Władze Wielkiej Brytanii w ostatnim czasie wyraźnie zwiększyły wydatki na Europejską Agencję Kosmiczną (ESA). I choć taka rozrzutność w czasach kryzysu może dziwić, urzędnicy uważają, że inwestowanie w działalność agencji jest bardzo opłacalne.
fot. careers.ox.ac.uk
Według źródeł BBC obecne nakłady Wielkiej Brytanii na Europejską Agencję Kosmiczną wynoszą ok. 170 mln funtów, a w ciągu dwóch lat zostaną zwiększone o kolejne 60 mln. Wydatek tego rzędu w czasach kryzysu jest znaczącą inwestycją, zwłaszcza gdy rząd boryka się z deficytem budżetowym i maksymalnie tnie wydatki państwowe. Tak więc w takiej sytuacji badanie kosmosu nie jest na pierwszym miejscu jeśli chodzi o wzrost nakładów.
Jednak jak tłumaczy minister finansów, George Osborne według wyliczeń rządu inwestycja ta jest dość opłacalna. Dla przykładu, każdy funt zainwestowany w programy budowy nowoczesnych satelitów, przynosi sześciokrotny zyska dla brytyjskiej gospodarki. Zatem inwestycje te nie są jedynie wynikiem miłości do nauki i odkrywania wszechświata.
Co więcej, brytyjski przemysł kosmiczny przeżywa obecnie boom. I choć cała gospodarka kurczy się, gałąź przemysłu kosmicznego od 2008 roku wzrosła o 7,5%. Ponadto minister nauki David Willets dodaje, że nikt nie doceniał potęgi brytyjskiego przemysłu kosmicznego, a obecnie Wielka Brytania jest globalnym graczem w zakresie technologii budowy satelitów. Tak więc minister nauki deklaruje silne wsparcie dla przemysłu kosmicznego.
Czy Waszym zdaniem Wielka Brytania jest w stanie dorównać USA w "walce o kosmos"?
Największą na świecie potęgą militarną i gospodarczą rządzi wciąż ta sama elita. Ma ona do dyspozycji ogromne zasoby Stanów Zjednoczonych oraz własne, praktycznie niepoliczalne bogactwo. Dąży ona do zniewolenia świata pod szyldem Nowego Porządku Światowego i nie spocznie dopóki tego nie osiągnie. Czy w takim razie jakiekolwiek wybory mają w ogóle znaczenie?
Tegoroczne zwycięstwo Baracka Obamy w ostatnich wyborach prezydenckich nie przebiegało tym razem pod słynnym już hasłem „Zmiany” („Change”). Nie będzie zaskoczeniem, że Obama zapowiedział kontynuację i dalsze podążanie w kierunku, który obrał w pierwszej kadencji. Jaka to będzie polityka? W przypadku Obamy dostrzec można pewien znaczący dysonans związany z tym co prezydent USA mówi a tym co robi, czego przykładem może być wytykane przez wielu krytyków przyznanie mu pokojowej nagrody Nobla, którą miał otrzymać „na zachętę”. Ostatecznie Obama praktycznie nie zmienił polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych, która nadal pozostaje równie agresywna jak niegdyś.
Przykład amerykańskich wyborów zmusza nas po raz kolejny do zadania sobie pytania – czy wybory cokolwiek zmieniają? Przykład Stanów Zjednoczonych pokazuje, że bez względu na to kto by wygrał nie można byłoby liczyć na zmianę polityki wobec Iranu, znikome byłyby również szanse na ewentualny audyt w siedzibie Rezerwy Federalnej. Jedną z przyczyn takie stanu rzeczy może być fakt, że w praktyce Ameryką rządzą zza tylnych siedzeń prawdziwe elity, które bez względu na to, kto jest „u władzy” konsekwentnie realizują swoje własne cele.
Od wolności do faszyzmu
Bardzo trafnie zostało to przedstawione w filmie Aarona Russo „America: From Freedom to Fascism”, w którym reżyser przedstawia dążenia amerykańskich elit do trwałego ograniczenia swobód obywatelskich w USA poprzez szereg ustaw i regulacji, które ostatecznie wpędzić mają Amerykanów w permanentny stan wojenny.
Jednym z symboli tego mrocznego scenariusza jest sprawa ponad ośmiuset tajemniczych obozów rozsianych po całym terytoriów USA administrowanych przez rządową agencję FEMA (Federal Emergency Managment Agency – Federalna Agencja Zarządzania Kryzysowego). Tak zwane „FEMA Camps” to sieć potężnych ogrodzonych kompleksów wyposażonych w magazyny oraz bloki przypominające więzienia. Wielu obiekty te nie kojarzą się jednak bynajmniej z więzieniami, lecz z nazistowskimi obozami koncentracyjnymi bądź sowieckimi gułagami. Jak głosi jedna z teorii spiskowych związanych z FEMA, do obozów mają trafić w pierwszej kolejności najbardziej niepokorne jednostki i obywatele, którzy otwarcie będą sprzeciwiać się kolejnym próbom ograniczenia ich wolności (liczbę tą szacuje się na nieco ponad 20 milionów osób). Wszystko to na mocy zatwierdzonego przez Kongres w 2006 roku Military Comissions Act, który umożliwia aresztowanie i przetrzymywanie wszystkich nie będących obywatelami USA a także osoby uznanych za „enemy combatants”.
Próby dezorganizacji ewentualnego oporu ma miejsce od blisko dwudziestu lat, czyli od czasu zamachu na budynek federalny w Oklahoma City w 1995 roku. Osoba zamachowca, weterana wojny w Zatoce Perskiej, Timothy’ego McVeigh została szybko powiązana z silnymi w Stanach Zjednoczonych obywatelskimi organizacjami paramilitarnymi, widząc w nich potencjalne zagrożenie, władze federalne wykorzystały zamachy jako pretekst do ich infiltracji i unieszkodliwienia. Prawdę powiedziawszy jednak, nawet dysponując odpowiednią organizacją ewentualna partyzantka nie miałaby w obliczu nowoczesnych technologii większych szans. W sieci jest ogromna ilość stron poświęconych metodom przygotowywania własnoręcznych schronień czy uniezależnienia się od produkcji żywności. Wszystko to ma umożliwić zdobycie odpowiedniej wiedzy, pozwalającej przetrwać nadchodzące trudne czasy.
Walka w podziemiu?
Co bardziej radykalnie grupy, a takie można bardzo łatwo zlokalizować w sieci, za realny rozważają nawet scenariusz otwartego powstania, które z dużym prawdopodobieństwem przerodzi się w wojnę partyzancką prowadzoną gdzieś na peryferiach cywilizacji. Spoglądając na taki scenariusz nieco bardziej realistycznie, podobna walka może być z gruntu skazana na porażkę. Stany Zjednoczone są bowiem największą potęgą militarną świata, żadne inne państwo nie posiada tak dużych zasobów, pieniędzy, uzbrojenia i technologii, które umożliwiłyby kontrolę społeczeństwa na masową skalę. Równocześnie jednak rząd USA dysponuje ogromną ilością dronów (wykorzystywanych nie tylko przez wojsko, ale również przez policję i służby graniczne), posiada kamery termowizyjne oraz narzędzia pozwalające coraz dokładniej analizować ruch w sieci. Biorąc również pod uwagę fakt, że większość podobnych organizacji została już dawno zinfiltrowana przez służby, istnieje bardzo mała szansa by odniosły one większy sukces.
Skalę rozmieszczenia dronów po terytorium USA próbowały ostatnio oszacować niezależne ośrodki badawcze takie jak Public Intelligence, której udało się naliczyć na terytorium Stanów Zjednoczonych aż 64 bazy, w których przetrzymywane są drony. W 12 z wymienionych baz stacjonują te najgroźniejsze – Predator i Reaper, które odpowiadają za ogromną ilość ataków przeprowadzonych między innymi w Afganistanie, Pakistanie czy we Wschodniej Afryce. Według serwisu „Danger Room” będącego częścią portalu Wired.com, pomimo że amerykańskie prawo zabrania wykorzystywania dronów wojskowych do szpiegowania swoich obywateli, to jednak istnieje poważna obawa, że podobne działania miały już miejsce w przeszłości, zawsze jednak tłumaczono je jako „przypadek”.
Do tej pory drony i inne urządzenia szpiegowskie były niejako „testowane” na obcej ziemi, szczególnie na pakistańsko-afgańskim pograniczu gdzie od lat trwają próby schwytania ukrywających się w górzystym terenie i niezliczonej liczbie jaskiń członków Al-Kaidy. Pomimo wykorzystania najnowocześniejszych technologii operacje te w wielu przypadkach kończyły się porażką. Jeśli scenariusz stanu wojennego na terenie USA doszedłby do skutku, tamtejsze agencje miałyby ułatwione zadanie – działałyby na swoim, doskonale znanym terytorium, przynajmniej część ludności bardzo długo udzielałaby im wsparcia i nie uważałaby ich za potencjalne zagrożenie.
Powyższy scenariusz można określić co prawda jako czysto teoretyczny i mocno spiskowy, ale warto wziąć pod uwagę taką ewentualność, gdyż może się okazać, że w procesie budowy Nowego Porządku Światowego (NWO) na przeszkodzie staną sami obywatele USA i niezbędnym będzie ich powstrzymanie zanim nowy ład zostanie ustanowiony.
Właśnie rozpoczął się XVIII zjazd Komunistycznej Partii Chin, podczas którego wybrany zostanie nowy sekretarz generalny partii oraz prezydent Chin, który przejmie władze od przyszłego roku.
fot. thejakartapost.com
W Pałacu Ludowym przy placu Tiananmen obecny przywódca państwa, prezydent Chin Hu Jintao w swojej mowie inauguracyjnej przedstawił bilans swej podwójnej kadencji. Zaznaczył między innymi, że korupcja w szeregach partii powinna być surowo karana, bez względu na pozycję zajmowaną przez urzędnika. A wszystko dlatego, że według niego korupcja może spowodować upadek państwa.
Dodał także, że kraj musi cały czas się rozwijać, jednak w zupełnie nowy sposób. Chiny, myśląc o rozwoju, powinny stać się potęgą morską. Prezydent oświadczył również, że władze będą promować harmonię społeczną i poprawiać życie obywateli.
Podczas zjazdu, w którym udział bierze około 2300 delegatów z lokalnych komitetów partii w całym kraju, ma zostać wybrany nowy skład Stałego Komitetu Biura Politycznego Komitetu Centralnego. Komitet ten jest najwyższym organem kierowniczym partii i właściwie to on rządzi państwem. Jednak według analityków decyzja o wyborze składu, w tym sekretarza generalnego oraz prezydenta, zapadła już dużo wcześniej w wyniku starć między frakcjami wewnątrz partii a starszyzną. Tak więc celem zjazdu jest jedynie oficjalne zatwierdzenie i ogłoszenie wyników. Nie wyklucza to jednak drobnych przetasowań.
Taki sposób wyborów jest jednak daleki od demokracji, gdyż obywatele kraju nie mają żadnego wpływu na wybór nowych władz. Istotny głos ma jedynie starszyzna, w tym Hu Jintao oraz wewnątrzpartyjne frakcje.
Obserwatorzy twierdzą, że stanowisko sekretarza generalnego partii i kraju obejmie Xi Jinping, a premierem zostanie Li Keqiang. Obaj oni przejmą także miejsca w Stałym Komitecie Biura Politycznego partii, a urzędowanie oficjalnie rozpoczną w marcu 2013 roku.
W wyniku postanowień ogłoszonych na zjeździe zostanie zmniejszona liczba członków Stałego Komitetu z 9 do 7, a także wymienieni zostaną wszyscy jego członkowie. Zmiany całego składu nie ominął także Komitetu Centralnego, gdzie zasiada 200 członków normalnych oraz 180 zastępczych.
Jak twierdzi wykładowca politologii z Miejskiego Uniwersytetu Hongkongu, władze wprowadzając reformy polityczne muszą zwrócić uwagę na wzrost niezadowolenia społecznego. Tak więc reżim musi odpowiedzieć na wszechobecne niezadowolenie, a także zwalczyć korupcję.
Czy Waszym zdaniem te wybory będą miały coś wspólnego z demokracją?
Walka o fotel prezydenta była zacięta. Do końca nie było wiadomo, który z kandydatów wygra. Początkowo na prowadzeniu utrzymał się kandydat Republikanów, jednak ostatecznie wygrał Obama, głównie za sprawą zwycięstwa w stanach „wahających się”.
fot. telegraph.co.uk
Barack Obama został 45. prezydentem Stanów Zjednoczonych. Po ogłoszeniu wyników Obama w swoim głównym sztabie wyborczym w Chicago wygłosił przemówienie, które przez komentatorów zostało nazwane „mową roku”. Jego słów słuchało tysiące rozentuzjazmowanych wyborców zgromadzonych w hali.
Na początku Obama wyraził dumę z wolności słowa i możliwości głosowania wszystkich obywateli USA. Wspomniał także, że w wielu krajach ludzie nie mają takiej możliwości. Dlatego Amerykanie powinni być dumni z wolności.
Obama podziękował także wszystkim swoim wyborcom oraz osobom, które ciężko pracowały przy kampanii. „Jesteśmy jedną amerykańską rodziną. Razem upadamy i razem powstajemy, jako jeden naród” - wołał prezydent. Nie zapomniał również o podziękowaniach dla swojego rywala – Mitta Romneya. „Walczyliśmy ostro i sprzeczaliśmy się, ale to dlatego, że kochamy ten kraj. Rodzina Romneya dała dużo Ameryce poprzez swoją służbę publiczną i to dzisiaj doceniamy” – powiedział Obama odnosząc się swojego do konkurenta.
Ponadto Obama wyraził chęć podjęcia współpracy z Romneyem. Pomimo różnic ich dzielących uważa, że maja wspólny cel – nadzieję na lepszą Amerykę.
Pod koniec płomiennego przemówienia Obama podziękował także żonie - ” Michelle, nigdy nie kochałem cię bardziej”. Wyraził również swoją wdzięczność dla "najlepszego wiceprezydenta, jakiego można było sobie wyobrazić", Joe’a Bidena.
Jakie są Wasze opinie po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich w USA? Czy Obama zasłużenie pozostał w Białym Domu na drugą kadencję?
Od pewnego czasu coraz więcej mówi się o możliwym ataku USA lub Izraela na Iran, który rzekomo posiada broń nuklearną. Niepokojące zatem mogą wydawać się najnowsze doniesienia „The Daily Telegraph” o przeprowadzonej grze wojennej symulującej uderzenie Izraela na Iran. Co więcej, według analiz atak ten nie wywołałby wojny w całym regionie, której to najbardziej obawiały się władze Izraela.
fot. rt.com
Symulacja obejmująca ćwiczenia wojskowe została przeprowadzona 24 września. Udział w niej wzięło kilkadziesiąt przedstawicieli władz Izraela oraz wojska, którzy zostali podzieleni na kilka grup reprezentujących poszczególne strony konfliktu, takie jak Izrael, Iran, USA, Rosję, Hezbollah, czy ONZ.
Celem symulacji było przewidzenie ewentualnych konsekwencji uderzenia Izraela na Iran. Władze Izraela chciały w ten sposób przeanalizować możliwe reakcje i podjęte działania głównych graczy w konflikcie. W akcji tej pominięto wymiar moralny i prawny uderzenia, skupiono się jedynie na tym, co mogłoby się dziać po podjętym ataku.
Ćwiczenie miało następujący przebieg: 3 dni po wyborach prezydenckich w USA Izrael rozpoczyna bombardowanie instalacji nuklearnych w Iranie, nie informując o tym władz amerykańskich. W odpowiedzi Iran odpala pociski wycelowane w Izrael. Następnie obie strony podejmują szereg decyzji politycznych. Zaatakowany Iran w formie obrony postanawia odbudować program nuklearny, a o pomoc przy tym zwraca się do Rosji. Także zwraca się z prośbą o zdjęcie nałożonych sankcji i przeniesienie ich na Izrael. Ponadto ajatollahowie oferują przywódcom różnych państw pomoc w zamian za zerwanie stosunków z Izraelem.
Jednak według przewidywań Iran nie zaatakuje Stanów Zjednoczonych, bojąc się ich potęgi. O pomoc poprosi jednak przedstawicieli Hezbollahu i Hamasu. A USA co prawda niechętnie, ale będzie popierało poczynania izraelskie. Z kolei władze w Teheranie od władz w Waszyngtonie będą wymagały poparcia na forum ONZ, wsparcia w obronie antyrakietowej kraju oraz powstrzymania działań Hezbollahu i Hamasu.
Według wyników uzyskanych w toku symulacji, sojusznicy Iranu nie udzielili mu znaczącego wsparcia, przez co Teheran mógł jedynie kierować w stronę Izraela rakiety, które w większości niszczone były przez obronę antyrakietową. W tym czasie, 24 godziny po rozpoczęciu ataku, Izrael przy użyciu sił powietrznych ponownie uderza w irańskie ośrodki, w których wzbogaca się uran. W efekcie irańskie instalacje nuklearne zostały doszczętnie zniszczone, a władze tego kraju pozostały bez wsparcia sojuszników, mogąc jedynie nieskutecznie ostrzeliwać terytorium Izraela.
Wyniki z przeprowadzonej gry wojennej są dowodem dla władz izraelskich na to, że uderzenie na Iran nie wywoła wojny w całym regionie, ponadto osamotniony Iran nie będzie w stanie podjąć skutecznych działań obronnych. Jednak eksperci irańscy mają w tej kwestii zupełnie inne zdanie. Uważają bowiem, że atak na Iran przerodziłby się w długoletni konflikt zbrojny na całym Bliskim Wschodzie.
Czy Waszym zdaniem to tylko trening a może już przygotowanie do zbliżającej się wojny?
Obecnie kierowcy nie dostrzegają żadnych nowoczesnych technologii w nawierzchniach na jezdni. Droga powinna być jedynie szeroka, gładka, odśnieżona i dobrze oznaczona. Jednak w czasach rozwoju technologii projektanci wykazali się zupełnie nowym spojrzeniem, które pozwala zastosować nieznane dotąd rozwiązania przy budowie dróg. Dzięki ich pomysłom już niedługo drogi będą rozświetlać mrok, produkować prąd, a nawet ostrzegać przed zagrożeniem.
fot. smeadvisor.com
Już w przyszłym roku holenderscy kierowcy będą mieć możliwość korzystania z drogi przyszłości, do budowy której zastosowano nieznane dotąd rozwiązania. Smart Highway powstała w wyniku redefinicji budowy dróg oraz zastosowania przy tym najnowocześniejszych technologii i dzięki temu otrzymała tytuł Best Future Concept w konkursie Dutch Design Awards. Pomysłodawcą nowoczesnej drogi jest Daan Roosegaarde, który razem ze Studio Roosegaarde zaprojektował Smart Highway.
Przede wszystkim na drodze przyszłości będą znajdować się poziome oznaczenia wykonane z fotoluminescencyjnego materiału, dzięki któremu po zapadnięciu zmroku wszystkie elementy takie jak pasy czy strzałki będą świecić. Takie rozwiązanie zdecydowanie poprawi ich widoczność.
Ponadto Smart Highway będzie ostrzegać kierowców przed trudnymi warunkami na drodze, np. oblodzeniem. Dzięki zastosowaniu specjalnej farby, namalowane na drodze płatki śniegu będą się ujawniać, gdy temperatura spadnie powyżej zera. Pomysłodawcy także pracują nad zastosowaniem powierzchni, która ograniczy powstawanie lodu na drodze.
Jednak najciekawszą funkcją nowoczesnej drogi jest jej zdolność do zasilania jadących po niej pojazdów. Samochody elektryczne, jadąc po oddzielnym pasie mogłoby korzystać z ładowania indukcyjnego. Takie rozwiązanie umożliwiłoby odbywanie dalekich podróży samochodami elektrycznymi, co do tej pory było niemożliwe.
Kolejnym rozwiązaniem zastosowanym przy budowie Smart Highway jest dodatkowe oświetlenie, które lokalizując pojedyncze samochody włączałoby oświetlenie przed pojazdem, zwiększając tym samym komfort i bezpieczeństwo jazdy.
Zastosowanie tych funkcji jest jednak nie tylko kosztowne, ale stwarza także problem dotyczący źródła zasilania. Rozwiązaniem mogłyby być gęsto rozmieszczone turbiny wiatrowe, budowane wzdłuż dróg. Nie jest to jednak jedyny ani zbyt zaawansowany technicznie pomysł.
Inny wizja budowy dróg przyszłości przewiduje wykorzystanie wielowarstwowych paneli. Obecnie pomysł ten jest wdrażany w mieście Sagle w Idaho. Droga o nazwie Solar Roadways będzie mogła wyświetlać na drodze dowolne informacje, w tym pasy ruchu oraz je modyfikować. Dzięki temu w zależności od natężenia ruchu czy pory dnia będzie można dowolnie zmieniać liczbę pasów w poszczególnych kierunkach. Ponadto panele te zasilane będą energią słoneczną, która zasili diody wyświetlające informacje oraz umożliwi indukcyjne ładowanie samochodów.
Zaproponowane rozwiązania mają jeden cel – zwiększyć komfort i bezpieczeństwo podróżujących samochodami. Jednak czy w dobie prac nad automatycznie sterowanymi samochodami, które są w stanie poruszać się bez udziału kierowców, warto inwestować w rozwój dróg w takim kierunku?
Wojna od zawsze wymagała od przywódców wykraczania myślami naprzód, a także gromadzenia odpowiednich danych, które umożliwią trafne przewidzenie ruchów przeciwnika. W dzisiejszej wojnie z terroryzmem służby kierują się ku tematom, które powoli zaczynają zacierać granicę między rzeczywistością a science fiction.
W 2007 roku Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego Stanów Zjednoczonych (US Homeland Security Department) ogłosił, że zdecydował się zatrudnić pięciu pisarzy science fiction, których zadaniem było zajmowanie się „najbardziej szalonymi pomysłami”. Grupa futurologów, przyzwyczajona do wybiegania myślami w przyszłość miała analizować możliwe scenariusze działań terrorystycznych a także możliwe ścieżki rozwoju nowych technologii. W tym przypadku jednak Homelad Security wydaje się i tak być mocno w tyle w stosunku do dwóch innych rządowych agencji – znanej już czytelnikom bloga „Kod Władzy” DARPA oraz IARPA. Głównym zadaniem tej drugiej jest opracowywanie scenariuszy wydarzeń, które mają dopiero nastąpić. Mówiąc krótko jej celem jest przewidywanie przyszłości.
Intelligence Advanced Research Projects Activity w skrócie IARPA to amerykańska agencja rządowa zajmująca się opracowaniem programów z grupy tzw. wysokiego ryzyka, to znaczy dotyczących rzeczy niepewnych, trudnych do weryfikacji i mogących się wydarzyć w odległej przyszłości. Do obowiązków agencji należy gromadzenie danych z różnych źródeł i dyscyplin a następnie ich szczegółowa analiza, która posłuży jako punkt wyjścia do opracowania scenariuszy wybiegających w przyszłość na okres od 3 do 5 lat. Obszary, którymi IARPA interesuje się szczególnie to przede wszystkim się nauki społeczne, neurologia, biologia oraz nanotechnologia.
Interesujący jest fakt, że organizacja chwali się brakiem jasno zarysowanej struktury organizacyjnej co wiązać ma się z faktem, że panuje tam niezwykła wprost otwartość na nowe pomysły i koncepcje a „status quo jest wciąż kwestionowane”.
Nowa rządowa agencja powstała we wrześniu 2006 roku, w wyniku konsolidacji kilku technologicznych komórek amerykańskich instytucji wywiadowczych. Celem było powołanie multidyscyplinarnej instytucji, która stworzy środowisko zdolne dokonać szybkiej i trafnej analizy danych wywiadowczych a także na nowo przedefiniować zakres działalności amerykańskiego wywiadu. Zdaniem jej pierwszego dyrektora Stevena Nixona IARPA będzie mogła walnie przyczynić się do poprawy funkcjonowania aż 16 amerykańskich agencji wywiady, pozwoli też wykorzystać wiedzę nieobecną do tej pory w tradycyjnie rozumianej wojskowości. Jest to związane z potrzebą zmieniających się czasów i nowych metod prowadzenia działań wojennych – dzisiejsza wojna z terroryzmem wymaga zupełnie innego sposobu działania niż to, które prowadzono w ubiegłym stuleciu. Przykładowo wiedza zdobyta w dziedzinie nauk społecznych pozwoli znacznie dokładniej zdefiniować metody działania przeciwnika a także odtworzyć jego strukturę, jednak zdaniem Nixona najważniejszą dziedziną nauki może się okazać biologia, która w jego opinii może odegrać w naszym stuleciu podobną rolę jaką odegrała w wieku XX fizyka, uważa on, że nauka ta może dokonać odkryć tak fundamentalnych, że podkopią one nasze obecne widzenie świata. Siłą rzeczy dzięki takim instytucjom jak IARPA Amerykanie będą się starać dokonać tych odkryć jako pierwsi.
Ma na celu zgromadzenie danych z najróżniejszych, często ogólnodostępnych źródeł takich jak kamery śledzące ruch uliczny, programów telewizyjnych czy komunikatów na Twitterze. Pozyskane informację będą następnie przetwarzane w celu jak najdokładniejszego odzwierciedlenia ludzkiego działania. Pierwszy etap projektu trwać będzie trzy lata skoncentruje się przede wszystkim na krajach Ameryki Południowej.
Jest programem badawczym mającym na celu dokładne zbadanie różnych prognoz dotyczących kluczowych wydarzeń na świecie. Polega on na włączeniu wielu cywilnych badaczy śledzących wydarzenia na świecie do zbiorowej ankiety i tym samym podzieleniu się przez nich swoimi spostrzeżeniami. Podobnie jak w przypadku ISO badania te mają charakter multidyscyplinarny, poruszając zagadnienia z pogranicza polityki, ekonomii, wojskowości, nauki i technologii, również potrwa od 3 do 4 lat. Co ciekawe projekt pozostaje otwarty dla wszystkich internautów, na stronie umieszczony został specjalny formularz umożliwiający nieodpłatne włączenie się w proces przewidywania przyszłości.
Aggregative Contingent Estimation
Jest nieco podobny do FWE. W tym jednak przypadku specjaliści zostają zatrudnieni przez IARPA i na podstawie uzyskanych danych mają za zadanie przewidzieć kiedy może dojść do określonego wydarzenia, takiego jak wybuch wojny, atak terrorystyczny czy śmierć wpływowego polityka. W programie biorą udział drużyny liczące nawet do 2 tysięcy uczestników, w ich skład wchodzą pracownicy firm oraz studenci reprezentujący uczelnie wyższe.Celem projektu jest sprawdzenie skuteczności tzw. mądrości tłumów, a więc ocenienie czy duże ilości analityków – amatorów będzie w stanie lepiej ocenić sytuację niż doświadczeni analitycy pracujący w agencjach wywiadowczych.
Automated Low-Level Analysis and Description of Deverse Intelligence Video (ALLADIN)
Zajmuje się stworzeniem narzędzi do analizy materiałów filmowych umieszczanych w Internecie. Głównym problemem projektu jest stworzenie uniwersalnej metodologii, która będzie w stanie sprawnie analizować dostępne w sieci materiały wideo, nie jest to proste zważywszy na brak standaryzacji i duże zróżnicowanie prezentowanych treści, w przypadku powodzenia projektu możliwa będzie zaawansowana analiza treści multimedialnych.
To rzecz jasna jedynie niektóre najciekawsze projekty realizowane przez IARPA. Odwiedzając ich stronę można uzyskać sporo interesujących informacji na ich temat, w wielu przypadkach dostępne są również dane na temat dokonanych postępów. Dla nas to bardzo ważne wieści bo pozwalają uzyskać wiedze na temat tego w jakim stopniu instytucje wywiadowcze są w stanie śledzić nasze zachowania. Póki co wszystko zdaje się być na początkowym etapie (sama agencja istnieje zaledwie 6 lat), ale kto wie do jakich wyników dojdą za 10-20 lat?
Wyjątkowa okazja dla Czytelników naszego bloga co do możliwości zakupu książki "Kod Władzy" za pomocą mikropłatności! ! Koszt produktu (zarówno w usłudze SMS jak i za pomocą przelewu internetowego) to odpowiednio: - ebook (pdf): 3,69 zł z VAT - audiobook (mp3): 6,15 zł z VAT Nowoczesne metody płatności uruchomiliśmy dla Waszej wygody i przyspieszenia realizacji transakcji. Gorąco zachęcamy do zakupów!
Za niecały tydzień, 6 listopada amerykanie zadecydują, kto zostanie kolejnym prezydentem Stanów Zjednoczonych. Według sondaży szanse między Barackiem Obamą i Mittem Romneyem są wyrównane.
fot. rt.com
We wtorkowym wydaniu „New York Timesa” na podstawie analizy siedmiu najnowszych sondaży przedstawiono uśrednione wyniki dotyczące ilości głosów oddanych na poszczególnych kandydatów. Według nich i na Obamę, i na Romneya głosowałby ten sam odsetek wyborców, równo po 47%.
Do analizy wykorzystano między innymi dane z sondażu Instytutu Gallupa, według których Romney zdobyłby 51% głosów, podczas gdy Obama jedynie 46%. Z kolei inny wykorzystany sondaż pochodzący z telewizji CBS podał 48% głosów na obecnego prezydenta, a 46% dla jego kontrkandydata. Pozostałe sondaże, które były wykorzystane do analizy, wykazywały jednopunktową przewagę jednego z kandydatów lub równe wyniki.
Dziennik w swojej analizie nie wziął pod uwagę sondażu przeprowadzonego przez radio publiczne NPR, w którym Romney uzyskał poparcie 48% głosujących, a Obama 47%. Co ciekawe, miesiąc temu ten sam sondaż wykazywał 51-procentowe poparcie dla Obamy, przy 44% głosów na Romneya. Świadczy to o wzmocnieniu pozycji Romneya w ciągu ostatniego miesiąca, głównie za sprawą trzech debat, w których wypadł bardzo dobrze, nawet jeśli nie wszystkie wygrał.
Jednakże według sondażu radiowego, to Barack Obama ma nieco większe poparcie w tzw. swing states, czyli stanach, w których rezultat wyborczego wyścigu będzie się decydował ze względu na wyrównane szanse obu kandydatów.
Ponadto ekspert Nate Silver, który w 2008 roku trafnie przewidział wyniki w 49 spośród 50 stanów, szacuje poparcie dla Obamy na poziomie 75%. Jednak konserwatywni komentatorzy kwestionują tę prognozę.
Dziś nad ranem gigantyczny koncern energetyczny Excelon ogłosił pogotowie alarmowe w jednym z reaktorów w elektrowni w Zatoce Ostryg w stanie New Jersey.
fot. scientificamerican
Alarm został ogłoszony ze względu na gwałtownie podnoszący się stan poziomu wód wpływających do zatoki z Oceanu Atlantyckiego. Obecnie alarm osiągnął drugi poziom na czterostopniowej skali zagrożenia.
Stale podnoszący się poziom wody może negatywnie wpłynąć na pracę instalacji schładzającej reaktor 615-MW. Ze względu na zagrożenie, w ramach przygotowań do uderzenia huraganu Sandy, część elektrowni została zamknięta. Ponadto wszystkie służby czekają w pogotowiu, żeby w razie niebezpieczeństwa szybko zareagować.
Dotychczas wyłączono już reaktor elektrowni atomowej Nine Mile One w stanie Nowy Jork. Powodem tego są jednak prawdopodobnie problemy z dostarczaniem energii do sieci przesyłkowej. Nie jest do końca jasne, czy awaria ma związek z huraganem.
Czy Waszym zdaniem zagrożenie jest realne, a nawet w skrajnym wypadku czy może powtórzyć się scenariusz z Fukushimy?