie możesz mnie zostawiać. Papa byłby niezadowolony.
Stał milcząc. Jej żarty wcale nie wydały mu się zabawne. „Papa” mógł go nie tylko zwolnić, ale i ośmieszyć w szeroko pojętym środowisku dziennikarskim.
– Wiesz, zawsze możesz rozsunąć te łóżka – pocieszyła go.
Marc postawił bagaże. Czekała go fascynująca, pełna niespodzianek noc.

wtorek, 4 marca 2014

Między Niemcami a Rosją, czyli "spiskowa" strona ukraińskiego kryzysu

Wydarzenia jakie od kilku miesięcy mają miejsce na Ukrainie, a o których czytamy w codziennych doniesieniach, posiada oprócz swojej oficjalnej wersji również drugie, znacznie ciekawsze dno. To, co widzimy bowiem na ekranach naszych telewizorów to jedynie widzialna strona wielkiej walki o strefy wpływów między największymi światowymi mocarstwami i wspierającymi je tajnymi organizacjami. Hasło "między Niemcami a Rosją" nawiązuje bezpośrednio do tytułu słynnej książki Adolfa Bocheńskiego poświęconej pozycji Polski na arenie międzynarodowej. Jak jednak pokazuje obecna sytuacja tytuł ten odnosić się może także do innych państw, w tym Ukrainy.



Pokonane mocarstwa podnoszą głowę

fot. Ayla87/sxc.hu

Od czasu sromotnej klęski jakiej doznały w wyniku II Wojny Światowej Niemcy i Japonia znajdowały się pod okupacją obcych mocarstw, które narzuciły im swój ustrój i sposób życia, a na ich terytorium zainstalowano sieć amerykańskich baz. Japonia do niedawna nie miała praktycznie żadnych możliwości odbudowy swoich sił zbrojnych, natomiast pokonane Niemcy ze względu na bliskość i zagrożenie ze strony sowieckiej uzyskały zgodę na utworzenie Bundeswehry, która jednak została włączona w struktury NATO. Ten stan utrzymywał się do zakończenia Zimnej Wojny, wówczas bowiem oba państwa coraz śmielej zaczęły definiować swoje interesy i cele. Niemcy istotnie przyczyniły się do osłabienia federacyjnych planów w Europie Środkowej skutecznie antagonizując Jugosławię rozbijając tym samym powstający układ Heksagonale. Borykający się w latach 90. z poważnymi problemami gospodarczymi Kraj Kwitnącej Wiśni powrócił do gry nieco później, jednak rosnące zagrożenie ze strony rosnącej potęgi Chin skutecznie motywuje Japończyków do nowych inwestycji we własne siły zbrojne. 

W przypadku Niemiec nie możemy zapominać o fakcie, że pomimo przeprowadzonej w tym kraju denazyfikazji wielu prominentnych działaczy i sympatyków NSDAP po kilku latach odzyskało utraconą pozycję a nawet zrobiło karierę w zachodnioniemieckich strukturach politycznych i gospodarczych. Zainteresowanych odsyłam do wpisów poświęconych formowaniem się i rekrutacją pracowników w Federalnej Służbie Wywiadowczej (BND) , która dziwnym trafem skupiała nadzwyczaj wysoki odsetek dawnych nazistów z pierwszym dyrektorem BND a wcześniej oficerem Wehrmachtu w stopniu generała Rinhardem Gehlenem.

Niemcy i OUN

Czy skupiające tak wielu byłych nazistów zachodnioniemieckie służby nic nie wiedziały o żyjącym w Monachium pod fałszywym nazwiskiem Stepanie Banderze? Bandera do końca życia (został zamordowany, naprawdopodobniej przez KGB w 1959 roku) utrzymywał kontakty i zarządzał strukturami Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów na Zachodzie, a jego twarz była powszechnie znana, stąd wcześniej czy później musiał on zainteresować niemiecki wywiad a być może nawet z nim współpracować uzyskując w zamian gwarancje nietykalności. Dla NATO ukraiński ruch oporu i wciąż czynna w latach 50. partyzantka UPA były wartościowym sojusznikiem, którego w razie potrzeby można było wykorzystać przeciwko ZSRS. 

Stepan Bandera w niemieckim mundurze

W 1989 upada Mur Berliński, wkrótce potem rozwiązany zostaje Układ Warszawski. Członkowie OUN nawiązują pierwsze kontakty z sympatykami z niepodległej od niedawna Ukrainy. Nie decydują się na wspieranie jednej opcji politycznej a raczej na cichą pracę u podstaw. Pierwsze owoce przynosi Pomarańczowa Rewolucja, która wynosi do władzy prozachodnich i pronarodowych polityków z Wiktorem Juszczenką i Julią Tymoszenko na czele. Przywódcy OUN-UPA, Stepan Bandera i Roman Szuchewycz zostają uznani za bohaterów Ukrainy, na zachodzie kraju stawia się im pomniki a język ukraiński zyskuje uprzywilejowany status. Wkrótce jednak pomarańczowy obóz ulega rozpadowi, dawni liderzy toną we wzajemnych oskarżeniach, poparcie dla Juszczenki gwałtownie spada. Do władzy powraca stronnictwo popierane przez wschodnich oligarchów (tzw. "rodzinę") i reprezentowane przez Wiktora Janukowycza. Uważane za prorosyjskiego Janukowycz lawiruje między Unią Europejską a Rosją, wzorem Białorusi prowadzi rozmowy i stara się porozumieć z Pekinem. Równocześnie, w zamian za preferencyjne ceny gazu dla Ukrainy w 2010 roku podpisuje on umowę przedłużającą dzierżawę baz wojskowych w Sewastopolu dla stacjonującej tam Floty Czarnomorskiej do 2042 roku. 

W międzyczasie jednak na Ukrainie dorasta nowe pokolenie wychowane już po upadku ZSRS, mówiące po ukraińsku lepiej niż po rosyjsku, jeżdżące na Zachód. Pokolenie to jest znacznie bardziej prozachodnie niż ich rodzice, co więcej owoce przynoszą także skutki pomarańczowej rewolucji, przede wszystkim uznanie roli i dziedzictwa OUN-UPA. Widać to choćby po rosnącej popularności nawiązującej do tego dziedzictwa partii "Swoboda". 

Niemcy - hegemon Europy

W ostatnich latach Niemcy zachowują się coraz bardziej asertywnie i prowadzą coraz bardziej niezależną politykę. Szybko wychodzą z kryzysu, który pogrąża całą strefę euro i Unię Europejską w kształcie forsowanym przez Francję. Dla południowoeuropejskich państw stają się wierzycielem, który zyskuje decydujący głos w sprawie przeprowadzanych reform, w Grecji dochodzi do pacyfikacji rosnącego w siłę, prorosyjskiego "Złotego Świtu". Równocześnie Niemcy wysuwają żądania by niemieckie złoto, do tej pory przetrzymywane w skarbcach w Paryżu, Londynie i Nowym Jorku, wróciło z powrotem do kraju, warto przy tym dodać, że rezerwy te pozostają jednymi z największych na świecie i to między innymi one wpływały na zaufanie jakim cieszyła się niegdyś niemiecka marka. 

Skąd się wzięła u Niemców ta nagła pewność siebie? Nie bez znaczenia są rzecz jasna wydarzenia ostatnich lat, przede wszystkim kryzys i niemoc polityczna wśród unijnych urzędników. Na to wszystko nakłada się jednak coś innego. W ostatnich latach Stany Zjednoczone dokonały zdecydowanego zwrotu w swojej polityce i skoncentrowały się na innych regionach świata likwidując wiele z istniejących dotychczas europejskich baz, przede wszystkim na terytoriach Włoch i Niemiec. Ten często bagatelizowany czynnik sprawił jednak, że na terenie RFN znajduje się obecnie najmniej amerykańskich żołnierzy od czasu zakończenia II Wojny Światowej, co wiecej USA wyrażając za kadencji Obamy zainteresowanie przede wszystkim Bliskim Wschodem i regionem Pacyfiku dały Berlinowi nowe pole działania. 



Niemieckie interesy na Ukrainie

Wybuch protestów na Majdanie zbiegł się z odmową podpisania przez Janukowycza umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Chociaż jak wskazuje wielu analityków warunki tej umowy były nie do przyjęcia, to jednak Ukraińcy rozpoczęli protesty, które nieoczekiwanie przerodziły się w narodową rewolucję. Nie jest przypadkiem, że najsilniejsze były one na Zachodzie kraju gdzie wpływy OUN są najsilniejsze. To właśnie stamtąd rekrutował się największy odsetek osób, które protestowały na Majdanie (widać to również po miejscu pochodzenia zabitych). W tym momencie warto przyjrzeć się związkom Niemiec z Majdanem. Jednym z jego liderów i inicjatorów jest posiadający niemiecki paszport Witalij Kliczko, zastanawiająca jest również niezwykła aktywność organizacji pozarządowych finansowanych przez zachodnie instytucje (głównie niemieckie i amerykańskie). 

W przypadku podobnych rewolucji najważniejsze jest jednak pytanie: kto na tym zyskał? Czy przesunięcie strefy wpływów Niemiec daleko na wschód aż za Kijów, ustawienie się jako rozjemcy i kraju, który chce dobrobytu dla całej Europy i to bez strzelania, obozów i krwawej dominacji nad podbitymi nie jest dyplomatycznym majstersztykiem? 



Koniec części 1.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Fragment powieści "Kod Władzy": Rozdział 17. Pałac Arcybiskupów Krakowskich, Kraków, Polska

fot. Lestat/Wikipedia
Poprzedni rozdział

Poul wyszedł z łazienki. Obmywając twarz, zobaczył w lustrze, że jest rozpalony. Emocjonujące wydarzenia dnia jeszcze się nie skończyły. Wrócił do pokoju.
Po chwili wszedł również kardynał.
– Może zacznijmy od klinik Lebensbornu. To właśnie „produkty” tej „fabryki” twórcy nowego ładu postanowili wykorzystać do realizacji swoich planów. Pomysłem Himmlera było stworzenie ośrodków, które zapewniłyby przekazywanie z pokolenia na pokolenie nordyckich genów. Ta historia rozpoczęła się w 1935 roku. Utworzono wtedy coś, co można by nazwać gigantyczną fabryką nadludzi. Przewinęło się przez nią kilkaset tysięcy osób. Słowo „Lebensborn” oznacza źródło życia. Tak nazwano organizację, której celem miało być przebudowanie świata. Idea była prosta. Himmler ujął to tak: Jeśli dobra krew, na której się opieramy, nie będzie się mnożyła, to nie będziemy mogli panować nad światem. Początkowo jednym z celów była opieka nad niezamężnymi matkami, które zaszły w ciążę z esesmanami, oficerami gestapo i żołnierzami. Oczywiście opieką mogły zostać objęte tylko te kobiety, co do których czystości rasowej nie było jakichkolwiek wątpliwości. W placówkach Lebensbornu mogły one urodzić dziecko, a stowarzyszenie, jeśli nie udało mu się nakłonić ojca dziecka do ślubu z dziewczyną, a ta nie była w stanie sama zająć się wychowaniem potomstwa, oddawało dziecko do adopcji w czystych rasowo rodzinach niemieckich. Chodziło o to, by zachować „czyste rasowo i wartościowe jednostki” dla III Rzeszy.
– To okropne – powiedział Poul, wsłuchując się w opowieść kardynała.
– W Niemczech znajdowało się 8 należących do organizacji zakładów położniczych i 6 domów dziecka. Ośrodki zatrudniały lojalne pielęgniarki i wychowawczynie. Nadrzędną opiekę sprawowali lekarze SS. Utworzenie Lebensbornu było wynikiem praktycznej realizacji ideologii nazistowskiej zakładającej wcielenie w życie zasad doboru rasowego. Himmler nadzorował program zapisany przez Hitlera w „Mein Kampf ”, dosłownie interpretując zalecenia wodza i realizując je w praktyce, w formach choćby najbardziej absurdalnych.
– Czy w innych krajach Europy również stosowano takie praktyki? – zapytał Poul.
– Część ośrodków Lebensbornu było swoistymi punktami kopulacyjnymi, w których udającym się na front esesmanom stwarzano warunki do spłodzenia dziecka z odpowiednio dobranymi rasowo samotnymi Niemkami. Według Himmlera każdy oficer SS przed wyruszeniem na front powinien spłodzić potomka. Program realizowany był nie tylko w Niemczech, ale też w niektórych krajach okupowanych. Działo się tak między innymi we Francji i Danii, ale przede wszystkim w Norwegii. Wszędzie tam zachęcano niemieckich żołnierzy do poszukiwania partnerek w celu zwiększenia liczebności narodu nadludzi.
– To prawdziwy dramat – Poul był coraz bardziej zasępiony.
– Domyślam się, że te dzieci miały być wykorzystane do budowania nowego ładu w Europie? Ładu rozumianego w jeden jedyny sposób, jako totalna dyktatura?
– Otóż to! Najlepsze, wyselekcjonowane dzieci miały stanowić kadrę kreatorów nowej ideologii. Taka była wizja Himmlera – człowieka, który na ogromną skalę wprowadzał w życie swoje mrożące krew w żyłach pomysły.
– Wspomniał eminencja coś o zakonie…
– Marzeniem Himmlera było utworzenie nowego, germańskiego zakonu. W tym celu między innymi odwoływał się do tradycji Zakonu Krzyżackiego. W swoich działaniach był niezwykle konsekwentny. Nieopodal miasta Paderborn, w połowie drogi między Kolonią a Brunszwikiem, znajdowały się ruiny średniowiecznego zamku Wewelsburg. To właśnie to miejsce Himmler upatrzył sobie na siedzibę kierownictwa SS. W zamku przygotowano specjalne apartamenty dla dygnitarzy organizacji. Ich nazwy wywiedziono od sławnych postaci historycznych. Reichsfuhrer SS dla siebie wybrał apartament Henryka I. Wybudowano wielką komnatę, o długości 35 i szerokości 15 metrów, w której miały odbywać się spotkania najważniejszych osób. W podziemiach utworzono sanktuarium zakonu, miejsce kultu krwi, gdzie organizowano tak zwane Bluttaufe, chrzty krwi, rytuały towarzyszące przyjęciu każdego młodego adepta. Na wybór miejsca wpływ miała podobno legenda głosząca, że przyszłemu atakowi ze wschodu oprze się tylko jeden zamek w Westfalii. Okazało się, że najmocniejsze mury ma właśnie Wewelsburg.
– Podziwu godna fantazja… – Poul starał się rozjaśnić mroczną atmosferę.
– Nie wszyscy naukowcy uważają słowo „zakon”, przyjęte na nazwę organizacji, za trafione. Podkreślają oni na przykład, że Himmler i jego współpracownicy byli szczególnie zafascynowani postaciami Henryka I czy Henryka Lwa, zaś sam szef SS postrzegał siebie raczej jako kontynuatora ich tradycji niż wielkiego mistrza. Z drugiej strony profesor Gebhardt, jeden z bliskich przyjaciół Himmlera, uważał, że ten widział się mistrzem zakonu, który posiadał tylko jedną regułę – wyznaczoną przez Adolfa Hitlera. Słowa te podkreślają religijną wręcz zależność Himmlera od Hitlera, którego chciał być rycerzem i obrońcą.
– Ciarki mi chodzą po plecach – powiedział Poul. – Mam wrażenie, że to nie może być prawda.
– Niestety, to nie fikcja. Wszystko zaplanowano niezwykle starannie.
Zdaniem Himmlera członkowie SS byli kontynuatorami tradycji rycerskich. Stąd niezmiernie ważna była dla niego zewnętrzna oprawa. Wprowadzono specjalne odznaki, które miały podkreślić znaczenie władzy SS oraz stworzyć atmosferę tajemniczości i mistycyzmu. Szefowie organizacji mogli należeć do jednej z trzech kategorii. Do każdej przypisane były specjalne insygnia: odznaka, kordzik i herb. Najmniej ważnym, choć również pożądanym, był srebrny pierścień z emblematem trupiej czaszki.
– A jak zarządzana była organizacja? – zapytał Poul.
– Najwyższymi dostojnikami SS było dwunastu obergruppenfuhrerów.
Każdy z nich miał własny, specjalnie zaprojektowany herb. Himmler w swoim postępowaniu opierał się na micie o celtyckim królu Arturze, który ucztował i odbywał narady ze swoimi dwunastoma najdzielniejszymi rycerzami. W wielkiej komnacie w Wewelsburgu ustawiono dębowy stół dla niego i jego wybrańców. Wokół znalazło się miejsce dla oznaczonych tarczami z herbami i nazwiskami każdego z „rycerzy” foteli. Pod północną wieżą zaprojektowano także sanktuarium z marmuru. W środku, na podwyższeniu, płonął wieczny ogień – miały być w nim palone herby „rycerzy”. Dookoła stało dwanaście grobowców, a pośrodku najważniejszy – należący do samego Himmlera. Wentylacja we wnętrzu nie była najlepsza, stąd w czasie ceremonii wypełniał je dym, który sprawiał wrażenie obcowania z duchami zmarłych. Himmler nakazał również dygnitarzom z kierownictwa SS odbywać specjalne ćwiczenia duchowe i niemal okultystyczne ceremoniały, w czasie których mieli odczuwać łączność z przodkami i czerpać z niej inspirację oraz siłę wewnętrzną niezbędną do realizacji wyznaczonego im posłannictwa.
Kardynał wstał z fotela. Spojrzał na szarzejący Kraków. Po chwili zadumy odezwał się.
– Wojna się skończyła, a jej wynik wymagał wytyczenia perspektywy dla wszystkich zawiedzionych. I na taki grunt trafiła ideologia kontynuowania pomysłów Himmlera. Niewykluczone, że starannie dobrano nowych rycerzy. W tajemnicy werbowano posłusznych im członków, organizacja rozwijała się. Mogła zarabiać na handlu bronią i kontroli możnych tego świata. Zaczęła osłabiać pozycję tych, których zakon postanowił neutralizować. Ukrywano się za plecami terrorystów. Cel był jeden – zbudowanie potężnego porozumienia. Jest to konsekwencja tworzenia od setek lat koncepcji zastąpienia wartości chrześcijańskich i wiary w Boga nową doktryną. Inspirowania działalności ukrytych przed światem grup, które kiedyś wykorzystywały planowane wcześniej wojny, a dziś rozpoczęły wymuszanie wpływów na przykład strategią uzależniania krajów od dostaw energii. Dopuszczania ich do militarnego znaczenia w zamian za posłuszeństwo.
– Staram się to wszystko zrozumieć… – powiedział Poul.
– Zastanów się nad wydarzeniami zachodzącymi ostatnio na świecie. Układają się w całość. Dostrzeżesz działania dokumentujące istnienie konstrukcji, jak to niektórzy określają, nowego ładu. Oczywiście dla zaciemnienia całej sprawy wszystkich tych, którzy zwracają na to uwagę, uważa się za niespełna rozumu, a ich twierdzenia za teorie spiskowe.
– Z pewnością warto się nad tym zastanowić… Obalenie muru berlińskiego pozwoliło na nowe budowanie stosunków Niemiec z Rosją.
– Otóż to… – odpowiedział kardynał.
Wstał i podszedł do okna.
Po chwili podjął przerwany wątek.
– Przyjaciel kardynała, ten naukowiec z Polski, koordynował nasze poszukiwania uczestników tajnego porozumienia. Szukał przy tym nowocześnie wyposażonej prawdopodobnie podziemnej siedziby, w której prowadzone są wszystkie działania kontrolujące stworzony system. Ma ono znajdować się pod ziemią. I być może gdzieś w Polsce. Wiem tylko tyle, że w grę wchodzą trzy lokalizacje. Gdzieś na Mazurach, jest tam okolica pełna lochów i podziemnych korytarzy. Druga, prawdopodobna, na wyspie Wolin, w okolicach, w których kiedyś w czasie wojny produkowano pociski V1 i V2. I trzecia przypuszczalnie w Sudetach, w okolicach zamku Książ. Takie są nasze podejrzenia. Chciałbym, byś spotkał się z Kajetanem. To ten naukowiec. On cię we wszystko wprowadzi. Poul zamyślił się. Nie spodziewał się, że może kiedyś poznać najgłębsze tajemnice Watykanu. Nie wiedział, czemu lub komu zawdzięczał taki awans. Nie było to jednak w tej chwili najważniejsze. 
– Rozumiem. Jestem wdzięczny za obdarzenie mnie tak wielkim zaufaniem – podziękował.
– Musisz na siebie uważać. Do momentu, kiedy nie znajdziemy czegoś konkretnego, musisz pamiętać, że to, co przed chwilą ci powiedziałem, to tylko przypuszczenia. Nie możemy niczego udowodnić. W przypadku odkrycia ich logistycznej siedziby wszystko wyjdzie na jaw. Dlatego zakon zrobi wszystko, by zlikwidować tych, którzy zbliżą się do poznania jego tajemnic. Tym bardziej że, jak można przypuszczać, urywać się może za piętnowanymi powszechnie terrorystami. Oczywiście to tylko niebezpieczne przypuszczenie i dlatego należy być bardzo ostrożnym w artykułowaniu osądów.
– Rozumiem – odparł Poul.
– Należy być bardzo ostrożnym. W Polsce próbuje się nas skłócać, tworzyć medialne alternatywy mające ogromny wpływ na pozycję Kościoła. Politycznie próbuje się obalać autorytety. Polska była przez lata najsilniejszym bastionem chrześcijaństwa i podobnie jak miało to miejsce w wielu innych krajach, jego przeciwnicy przystąpili do ataku. Pomagają im w tym ludzie związani z Kościołem. Jestem głęboko przekonany, że również w Watykanie działa ich człowiek, a może nawet kilku. Jesteśmy w coraz trudniejszej sytuacji. Uważaj na siebie.
– A gdzie znajdę tego człowieka, Kajetana? – zapytał.
– Pojedziesz na Mazury. W miejscowości Stare Kiejkuty, a właściwie obok niej, nad jeziorem, stoi chata. W niej znajdziesz Kajetana. Staraj się nie dzwonić ze swojego telefonu. Idź na pocztę albo znajdź jakiś inny telefon. Jutro na dziedzińcu będzie czekał na ciebie samochód. Masz nieograniczony czas. Będziesz się kontaktował wyłącznie ze mną. Jeśli będziesz potrzebował jakichś informacji – dzwoń. A teraz idź spać. Śpij dobrze.
Kardynał wstał. Podszedł do Poula i położył mu rękę na ramieniu.
– Pamiętaj, od stuleci toczy się wojna, by zniszczyć to, co najcenniejsze w chrześcijaństwie. A to, co dzisiaj usłyszałeś, jest jej kolejnym etapem. Człowiek, który na ciebie czeka, wie na ten temat bardzo dużo … 

Kardynał uścisnął Poula i powoli odszedł w kierunku drzwi. Poul został sam. Spojrzał na zegarek. Jeszcze będzie mógł zatelefonować do Watykanu. Nie wierzył własnym uszom. Mroczne duchy przeszłości wyszły z grobów, by wycisnąć piętno na jego życiu. Na ścianie jadalni tańczyły cienie drzew szarpane podmuchami nocnego wiatru. Zbierało się na burzę.

piątek, 13 grudnia 2013

Przypominamy: Zakon rycerzy Wewelsburga

Poniższy tekst jest jednym z najważniejszych jakie ukazały się na łamach bloga "Kod Władzy", historia Zakonu stanowi osnowę wielu wątków tutaj poruszanych i dlatego polecam go Państwa szczególnej uwadze.

Bin Laden nie żyje. Powoli przyzwyczajamy się do tej myśli. Cały świat, a przynajmniej jego zachodnia część zastanawia się kiedy nastąpi zemsta? Czy w jej wyniku zginie kilkaset lub nawet kilka tysięcy ludzi? Ja zastanawiam się czy i kiedy, idąc za zwolennikami terrorysty, wystawi mu się pomnik lub otworzy muzeum tłumacząc, że to ku przestrodze? Niemożliwe? A no możliwe.

W czwartek 15 kwietnia ubiegłego roku otwarto muzeum poświęcone zbrodniczej hitlerowskiej organizacji SS. W wyniku jej działania zginęło nie tysiące a miliony ludzi. Zbiory muzeum ukazują historię liczącej ponad milion członków przybocznej gwardii Adolfa Hitlera – i jej wodza Heinricha Himlera, którego osobisty dziennik zdobi starannie przygotowaną wystawę. Na liczącej tysiąc eksponatów wystawie znajdują się dwa „pierścienie z czaszką”, które otrzymywali starsi stopniem oficerowie. Na srebrnych obręczach wygrawerowano podpis Himmlera, a także czaszkę, swastykę i runę Sig, szczególnie rozpoznawalny symbol SS. Gdzie nasi zachodni sąsiedzi pokazali światu tę wystawę? No właśnie, i tu cały dodatkowy skandal. Na zamku w Wewelsburgu, w którym Niemcy modlili się do swych bogów o zwycięstwo, a po wojnie dla zatuszowania historii tego miejsca zorganizowali w nim schronisko młodzieżowe. 

Zamek Wewelsburg imponująca, siedemnastowieczna rezydencja znajdująca się na szczycie wzgórza na południe od Hanoveru w środkowych Niemczech, odgrywała kluczową rolę w historii SS. Himmler wynajął go na ponad 100 lat w roku 1934, zaraz po tym jak partia nazistowska doszła do władzy, z zamiarem przekształcenia go w ośrodek szkoleniowy dla elity oficerów SS. Z czasem snuł on coraz ambitniejsze plany przejęcia okolicznej wioski i zbudowania stolicy dla SS, z zamkiem jako „centrum nowego świata” po osiągnięciu „ostatecznego zwycięstwa”.

czytaj dalej

czwartek, 19 lipca 2012

Jesienią poznamy "Tajemnicę Czternastej Bramy"

 Już jesienią ukaże się kontynuacja powieści "Kod Władzy". W "Tajemnicy Czternastej Bramy" bohaterowie staną się świadkami przerażających eksperymentów mających miejsce w samym sercu Europy.

Poul uchylił powieki. Nie pamiętał nic więcej. Nie kojarzył, jak i kiedy znaleźli się na stołach, na których teraz leżeli. Nie wiedział, kto ich na nich położył. Nie czuł nawet, czy leży w ubraniu. Nie wiedział, dlaczego się tu znaleźli. Ukryci przed światem w miejscu, którego istnienia nikt zapewne się nie domyślał.
(…)
– Spokój, po pierwsze spokój… – powtarzał sobie. – Ojcze nasz, któryś jest w niebie… – zaczął odmawiać modlitwę. – Święć się imię Twoje… – przerwał.
Usłyszał jakiś hałas. Odgłos zbliżających się kroków.
Zamarł.
Kamienny korytarz potęgował hałas. Brzmiał, jak uderzenia metalu o kamień. Miarowe. Coraz bliższe. Coraz głośniejsze.
Starał się unieść głowę. Chciał dostrzec zbliżających się ludzi. Spoglądał w kierunku końca korytarza. Nagle dostrzegł dwie postacie. Wysokie na ponad dwa metry, nienaturalnej budowy. Wytężył wzrok, by rozpoznać, kto się do niego zbliża. Po chwili dostrzegł ich wyraźnie.
– Matko Boska, co to jest?!



wtorek, 22 maja 2012

Tajny zakon spiskuje tuż pod Krakowem

Kilkudziesięciu pasjonatów tajemnic, spisków i dobrej zabawy zebrało się na Zamku Korzkiew by odegrać sceny z sekretnego przyjęcia, na którym pod koniec II Wojny Światowej przedstawiciele największych potęg ustalili nowy światowy ład. Wśród gości obecni byli reprezentanci między innymi III Rzeszy, Wielkiej Brytanii, ZSRR czy Watykanu. Uczestnicy grali, spiskowali i świetnie się bawili przekonani, że mają do czynienia z fikcyjną historią.


wtorek, 30 sierpnia 2011

Gdzie umarł Adolf Hitler?

Czy FBI nie mówi prawdy o prawdziwym miejscu śmierci Adolfa Hitlera informując opinię publiczną, że była to Argentyna? A może celowo wskazuje ten popularny dla migracji hitlerowców kraj, by odwrócić uwagę od prawdziwego miejsca pobytu nazistowskiego przywódcy?

Dla przypomnienia: niedawno świat obiegła informacja na temat ujawnionych przez FBI dokumentów, według których przywódca III Rzeszy dokonał swojego żywota w Argentynie, długo po zakończeniu II Wojny Światowej. 30 kwietnia o świcie wystartował z Tiergarten mały samolot i skierował się do Hamburga. W kabinie miejsce zajęli trzej mężczyźni i kobieta. W konsekwencji z Hamburga, tuż przed zajęciem portu przez Brytyjczyków, wypłynął duży okręt podwodny. Na jego pokładzie rzekomo znajdowały się tajemnicze osoby, a wśród nich była kobieta. Najważniejszym pasażerem mógł być Adolf Hitler, a kobietą jego żona Ewa Braun. Łódź podwodna rzeczywiście skierowała się w stroną Argentyny, tyle tylko, że nigdy do niej nie dotarła. Mogła dopłynąć do Antarktydy, gdzie w komfortowych, wcześniej przygotowanych warunkach, Adolf Hitler mógł dokonać żywota, lub żyć wiele lat otoczony swoimi wiernymi podwładnymi. Co ciekawsze, nikt mu w tym przez kilkadziesiąt lat nie przeszkadzał. Na czym oparty jest ten pogląd? 

Otóż 9 czerwca 1945 roku marszałek Gieorgij Żukow, dowódca wojsk, które zajęły schron pod Kancelarią Rzeszy, stwierdził:

"Nie zidentyfikowaliśmy zwłok Hitlera"

Podobną opinię wyraził w 1952 roku prezydent Dwight D. Eisenhower:

“Nie byliśmy w stanie dotrzeć do nawet skrawka namacalnych dowodów dotyczących śmierci Hitlera. Wielu ludzi wierzy w to, że Hitler uciekł z Berlina”

Nie było to jedyne stwierdzenie, które podważa obowiązujące do tej pory stanowisko dotyczące śmierci przywódcy III Rzeszy. Testy DNA przeprowadzone na udostępnionej przez Rosjan czaszce Adolfa Hitlera wykazały, że szczątki nie należą do przywódcy III Rzeszy. Naukowcy z University of Connecticut doszli do wniosku, że Rosjanie od 1945 roku przechowywali u siebie czaszkę kobiety, która w chwili śmierci miała około 40 lat. Kości są bardzo cienkie, kości męskie są grubsze. A szwy spajające czaszkę wyglądają jak u osoby w wieku poniżej 40. roku życia – skomentował badania archeolog Nick Bellantoni. Wódz III Rzeszy urodził się w 1889 roku. W roku 1945 miał więc 56 lat.

Ewa Braun
Badana czaszka raczej nie należy też do Ewy Braun, wieloletniej towarzyszki Hitlera i jego żony przez ostatnie kilkadziesiąt godzin życia. Co prawda w 1945 roku miała ona 33 lata, jednak otruła się, więc w jej czaszce nie powinno być dziury po kuli. Hitler przez lata przygotowywał podziemne budowle i gromadził zagarnięte z terenu całej Europy bogactwa. Od miesięcy wiedział jak zakończy się II Wojna Światowa. Czy dysponując największym militarnym systemem organizacyjnym postanowiłby strzelić sobie w łeb lub zostać pastuchem w Argentynie? Czy w stwierdzenia FBI mamy wierzyć podobnie jak przez dziesiątki lat w honorowe rozwiązanie? Komu zależy dzisiaj na lansowaniu takich faktów? 

Tajemnica związana z niemiecką wyprawą na Antarktydę podjętą w 1938 rok. Jej dowódcą był kapitan Ritsher. Obecnie wiadomo jedynie, że misja miała charakter militarny. Nie ujawniono jednak, co Niemcy robili w tym niedostępnym miejscu. Być może wiąże się to jakoś z rozkazem admirała Dönitza, który to miał wysłać pod sam koniec wojny do stacjonujących u wybrzeży Antarktydy okrętów podwodnych: "Zostać i kontynuować misję". Rozkaz przesłano otwartym tekstem, lecz nie wiadomo do dziś, o jaką misję chodziło. Co ciekawsze, wszystko wskazuje na to, że ta tajemnicza misja nigdy nie została zakończona i trwa do chwili obecnej. 

Po drugie „baza”. Niezwykła, tajemnicza sprawa upowszechniania przez badaczy spiskowych teorii. Jest bezspornym faktem, że w 1947 roku wysłano w ten rejon ekspedycję marynarki wojennej USA. Dowodził nią admirał Byrd. Kiedy czyta się jego dziennik, ma się wrażenie, że jest to raczej powieść science-fiction. Z zapisków tych wynika, że Amerykanie zauważyli kilka jednostek podwodnych, z którymi nie zdołano nawiązać jakiegokolwiek kontaktu, zaś próba zbliżenia się do nich kończyła się zawsze tak samo – okręty w niewytłumaczalny sposób znikały. To nie koniec, wysłane na ich poszukiwania małe łodzie podwodne w niewyjaśnionych okolicznościach zaginęły. Nie udało się też nigdy nawiązać łączności z grupą żołnierzy wysłanych do zbadania fragmentu lądu, z którego miały startować tajemnicze obiekty latające. Żaden z nich nigdy nie powrócił. Odebrano jedynie fragment meldunku o odkryciu dziwnych tuneli. Potem zaległa cisza. Podczas misji zaginęło około 100 żołnierzy, jednak ku zdziwieniu dowódcy misji, rząd USA nakazał mu przerwać zadanie i natychmiast opuścić niebezpieczny teren. Los zaginionych do tej pory pozostaje nieznany. 

Już w 1936 roku, a więc na trzy lata przed wybuchem wojny, Hitler wysłał do Ameryki Południowej ludzi z misją specjalną. Ich zadaniem było umocnienie i zorganizowanie miejscowych faszyzujących środowisk, by w przyszłości móc dysponować jak największymi wpływami. Było ich pięciu, byli oczywiście głęboko zakonspirowani, a dla celów misji wyposażono ich w spory kapitał, 20 milionów dolarów w złocie 

Osiem lat później postanowiono zebrać pierwsze plony i sięgnąć po pomoc południowoamerykańskich struktur. W sierpniu 1944 roku po naradzie w Strasburgu zapadła decyzja o rozpoczęciu operacji „Ziemia Ognista”, za którą odpowiedzialny był osobiście Reichsführer Heinrich Himmler. W ciągu zaledwie kilku tygodni oficerowie Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy rozpoczęli załadunek na przygotowane łodzie. Były to dziesiątki zaplombowanych skrzyń, które umieszczono na statkach podwodnych. Umieszczony ładunek zaplombowano i dodatkowo zaminowano, na wypadek gdyby został przejęty przez nieprzyjaciela. 

Pracujący nad jej wyjaśnieniem historycy znają wiele szczegółów, nawet dokumenty. Wiadomo, kiedy nastąpił załadunek i, z dużym przybliżeniem, ile tego było. 2511 kilogramów złota, 87 kg platyny i 4638 karatów brylantów wniesiono na pokład statków podwodnych. Ostatnie wiadomości na ten temat pochodzą z listopada 1944 roku, lecz nie przyczyniają się do rozwiązania zagadki. Nie wiemy, co się stało z konwojem, ale majątek był rzeczywisty i ogromny. Nadal niejednego może skłonić do zainteresowania się tą historią. Dawni poszukiwacze tracili życie, uganiając się za legendarnymi skarbami. A w tym wypadku nie mówimy o mitach. Gdzie dotarł gigantyczny skarb Adolfa Hitlera? Pod strzechę jakiejś chałupy w Argentynie? 

San Carlos de Bariloche
Rzeczywiście Argentyna i cała Ameryka Południowa odegrały istotną rolę w ewakuacji najważniejszych oficjeli III Rzeszy, wbrew jednak temu co twierdzi argentyński dziennikarz Abel Basti, nie było to miejsce, w którym przebywał sam Hitler. Faktycznie, miejscowość San Carlos de Bariloche w Patagonii u podnóża Andów, 1.350 kilometrów na południowy wschód od Buenos Aires, miała szczególne znaczenie dla nazistowskich uciekinierów. Od początków XX wieku była zamieszkana głównie przez Niemców, pozwoliło to wielu osobom nie tylko utrzymać tam wpływy, ale przede wszystkim wmieszać się w lokalną społeczność. Okolica stanowiła także doskonałą przystań dla faktycznych działań daleko na południe. 

Shangri-La Hitlera znajdowało się na obszarze wewnątrz Ziemi Królowej Maud, w Nowej Szwabii. Teren ten jest jak na Antarktydę wyjątkowy, gdyż nie pokrywa go lód. Dzieje się to dzięki ciepłu, jakie daje aktywny w tamtej okolicy wulkan. Dzięki temu już w roku 1940 można było przygotować specjalną bazę, w której w razie niepowodzenia miał schronić się fuhrer wraz z najbardziej zaufanymi członkami SS. 

Nie działo się to zresztą bez wiedzy najważniejszych z państw alianckich, zarówno zwyciężeni jak i zwycięzcy II Wojny Światowej starannie kryją swoje tajemnice. Zwłaszcza te kompromisowe pakty, które negocjowano pod koniec wojny. Wówczas strony wiedziały już kiedy nastąpi koniec i jak on będzie wyglądał. Niemcy sprzedawali swoją skórę, a Alianci ukrywali, co otrzymywali w zamian za spokojne dożycie końca swych dni przez ich niedawnych wrogów. Podobnie jak szwajcarskie żydowskie konta, droga do zrabowanych skarbów i najlepszych technologii otwarła się niczym bajkowy Sezam. 

Jest bezspornym faktem, że naziści wybudowali w krótkim czasie mnóstwo podziemnych obiektów. Do tej pory wiele fragmentów słynnego kompleksu Riese, który powstał na Dolnym Śląsku pozostaje niezbadanych, wiele korytarzy pozostaje zasypanych zaś wejścia do nich zdają się być niedostępne. Co jednak najważniejsze, mimo świadomości ich istnienia oraz wiedzy na temat ich lokalizacji, do dziś niektórych nie odkryto. 

Dlaczego do dziś do nich nie dotarto? Czy odnalezienie podziemnych kompleksów w Polsce podobnie jak tajemniczej bazy na Antarktydzie, miejsca śmierci Adolfa Hitlera, jest niemożliwe? Czy sytuacja jest analogicznie do ukrywanej do dziś zasobności rzeczy znalezionych na zamku w Wewelsburgu w Niemczech

Posłużmy się prostym, przekonywującym przykładem wskazującym jak chroni się tajemnice. 

Praktycznie w tym samym czasie, gdy wysyłano pierwszy transport, w Kolonii rozpoczęto formowanie „Konwoju Führera”. Miał się składać z 35 nieuzbrojonych łodzi podwodnych. Miały one unikać wszelkiego kontaktu z nieprzyjacielem. Załogi skompletowano według pewnego klucza. Marynarze, których wybierano, mieli być stanu wolnego, wybierano przede wszystkim ludzi nie mających żadnych bliskich, z którymi chcieliby utrzymywać kontakty. Na pokładzie mieli się też znaleźć inni pasażerowie. Co najmniej jednej z łodzi nie udało się przedrzeć przez cieśniny duńskie. Jej dowódca Heinz Scheffer milczał. Wydał wprawdzie swoje wspomnienia, ale w tej sprawie dochował tajemnicy. Gdyby miał coś zdradzić, zrobiłby to pewnie podczas przesłuchań. Ale i tak, nie do końca zresztą z własnej woli, pojawił się na scenie w kontekście dawnych wydarzeń.

W latach 80. Jego współtowarzysz kapitan Wilhelm Berhardt brał udział w programach telewizyjnych na temat tajemnic II Wojny Światowej. W ręce zachodnioniemieckiej policji wpadł wysłany przez Scheffera do Berhardta list, w którym były dowódca czynił wyrzuty i przestrzegał przed ujawnianiem tajemnic. Pisał, że lepiej aby wszystko spoczywało na dnie Bałtyku. Sugerował, że ta wiedza nadal mogłaby komuś zaszkodzić. Komu? Czy ludziom, którzy wiedzieli gdzie był wówczas Adolf Hitler?


poniedziałek, 9 maja 2011

Zakon Rycerzy Wewelsburga – w dążeniu do władzy absolutnej

Bin Laden nie żyje. Powoli przyzwyczajamy się do tej myśli. Cały świat, a przynajmniej jego zachodnia część zastanawia się kiedy nastąpi zemsta? Czy w jej wyniku zginie kilkaset lub nawet kilka tysięcy ludzi? Ja zastanawiam się czy i kiedy, idąc za zwolennikami terrorysty, wystawi mu się pomnik lub otworzy muzeum tłumacząc, że to ku przestrodze? Niemożliwe? A no możliwe.

W czwartek 15 kwietnia ubiegłego roku otwarto muzeum poświęcone zbrodniczej hitlerowskiej organizacji SS. W wyniku jej działania zginęło nie tysiące a miliony ludzi. Zbiory muzeum ukazują historię liczącej ponad milion członków przybocznej gwardii Adolfa Hitlera – i jej wodza Heinricha Himlera, którego osobisty dziennik zdobi starannie przygotowaną wystawę. Na liczącej tysiąc eksponatów wystawie znajdują się dwa „pierścienie z czaszką”, które otrzymywali starsi stopniem oficerowie. Na srebrnych obręczach wygrawerowano podpis Himmlera, a także czaszkę, swastykę i runę Sig, szczególnie rozpoznawalny symbol SS. Gdzie nasi zachodni sąsiedzi pokazali światu tę wystawę? No właśnie, i tu cały dodatkowy skandal. Na zamku w Wewelsburgu, w którym Niemcy modlili się do swych bogów o zwycięstwo, a po wojnie dla zatuszowania historii tego miejsca zorganizowali w nim schronisko młodzieżowe. 

Zamek Wewelsburg imponująca, siedemnastowieczna rezydencja znajdująca się na szczycie wzgórza na południe od Hanoveru w środkowych Niemczech, odgrywała kluczową rolę w historii SS. Himmler wynajął go na ponad 100 lat w roku 1934, zaraz po tym jak partia nazistowska doszła do władzy, z zamiarem przekształcenia go w ośrodek szkoleniowy dla elity oficerów SS. Z czasem snuł on coraz ambitniejsze plany przejęcia okolicznej wioski i zbudowania stolicy dla SS, z zamkiem jako „centrum nowego świata” po osiągnięciu „ostatecznego zwycięstwa”.

foto Orwellsky
Zakon Rycerzy Wewelsburga, był marzeniem Heinricha Himmlera, który pragnął utworzyć nowy, germański zakon. W tym celu między innymi odwoływał się do tradycji Zakonu Krzyżackiego. Nieopodal miasta Paderborn, w połowie drogi między Kolonią a Brunszwikiem, znajdowały się ruiny średniowiecznego zamku Wewelsburg. To właśnie to miejsce Himmler upatrzył sobie na siedzibę kierownictwa SS. W zamku przygotowano specjalne apartamenty dla dygnitarzy organizacji. Ich nazwy wywiedziono od sławnych postaci historycznych. Reichsfuhrer SS dla siebie wybrał apartament Henryka I. Wybudowano wielką komnatę o długości 35 i szerokości 15 metrów, w której miały odbywać się spotkania najwyższych rangą członków organizacji. W podziemiach utworzono sanktuarium zakonu, miejsce kultu krwi, gdzie organizowano tak zwane Bluttaufe (chrzty krwi), rytuały towarzyszące przyjęciu każdego młodego adepta. Na wybór miejsca wpływ miała podobno legenda głosząca, że przyszłemu atakowi ze wschodu oprze się tylko jeden zamek w Westfalii. Okazało się, że najmocniejsze mury ma właśnie Wewelsburg.



Dla Adolfa Hitlera


foto Orwellsky
Nie wszyscy naukowcy uważają słowo „zakon”, przyjęte na nazwę organizacji, za trafione. Podkreślają oni na przykład, że Himmler i jego współpracownicy byli szczególnie zafascynowani postaciami Henryka I czy Henryka Lwa, zaś sam szef SS postrzegał siebie raczej jako kontynuatora ich tradycji niż wielkiego mistrza. Z drugiej strony profesor Gebhardt, jeden z bliskich przyjaciół Himmlera, uważał, że ten widział się mistrzem zakonu, który posiadał tylko jedną regułę – Adolfa Hitlera. Słowa te podkreślają religijną wręcz zależność Himmlera od Hitlera, którego chciał być rycerzem i obrońcą. Zdaniem Himmlera członkowie SS byli kontynuatorami tradycji rycerskich. Stąd niezmiernie ważna była dla niego zewnętrzna oprawa. Wprowadzono specjalne odznaki, które miały podkreślić znaczenie władzy SS oraz stworzyć atmosferę tajemniczości i mistycyzmu. Szefowie organizacji mogli należeć do jednej z trzech kategorii. Do każdej przypisane były specjalne insygnia: odznaka, kordzik i herb. Najmniej ważnym, choć równie pożądanym, był srebrny pierścień z emblematem trupiej czaszki.



Rycerze z piekła rodem 

Najwyższymi dostojnikami SS było dwunastu obergruppenfuhrerów. Każdy z nich miał własny, specjalnie zaprojektowany herb. Himmler w swoim postępowaniu opierał się na micie o celtyckim królu Arturze, który ucztował i odbywał narady ze swoimi dwunastoma najdzielniejszymi rycerzami. W wielkiej komnacie w Wewelsburgu ustawiono dębowy stół dla niego i jego wybrańców. Wokół znalazło się miejsce dla oznaczonych tarczami z herbami i nazwiskami każdego z „rycerzy” foteli. Pod północną wieżą zaprojektowano także sanktuarium z marmuru. W środku, na podwyższeniu, płonął wieczny ogień – miały być w nim palone “rycerskie” herby. Dookoła stało dwanaście grobowców, a pośrodku najważniejszy – należący do samego Himmlera. Wentylacja we wnętrzu nie była najlepsza, stąd w czasie ceremonii wypełniał je dym, który sprawiał wrażenie obcowania z duchami zmarłych. Himmler nakazał również dygnitarzom z kierownictwa SS odbywać specjalne ćwiczenia duchowe i niemal okultystyczne ceremoniały, w czasie których mieli odczuwać łączność z przodkami i czerpać z niej inspirację oraz siłę wewnętrzną niezbędną do realizacji wyznaczonego im posłannictwa.

foto Orwellsky
27-letni historyk, który pomagał zaprojektować stałą ekspozycję, twierdzi, że trzymające pochodnie statuy lub strażnicy SS stali najprawdopodobniej na tych podestach. Obalił on jednak mit spopularyzowany przez jedną z niemieckich gazet, jakoby Himmler odprawiał w pełnej echa krypcie dziwne pogańskie rytuały. „Nie można tego udowodnić naukowo” - stwierdził. Nie można podobnie jak nie można zapewne głośno powiedzieć o próbie tuszowania historii, o której niemiecka prasa wolała milczeć. 



Czy idea Himlera umarła razem z nim?

Wojna się skończyła, a jej wynik wymagał wytyczenia perspektywy dla wszystkich zawiedzionych. Właśnie na taki grunt trafiła ideologia kontynuowania pomysłów Himmlera. Czy zatem ponownie wybrano współczesnych, nowych rycerzy? Czy w tajemnicy werbowano członków, a organizacja rozwijała się? Mogła zarabiać na handlu bronią i kontroli możnych tego świata. Zaczęła osłabiać pozycję tych, których zakon postanowił zneutralizować. Wpływano na losy świata ukrywając się za plecami terrorystów? Cel był jeden - zbudowanie w Europie potężnego porozumienia, będącego konsekwencją tworzenia od setek lat koncepcji zastąpienia wartości chrześcijańskich i wiary w Boga nową doktryną

Kiedyś instrumentem działania były zaplanowane wcześniej wojny, dziś zaś opierają się one na wpływie uzyskiwanym na przykład poprzez uzależnianie poszczególnych krajów od dostaw energii. „Cienie” pilnujące grobu Chrystusa zastąpiono cieniami pilnującymi swoich interesów. Czy ta historia jest nierealna? Z całą pewnością, podobnie jak 27-letni naukowiec należy stwierdzić, iż naukowo jest ona nie do udowodnienia. 

- See more at: http://pomocnicy.blogspot.com/2013/04/jak-dodac-informacje-o-ciasteczkach-do.html#sthash.uAMCuvtT.dpuf