Niemieckie Wunderwaffe, cudowna broń, która miała uratować upadającą III Rzeszę. Nieziemska technologia, która w jakiś sposób stała się własnością Adolfa Hitlera i jego ludzi. Czy Waszym zdaniem doniesienia na temat UFO i Trzeciej Rzeszy to jedynie mit czy też fakt historyczny?
piątek, 9 maja 2014
czwartek, 8 maja 2014
Al Jazeera: Amerykańska NSA współpracowała z firmami Doliny Krzemowej!
Zamieszanie koncernu Google we współpracę z National Security Agency było wielokrotnie przywoływane jako przykład nadużyć i naruszania prywatności użytkowników sieci. Jak się okazuje w tej sprawie wciąż pojawiają się nowe dowody i doniesienia.
Jak ujawniła Al Jazeera dyrektor NSA gen. Keith Alexander oraz Siergiej Brin i Eric Schmidt z Google byli ze sobą w nieustannym kontakcie mailowym na długo zanim Edward Snowden podał do wiadomości publicznej informacje o szpiegowaniu obywateli przez agencję. Przykładowo rankiem 28 czerwca 2012 roku Alexander zaprosił Schmidta na trwające cztery godziny "tajne spotkanie odnośnie zagrożeń", które miało się odbyć w pobliżu lotniska w San Jose. Z maila wynika, że nie było to pierwsze spotkanie w tym miesiącu. Schmidt i grupa kilku najważniejszych postaci Doliny Krzemowej spotykali się już z przedstawicielami NSA, ale Alexander naciskał na kolejne gdyż potrzebował pomocy firm działających w Dolinie. Spotkanie miało dotyczyć zabezpieczenia urządzeń mobilnych przed możliwymi zagrożeniami, a według Alexandra pomoc Google'a będzie w tej kwestii niezbędna (wcześniej udało mu się uzyskać zgodę na udzielenie pomocy przez Apple i Microsoft).
W komentarzu do tych rewelacji dyrektor NSA wyjaśnił, że w 2009 roku doszło do stworzenia specjalnej grupy skupiającej pracowników Departamentu Obrony USA, Homeland Security i grupy 18 amerykańskich prezesów, a mającej na celu koordynację działań rządowych i branżowych w istotnych (ale tajnych) kwestiach związanych z bezpieczeństwem. Inicjatywa zyskała kryptonim ESF od Enduring Security Framework. Z formy wiadomości można wnioskować, że relacje między dyrektorem NSA a członkami grupy były dobre i daleko im do sztucznych formalizmów.
Co ciekawe jednak po ujawnieniu przez Snowdena informacji o podsłuchach wielu członków branży, w tym również Schmidt wyraźnie skrytykowało projekt śledzenia internautów. Czy była to tylko zasłona dymna?
Jak ujawniła Al Jazeera dyrektor NSA gen. Keith Alexander oraz Siergiej Brin i Eric Schmidt z Google byli ze sobą w nieustannym kontakcie mailowym na długo zanim Edward Snowden podał do wiadomości publicznej informacje o szpiegowaniu obywateli przez agencję. Przykładowo rankiem 28 czerwca 2012 roku Alexander zaprosił Schmidta na trwające cztery godziny "tajne spotkanie odnośnie zagrożeń", które miało się odbyć w pobliżu lotniska w San Jose. Z maila wynika, że nie było to pierwsze spotkanie w tym miesiącu. Schmidt i grupa kilku najważniejszych postaci Doliny Krzemowej spotykali się już z przedstawicielami NSA, ale Alexander naciskał na kolejne gdyż potrzebował pomocy firm działających w Dolinie. Spotkanie miało dotyczyć zabezpieczenia urządzeń mobilnych przed możliwymi zagrożeniami, a według Alexandra pomoc Google'a będzie w tej kwestii niezbędna (wcześniej udało mu się uzyskać zgodę na udzielenie pomocy przez Apple i Microsoft).
W komentarzu do tych rewelacji dyrektor NSA wyjaśnił, że w 2009 roku doszło do stworzenia specjalnej grupy skupiającej pracowników Departamentu Obrony USA, Homeland Security i grupy 18 amerykańskich prezesów, a mającej na celu koordynację działań rządowych i branżowych w istotnych (ale tajnych) kwestiach związanych z bezpieczeństwem. Inicjatywa zyskała kryptonim ESF od Enduring Security Framework. Z formy wiadomości można wnioskować, że relacje między dyrektorem NSA a członkami grupy były dobre i daleko im do sztucznych formalizmów.
Co ciekawe jednak po ujawnieniu przez Snowdena informacji o podsłuchach wielu członków branży, w tym również Schmidt wyraźnie skrytykowało projekt śledzenia internautów. Czy była to tylko zasłona dymna?
Więcej na ten temat oraz treść korespondencji można przeczytać na stronie Al Jazeera America
środa, 7 maja 2014
Wielka eksplozja w mieście Qazvin w Iranie! Czy był to tylko wypadek?
Jednym z przemysłowych miast na północy Iranu wstrząsnęła wczoraj ogromna eksplozja. Trwają walki z rozprzestrzeniającym się ogniem, sprzeczne są również doniesienia co do liczby ofiar.
![]() |
| fot. Jon Sullivan/Wikipedia |
Jak podają źródła irańskie i izraelskie do eksplozji doszło we wtorek wieczorem w okolicy liczącego ponad milion mieszkańców miasta Qazvin. Służby ratunkowe wciąż próbują opanować żywioł, sprzeczne są jednak informacje na temat liczby ofiar - gubernator Saeed Mirhaba twierdzi, że nikt nie zginął podczas wybuchu, jednak źródła bardziej niezależne, takie jak agencja FARS donoszą, że liczba ofiar może przekraczać 50 osób.
Qazvin to starożytne miasto będące niegdyś stolicą Persji. Leży ono niedaleko Morza Kaspijskiego około 120 kilometrów na zachód od Teheranu. W Qazvin mieści się Shahid Raja'i jedna z największych elektrowni w Iranie, która generuje blisko 7% energii elektrycznej zużywanej w kraju. W 2009 o mieście zrobiło się głośno ze względu na doniesienia, że w jego okolicy mieści się podziemny kompleks Behjatabad-Abyek, w którym prowadzone są prace mające na celu wzbogacenie uranu.
Nieznane są również przyczyny eksplozji. Źródła izraelskie podają, że mogło dojść do zapalenia magazynu drewna i paliwa, które znajdują się w okolicy. Interesujące jest przy tym fakt, że zaledwie dzień wcześniej do Iranu przyleciała specjalna komisja Międzynarodowej Agencji Atomowej mająca dokonać inspekcji jednej z kopalń uranu w środkowej części kraju.
![]() |
| źródło: Google Maps |
wtorek, 6 maja 2014
Chiny w Europie - Państwo Środka staje się ważnym graczem również u nas!
Pochłonięci konfliktem na Ukrainie i Rosją często zapominamy, że zarówno Rosjanie jak i Amerykanie mają istotnego rywala, który w ostatnich latach wyrósł na nowe i bardzo ambitne mocarstwo.
![]() |
| fot. Nikolaos Diakidis/Wikipedia |
Kilka lat temu tygodnik The Economist ogłosił, że XXI wiek będzie bez wątpienia wiekiem Azji a Chiny będą odgrywać w tym układzie czołową rolę. Od czasu wprowadzenia pod koniec rewolucyjnych reform Pekin regularnie zyskiwał na znaczeniu a dziś jest już jednym z niekwestionowanych liderów, który już wkrótce może stać się głównym antagonistą Stanów Zjednoczonych. Podczas gdy w mediach straszy się neoimperialną polityką Rosji zapomina się, że Moskwa ma ogromną ilość problemów, w tym również demograficznych a Rosjan z roku na rok jest co raz mniej. Tego problemu nie mają Chiny, które licząc ponad miliard mieszkańców są najludniejszym państwem świata. Wyżywienie tak ogromnej ilości ludzi sprawia, że Państwo Środka musi koniecznie poszukiwać nowych partnerów handlowych i zabezpieczać swoje szlaki, takie jak choćby Szlak Pereł biegnący drogą morską wzdłuż południowych wybrzeży Azji.
Chcąc jednak jak najskuteczniej zabezpieczyć swoje interesy Chiny zbliżają się także do Europy. Politycy straszą się nawzajem rosyjską lub amerykańską ekspansją podczas gdy Pekin dokonuje kolejnych zakupów sprzętu wojskowego. Bez europejskiej technologii chińska marynarka nie będzie w stanie się poruszać - stwierdził podczas niedawnej wizyty we Francji prezydent Chin. Wiele w tych słowach prawdy, gdyż już teraz łodzie podwodne i fregaty zaangażowane na Morzu Południowochińskim
napędzane są silnikami produkowanymi przez niemiecko-francuskie
konsorcjum. Wkrótce armia zostanie powiększona o zakupione niedawno we Francji śmigłowce Airbus EC175.
Chiny mają w tej chwili drugi po USA budżet wojskowy na świecie, chociaż głównym dostawcą sprzętu dla Pekinu pozostaje wciąż Rosja to jednak Europa z Francją na czele starają się również skorzystać z możliwości zarobku, do tej pory ich udział (głownie Francuzów, Niemców i Brytyjczyków) wynosi około 18% wydawanych pieniędzy. Tylko w 2012 roku Unia Europejska sprzedała poza swoje granice broń o wartości 173 milionów euro, z czego do Francji należy 80% tej kwoty, do samych Chin Francuzi sprzedali już broń za 104 miliony euro. Na tym jednak nie koniec, szacuje się, że na podstawie uzyskanych licencji producenci broni z UE zarobią wkrótce ponad 4 miliardy dolarów.
W tym samym czasie co raz lepiej uzbrojone Chiny po cichu inwestują również w Europie, korzystając z problemów greckiego rządu już wkrótce mogą one przejąć kontrolę nad tzw. "bramą Europy", czyli portem w Pireusie. Wszystko dzięki będącego w posiadaniu władz ChRL logistycznemu gigantowi COSCO, który bliski jest podpisania kontraktu na przejęcie kontrolnego pakietu udziałów od bankrutującej Grecji. Pireus ma stać się głównym punktem przerzutu towarów do Europy, a także jednym z najważniejszych miejsc chińskiej ekspansji w Europie.
Pozostaje mieć nadzieję, że Chińczycy nie są narodem pamiętliwym i nie będą wspominać krwawo zdławionego przez europejskie mocarstwa Powstania Bokserów ani też brutalnej kolonizacji jaka miała miejsce na ich terytorium. Ale czy na pewno nie są pamiętliwi?
poniedziałek, 5 maja 2014
Fragment powieści "Kod Władzy": Rozdział 31 Wewelsburg, Niemcy
Poprzedni rozdział
Już drugi raz w ciągu tygodnia przedzierali się przez las w zapadającym zmroku. Ostatnim razem mieli dużo szczęścia, a ryzyko było przecież ogromne. W obcym kraju skradali się do ściśle strzeżonego wojskowego obiektu, a w zasadzie do czegoś, co było pilnowane przez wojsko lub agentów wywiadu. Złapani, mogli mieć zapewne sporo problemów. Tym razem mieli nadzieję, że w ostateczności zostaną uznani za szalonych koneserów zabytków. Ostatecznie zawsze mogliby wytłumaczyć się dziennikarską misją.
Skupiali się bardziej na dotarciu do zamku niż na rozważaniu potencjalnego niebezpieczeństwa, które mogło im zagrażać. Mieli nadzieję nie spotkać nikogo na swojej drodze.
– Marc, gdybyśmy się rozdzielili, to spotkamy się w hotelu – odezwała się Monik.
– OK. To dobry pomysł, ale starajmy się trzymać razem – odpowiedział.
Początkowo szli drogą, którą przyjechali z zamku do hotelu. Doszli do miejsca, z którego widoczni byli strażnicy pilnujący drogi dojazdowej. Skręcili w lewo, wchodząc do zagajnika. Starali się obejść strażników szerokim łukiem, tak by ci nie usłyszeli odgłosów łamiących się pod stopami gałęzi. Wyszli na polanę znajdującą się przy zamku, który miał kształt trójkąta. Otoczony był z dwóch stron lasem, a z trzeciej polaną i biegnącą z jej prawej strony drogą, prowadzącą do głównego wejścia.
Idący przodem Marc zatrzymał ręką Monik. Na polanie stały trzy helikoptery, wokół których kręciło się kilka osób. Ich obecność uniemożliwiała przejście.
– Musimy się cofnąć i przejść przez drogę – powiedział. – Później skrajem lasu podejdziemy do wejścia.
– Dobrze, chodźmy – odpowiedziała Monik.
Cofnęli się kilkadziesiąt metrów, by nie było ich widać z polany. Okolica zamku pozwalała na łatwe przedostanie się do okalającego go muru. Przekradali się teraz, mając zamek po swojej lewej stronie. Po chwili doszli do bramy i przystanęli. Przed wejściem stało dwóch strażników. Panująca ciemność nie pozwalała dostrzec ich mundurów. Marcowi wydawało się, że nie byli ubrani w uniformy strażników zamkowych.
– Musimy coś zrobić, aby odeszli. Rozejrzyj się, czy nie ma gdzieś przypadkiem jakichś dużych kamieni.
Monik skierowała się w głąb lasu.
Noc im sprzyjała, było ciemno. Księżyc nie pomagał strażnikom w ich zadaniu. Marc usilnie zastanawiał się nad możliwością przedostania się na dziedziniec. Spoglądał na zamek. Pomiędzy trzema wieżami zbudowana była część mieszkalna. Jedna z wież była znacznie potężniejsza od pozostałych.
„To pewnie pod nią Himmler odbywał swoje rytuały” – pomyślał.
Usłyszał kroki powracającej Monik, która przyniosła ze sobą kilka znacznej wielkości kamieni.
– Posłuchaj – strażnicy nie ruszają się z miejsca. Plan jest taki: spróbuję rzucić kamieniem z pewnej odległości od bramy. Muszę się trochę cofnąć, stąd nie dorzucę. Ty zostaniesz tutaj. Jeżeli obaj strażnicy podążą w kierunku hałasu, przebiegniesz szybko do środka i ukryjesz się. Mam nadzieję, że uda mi się do ciebie dołączyć, zanim wrócą na miejsce. Czekaj na mnie na dziedzińcu. Sama nie ryzykuj, OK?
– Dobrze, ale błagam cię, przyjdź jak najszybciej – odpowiedziała Monik.
– Nie martw się, mamy szczęście, jest ciemno. Nie powinno być problemu z dostaniem się na zamek, jeżeli tylko uda mi się ich odciągnąć. – Marc ścisnął dłoń Monik. – Idę, przysuń się jak najbliżej wejścia. Uważaj na siebie.
Monik poszła w kierunku bramy.
Marc powoli, tak by nie narobić hałasu, cofał się wzdłuż drogi. Naprzeciwko miał okna części mieszkalnej. Poczekał jeszcze chwilę, aż Monik dotrze jak najbliżej wejścia. Wybrał okno, w które chciał trafić. Nie paliło się w nim światło, podobnie jak w pozostałych.
„No to do dzieła.” – dodał sobie odwagi.
Zamachnął się mocno. Rzucony kamień uderzył w mur tuż obok okna.
„Cholera! Nie trafiłem…” – pomyślał.
Spojrzał w kierunku strażników, którzy nagle przerwali rozmowę. Nasłuchiwali przez moment.
Zamachnął się ponownie. Tym razem kamień z hukiem trafił w ramę okna. Marc spojrzał w kierunku mężczyzn. Jeden z nich ruszył w stronę hałasu. Nagle, już biegnąc, krzyknął coś do drugiego strażnika. Ten podążył natychmiast za nim. Marc szybko skierował się do bramy. Zaryzykował i wybiegł na drogę. Miał nadzieję, że strażnicy, których minął, biegnąc lasem, nie będą się oglądać. Wpadł na dziedziniec. Stało na nim kilkanaście limuzyn. Nie zauważył nikogo.
– Monik! – zawołał cicho.
– Tu jestem – odezwała się zza najbliższego samochodu.
Marc podbiegł do niej.
– Chodź. Szybko.
Złapał ją za rękę i pociągnął za sobą w kierunku słabo oświetlonego wejścia. Wbiegli po schodach i zatrzymali się na chwilę. Marc sprawdził, czy przypadkiem nikt nie stoi z drugiej strony przy wyjściu. Mieli szczęście. Nie było nikogo. Weszli do środka i pobiegli korytarzem.
– Musimy się spokojnie rozejrzeć – powiedział do Monik.
– Wejdźmy tu, do komnaty, ukryjemy się – powiedziała.
Marc otworzył drzwi. Wślizgnęli się do ciemnej sali.
– Co robimy? – zapytała Monik po krótkiej chwili.
– Poczekajmy, muszę się zorientować, co się tutaj dzieje. Gdzieś musi odbywać się to przyjęcie – odpowiedział.
– Cicho! Ktoś idzie…
Zamilkli.
Korytarzem szedł ubrany na biało kelner. Niósł ogromną tacę pełną butelek z alkoholem i czymś, czego Marc nie był w stanie rozpoznać. Minął ich kryjówkę i udał się w kierunku północnej wieży.
– Chodźmy za nim – szepnął do Monik.
Cicho wyszli z pomieszczenia. Starali się nie robić hałasu. Człowiek niosący tacę szedł kilkanaście kroków przed nimi. Nie zwracał uwagi na to, co działo się za nim. Stojące na tacy butelki stukały o siebie, delikatnie dzwoniąc. Kelner doszedł do końca korytarza i nagle zniknął.
– Szybko! Idziemy! Kelner schodzi w dół – szepnął Marc.
Podbiegli do schodów i spojrzeli za nim. Mężczyzna z tacą zszedł pod wieżę.
Monik spojrzała pytająco na Marca.
– Wszedł do jakiejś komnaty. Zejdziemy teraz, on na pewno nie wróci tak szybko. Musi to odstawić lub nalać drinki.
Zaczęli schodzić po schodach. Zeszli na dolny poziom zamku i znaleźli się w holu prowadzącym do komnaty. Zza drzwi dochodziły odgłosy głośnej rozmowy. Rozejrzeli się dookoła i ukryli się za kamienną balustradą schodów.
Po dłuższej chwili drzwi otworzyły się. Wyszedł z nich mężczyzna z tacą. Po chwili ponownie zniknął.
Marc podniósł się z miejsca, w którym się ukryli. Zauważył smugę światła sączącego się zza olbrzymich drzwi, prowadzących do komnaty. Były niedomknięte.
– Ależ mamy szczęście… Zobacz, nie zamknął dobrze drzwi – powiedział do Monik.
– Podejdziemy do nich. Zajrzę do środka, a ty stań za mną i wsłuchuj się w to, co będzie się działo na schodach. Gdyby ktoś szedł, schowamy się. Tutaj jest dosyć bezpiecznie.
– Dobrze – odpowiedziała.
Po cichu podeszli do drzwi. Marc spojrzał do środka.
Duża komnata otoczona była kolumnami. W sali ustawiony był ogromny dębowy stół. Dookoła, na skórzanych fotelach ozdobionych herbami, siedziało kilkunastu mężczyzn. Marc policzył ich szybko – było ich dokładnie trzynastu.
– Myślisz, że CIA zostało powołane, aby gonić niegrzecznych chłopców po świecie? Albo strzec prezydenta przed wariatami? Nie zapominaj, że to nasi ludzie budowali tę organizację i nasze cele są również ich celami – męski głos niósł się echem po sali.
Marc spojrzał na mężczyzn siedzących za stołem. Jego wzrok przyciągnął w pierwszej kolejności człowiek ubrany w czerwoną kardynalską sutannę z purpurowym pasem. Obok niego siedział mężczyzna w mundurze amerykańskiego generała. To właśnie on odpowiedział na słowa, które Marc usłyszał.
„Poul byłby zaskoczony, widząc tu kardynała – pomyślał. – Szkoda, że nie mogę zrobić zdjęcia”.
– Wiem, ale pamiętaj, że problem nie leży w CIA, a w wojnie toczącej się w nowej KGB, to stamtąd przeciekają różne informacje, które nam szkodzą i nad tym powinniśmy zapanować.
– Spokojnie, to może jeszcze trochę potrwać. Cały czas staramy się opanować konflikty, zwłaszcza wśród starych agentów. To nie takie proste…
Marc spojrzał w kierunku osoby mówiącej te słowa. Rosyjski generał w galowym mundurze siedział po drugiej stronie stołu.
– Nie irytujcie się – powiedział mężczyzna o szpakowatych włosach, siedzący na głównym miejscu przy stole. Ubrany był w elegancki garnitur.
– Zdrajców trzeba usuwać, a konflikty likwidować. Zwłaszcza teraz potrzebny jest nam spokój. Dosyć mamy problemów w miejscach, które wymykają się nam spod kontroli.
– Tak – odezwał się inny mężczyzna – ale są również i dobre informacje. Mamy pod kontrolą praktycznie każdy system bankowy i przynajmniej z tym od pewnego czasu mamy spokój. Kontrolujemy giełdy, obrót złotem i diamentami. Trochę problemów będziemy mieli na Ukrainie, ale z tym również sobie poradzimy.
– A jak tam u was we Francji? – prowadzący spotkanie zwrócił się do innego mężczyzny.
– Trzymamy prezydenta z daleka od mieszania się w nasze sprawy i tego, co dzieje się pomiędzy Niemcami a Rosją. Chętnie by się w to bardziej zaangażował, ale wewnętrzne burdy z paleniem tysięcy samochodów, jakie są wszczynane z naszej inicjatywy, skupiają jego uwagę gdzie indziej. Dla ludzi zawsze ważniejsze jest to, co dzieje się obok nich.
Marc odwrócił się, by spojrzeć na Monik. Wsłuchiwała się w odgłosy korytarza. Zerknęła na niego uspokajająco. Zwrócił głowę w kierunku komnaty.
– Bardzo się z tego cieszę. Pamiętajcie, teraz najważniejszą dla nas sprawą jest coś, co było największą hańbą – brak uchwalenia konstytucji europejskiej. To okropne. Tyle lat przygotowań i przez nieudolność kilku szefów rządów wszystko się rozsypało. Bez jednej Unii nie da się osiągnąć nowego ładu. Chcę, byście zrobili wszystko, aby nam się udało.
Siedzący obok rosyjskiego generała postawny mężczyzna z czarną brodą zapytał:
– Mamy problem z Polską? Teraz ona najbardziej blokuje nasze wspólne działania. Jeszcze przez chwilę… Jak zapewne pamiętacie, już Monnet stwierdził, że wspólnota europejska jest tylko etapem na drodze do zorganizowanego świata jutra. Udało się nam przeniknąć do wszystkich głównych struktur organizacyjnych Unii. W czerwcu 1993 roku z inicjatywy Wielkiego Wschodu Francji i Wielkiej Loży Francji oraz niezależnych obediencji i lóży europejskich, w tym sześciu lóży polskich, utworzona została w Strasburgu Europejska Konferencja Masońska, która uchwaliła Europejską Umowę Masońską mającą doprowadzić, w oparciu o etykę wolnomularską, do zbudowania Europy masońskiej jako konstrukcji dla ideałów bez kompromisów i dewiacji. Polska to fundament Kościoła w Europie i dlatego jest dla nas trudna. Ostatnio osłabiliśmy pozycję Kościoła. Wiele afer wokół byłych współpracowników tajnych służb to jeden z tych mechanizmów. Wspieramy po cichu telewizję parakościelną. Nasz wpływ jest coraz większy. Ale to jeszcze potrwa…
– A co z Opus Dei?
Marc nie dojrzał, kto zadał to pytanie.
– W Polsce jest około czterystu członków prałatury Opus Dei, mają tam duże wpływy – odpowiedział człowiek siedzący na najważniejszym fotelu. – Jak to wygląda z perspektywy Watykanu? – zwrócił się do kardynała.
– Kościół uczestniczy w walce konkurencyjnej z wszystkimi możliwymi ruchami. Jeśli osłabną jego siły, będzie mógł po cichu zrezygnować z roszczeń reprezentowania wszystkich, ograniczając się do jeszcze większej przeciwwagi dla gnijącego społeczeństwa, wycofania się na biegun lub do rezygnacji z ucieleśniania „nowego, oświeconego rodzaju chrześcijaństwa”. Przegrałby wtedy także szansę swojej własnej globalizacji – odpowiedział kardynał. – Proszę pamiętać, że ja tylko staram się podpowiadać papieżowi to, co dla naszej organizacji byłoby najlepsze. Ale nie zawsze mi się udaje.
– Udało ci się z pewnością przy kompromitacji Kościoła polskiego podczas nominacji na arcybiskupstwo warszawskie i nieudany ingres – powiedział ktoś siedzący tyłem do drzwi.
– Owszem – uśmiechnął się kardynał. – Nie wiem, czy macie świadomość, ale to, co udało nam się uzyskać, czyli zmiana decyzji papieża pod wpływem kompromitacji kandydata, to nadzwyczajny przypadek. Mam wrażenie, że dla wielu Kościół przestał być wiarygodny. Wszystkie najważniejsze światowe media to nagłośniły. A co ciekawe, w samych Włoszech skomentowano to jako osłabienie pozycji papieża. Opowiem wam więcej w czasie kolacji. To dopiero początek naszego działania pod rządami nowego papieża, działania zmierzającego do osłabiania instytucji kościelnych w krajach, gdzie ma się za dobrze. Działamy. Chcę wam tylko przypomnieć, że już na początku udało nam się skłócić go z muzułmanami, podsuwając mu jakże niezręczną wypowiedź. – Uśmiechnął się.
Marc przysunął się bliżej drzwi. Starał się, by go nie dostrzeżono, ale prowadzona dyskusja powodowała w nim coraz większą chęć dokładnego usłyszenia wszystkich padających słów. Serce waliło mu jak oszalałe, nie spodziewał się być świadkiem tak niezwykłej rozmowy. A już na pewno nie spodziewał się być na niej w charakterze szpiega.
– Osłabiliśmy również znacznie pozycję Polski przy realizacji naszej koncepcji sprzedaży ropy do Europy – odezwał się jeden z milczących dotąd uczestników spotkania. – Najgorsze mamy już za sobą. Teraz pozwolimy odnieść Polakom jakiś mały sukces w handlu z Rosją, a w międzyczasie załatwimy swoje. Małe stowarzyszenie – Preussische Treuhand, Powiernictwo Pruskie, wznieciło niepokój w sprawie odszkodowań za pozostawione przez Niemców mienie. Sprawa będzie miała szerszy wymiar. Chodzi o nieruchomości w różnych częściach Polski. Jest wśród nich piękny pałac – spojrzał w kierunku najważniejszego w towarzystwie mężczyzny – rodziny von Waldow. Szanowni panowie! – powiedział głośno, wstając. – Nikt nie może być przeszkodą do stworzenia supermocarstwa. Wznieśmy za to toast!
Wszyscy obecni wstali, sięgając po pokaźnej wielkości kielichy z jakimś płynem. Po chwili nieskrywanego entuzjazmu usiedli z powrotem w fotelach. Marc nie mógł zobaczyć wszystkich twarzy zgromadzonych.
– Myślę panowie, że sytuacja rozwija się w dobrym kierunku. Możemy już oficjalnie kontynuować myśl ministra spraw zagranicznych, który w wywiadzie prasowym powiedział, pozwolicie, że go zacytuję – mężczyzna sięgnął po leżące przed nim dokumenty. – Jeżeli przyjrzycie się panowie liczbie aktualnych konfliktów, szybko zauważycie, że dwubiegunowość z czasów zimnej wojny od piętnastu lat należy do przeszłości, ale świat wciąż poszukuje nowego ładu. Brakuje porządkującego mocarstwa i żadne pojedyncze państwo nie potrafi przejąć tej roli. Czyż nie potwierdza to tym razem oficjalnie tego, do czego zmierzamy od lat? Nareszcie głośno zostało to powiedziane. Jeżeli pozwolicie, chciałbym teraz omówić sytuację, która ma miejsce na Mazurach w Polsce. Otóż nie podoba mi się to, co się tam dzieje. Zaczyna się jakieś zamieszanie, które niczego dobrego za sobą nie niesie. Oby tylko sprawa nie wyszła na jaw. Będziemy mieli wówczas problem ze znalezieniem sojuszników dla tych działań…
Marc poczuł szarpniecie za rękę. Był to znak od Monik. Odwrócił się do niej. Jej twarz wyrażała zaniepokojenie.
– Słyszę jakieś odgłosy w holu. Musimy się ukryć – powiedziała.
Marc odskoczył od drzwi. Podbiegli razem do miejsca, w którym schowali się poprzednio. Byli niewidoczni od strony komnaty. Marc usłyszał głosy rozmawiających ze sobą dwóch osób. Monik złapała Marca za rękę. Miał wrażenie, że jej dłoń drży.
– Nie bój się, jak tylko przejdą, pobiegniemy na górę. Chyba najbezpieczniej będzie, jak się ulotnimy – starał się ją uspokoić.
Po schodach schodziły dwie osoby. Z ich rozmowy wywnioskowali, że mieli zaprosić gości na kolację.
Ta wiadomość sprawiła, iż Marc był pewny, że czas najwyższy zrezygnować z podglądania niebezpiecznego dla nich towarzystwa. Dwaj mężczyźni zniknęli za drzwiami. Marc pociągnął Monik za sobą. Szybko wspięli się na schody. Pobiegli znanym już sobie korytarzem do drzwi wychodzących na dziedziniec. Po chwili byli już przy bramie. Przytulili się do chłodnego muru. Marc wychylił się, spoglądając w kierunku miejsca, gdzie wcześniej stali strażnicy. Dostrzegł w ciemności rozświetlanej jedynie przez sączące się światło latarni tylko jedną postać.
– Rzuć czymś w któryś samochód. Może ma czuły alarm i zwabi strażnika do siebie.
– Dobrze, zaraz coś znajdę, nie spuszczaj go z oczu – odpowiedziała Monik.
Nagle otwarły się szeroko drzwi, przez które przed chwilą wyszli. Na dziedzińcu pojawiło się kilku mężczyzn, zapewne uczestników spotkania. Marc, ukryty za filarem, zaniepokoił się o Monik.
– Dobrze, że jesteś. Wystraszyli cię? – zapytał.
– Trochę.
Marc spojrzał w kierunku strażnika. Ten, usłyszawszy rozmowy na dziedzińcu, ruszył w ich stronę. Ukryli się jak najgłębiej. Strażnik przeszedł obok nich i udał się w stronę głośno rozmawiających mężczyzn. Wybiegli cicho z miejsca, w którym się schowali. Przedostali się do zagajnika.
– Jezu, przy tobie dostanę zawału… Od kilku dni przeżywam jakiś sen na jawie. Nie wiem, czy dożyję momentu, kiedy w fotelu przy kawie przeczytam opis tych przygód w naszym piśmie. – nabierała oddechu Monik.
– Chciałem ci uprzejmie przypomnieć, że to ty mnie zaraziłaś żądzą otrzymania Pulitzera. Mam wrażenie, po tym, co usłyszałem, podsłuchując jak pięciolatek rodziców, że jesteśmy na właściwej drodze.
– No, nareszcie coś optymistycznego – zaśmiała się Monik.
– Masz jeszcze jakieś dobre wiadomości, by mnie pocieszyć?
Marc milczał tajemniczo.
– Marc, jesteś tu…? – Monik przebijała się wzrokiem przez ciemność.
– Jestem, jestem – odpowiedział. – Mam dla ciebie jeszcze coś bliższego i równie interesującego jak zaszczyty Pulitzera.
– Ależ jesteś tajemniczy. Cóż to takiego? – zapytała.
Poczuła dotyk jego dłoni, a po chwili ciepło jego ciała na swoich piersiach.
– Wiesz… – powiedział cicho – stałaś mi się bardzo bliska przez te ostatnie kilka dni.
Przytuliła się do niego. Byli razem w lesie połączeni strachem.
Obok, w zamku, zaledwie kilkadziesiąt metrów od nich, toczyły się rozmowy o przyszłości świata.
Już drugi raz w ciągu tygodnia przedzierali się przez las w zapadającym zmroku. Ostatnim razem mieli dużo szczęścia, a ryzyko było przecież ogromne. W obcym kraju skradali się do ściśle strzeżonego wojskowego obiektu, a w zasadzie do czegoś, co było pilnowane przez wojsko lub agentów wywiadu. Złapani, mogli mieć zapewne sporo problemów. Tym razem mieli nadzieję, że w ostateczności zostaną uznani za szalonych koneserów zabytków. Ostatecznie zawsze mogliby wytłumaczyć się dziennikarską misją.
Skupiali się bardziej na dotarciu do zamku niż na rozważaniu potencjalnego niebezpieczeństwa, które mogło im zagrażać. Mieli nadzieję nie spotkać nikogo na swojej drodze.
– Marc, gdybyśmy się rozdzielili, to spotkamy się w hotelu – odezwała się Monik.
– OK. To dobry pomysł, ale starajmy się trzymać razem – odpowiedział.
Początkowo szli drogą, którą przyjechali z zamku do hotelu. Doszli do miejsca, z którego widoczni byli strażnicy pilnujący drogi dojazdowej. Skręcili w lewo, wchodząc do zagajnika. Starali się obejść strażników szerokim łukiem, tak by ci nie usłyszeli odgłosów łamiących się pod stopami gałęzi. Wyszli na polanę znajdującą się przy zamku, który miał kształt trójkąta. Otoczony był z dwóch stron lasem, a z trzeciej polaną i biegnącą z jej prawej strony drogą, prowadzącą do głównego wejścia.
Idący przodem Marc zatrzymał ręką Monik. Na polanie stały trzy helikoptery, wokół których kręciło się kilka osób. Ich obecność uniemożliwiała przejście.
– Musimy się cofnąć i przejść przez drogę – powiedział. – Później skrajem lasu podejdziemy do wejścia.
– Dobrze, chodźmy – odpowiedziała Monik.
Cofnęli się kilkadziesiąt metrów, by nie było ich widać z polany. Okolica zamku pozwalała na łatwe przedostanie się do okalającego go muru. Przekradali się teraz, mając zamek po swojej lewej stronie. Po chwili doszli do bramy i przystanęli. Przed wejściem stało dwóch strażników. Panująca ciemność nie pozwalała dostrzec ich mundurów. Marcowi wydawało się, że nie byli ubrani w uniformy strażników zamkowych.
– Musimy coś zrobić, aby odeszli. Rozejrzyj się, czy nie ma gdzieś przypadkiem jakichś dużych kamieni.
Monik skierowała się w głąb lasu.
Noc im sprzyjała, było ciemno. Księżyc nie pomagał strażnikom w ich zadaniu. Marc usilnie zastanawiał się nad możliwością przedostania się na dziedziniec. Spoglądał na zamek. Pomiędzy trzema wieżami zbudowana była część mieszkalna. Jedna z wież była znacznie potężniejsza od pozostałych.
„To pewnie pod nią Himmler odbywał swoje rytuały” – pomyślał.
Usłyszał kroki powracającej Monik, która przyniosła ze sobą kilka znacznej wielkości kamieni.
– Posłuchaj – strażnicy nie ruszają się z miejsca. Plan jest taki: spróbuję rzucić kamieniem z pewnej odległości od bramy. Muszę się trochę cofnąć, stąd nie dorzucę. Ty zostaniesz tutaj. Jeżeli obaj strażnicy podążą w kierunku hałasu, przebiegniesz szybko do środka i ukryjesz się. Mam nadzieję, że uda mi się do ciebie dołączyć, zanim wrócą na miejsce. Czekaj na mnie na dziedzińcu. Sama nie ryzykuj, OK?
– Dobrze, ale błagam cię, przyjdź jak najszybciej – odpowiedziała Monik.
– Nie martw się, mamy szczęście, jest ciemno. Nie powinno być problemu z dostaniem się na zamek, jeżeli tylko uda mi się ich odciągnąć. – Marc ścisnął dłoń Monik. – Idę, przysuń się jak najbliżej wejścia. Uważaj na siebie.
Monik poszła w kierunku bramy.
Marc powoli, tak by nie narobić hałasu, cofał się wzdłuż drogi. Naprzeciwko miał okna części mieszkalnej. Poczekał jeszcze chwilę, aż Monik dotrze jak najbliżej wejścia. Wybrał okno, w które chciał trafić. Nie paliło się w nim światło, podobnie jak w pozostałych.
„No to do dzieła.” – dodał sobie odwagi.
Zamachnął się mocno. Rzucony kamień uderzył w mur tuż obok okna.
„Cholera! Nie trafiłem…” – pomyślał.
Spojrzał w kierunku strażników, którzy nagle przerwali rozmowę. Nasłuchiwali przez moment.
Zamachnął się ponownie. Tym razem kamień z hukiem trafił w ramę okna. Marc spojrzał w kierunku mężczyzn. Jeden z nich ruszył w stronę hałasu. Nagle, już biegnąc, krzyknął coś do drugiego strażnika. Ten podążył natychmiast za nim. Marc szybko skierował się do bramy. Zaryzykował i wybiegł na drogę. Miał nadzieję, że strażnicy, których minął, biegnąc lasem, nie będą się oglądać. Wpadł na dziedziniec. Stało na nim kilkanaście limuzyn. Nie zauważył nikogo.
– Monik! – zawołał cicho.
– Tu jestem – odezwała się zza najbliższego samochodu.
Marc podbiegł do niej.
– Chodź. Szybko.
Złapał ją za rękę i pociągnął za sobą w kierunku słabo oświetlonego wejścia. Wbiegli po schodach i zatrzymali się na chwilę. Marc sprawdził, czy przypadkiem nikt nie stoi z drugiej strony przy wyjściu. Mieli szczęście. Nie było nikogo. Weszli do środka i pobiegli korytarzem.
– Musimy się spokojnie rozejrzeć – powiedział do Monik.
– Wejdźmy tu, do komnaty, ukryjemy się – powiedziała.
Marc otworzył drzwi. Wślizgnęli się do ciemnej sali.
– Co robimy? – zapytała Monik po krótkiej chwili.
– Poczekajmy, muszę się zorientować, co się tutaj dzieje. Gdzieś musi odbywać się to przyjęcie – odpowiedział.
– Cicho! Ktoś idzie…
Zamilkli.
Korytarzem szedł ubrany na biało kelner. Niósł ogromną tacę pełną butelek z alkoholem i czymś, czego Marc nie był w stanie rozpoznać. Minął ich kryjówkę i udał się w kierunku północnej wieży.
– Chodźmy za nim – szepnął do Monik.
Cicho wyszli z pomieszczenia. Starali się nie robić hałasu. Człowiek niosący tacę szedł kilkanaście kroków przed nimi. Nie zwracał uwagi na to, co działo się za nim. Stojące na tacy butelki stukały o siebie, delikatnie dzwoniąc. Kelner doszedł do końca korytarza i nagle zniknął.
– Szybko! Idziemy! Kelner schodzi w dół – szepnął Marc.
Podbiegli do schodów i spojrzeli za nim. Mężczyzna z tacą zszedł pod wieżę.
Monik spojrzała pytająco na Marca.
– Wszedł do jakiejś komnaty. Zejdziemy teraz, on na pewno nie wróci tak szybko. Musi to odstawić lub nalać drinki.
Zaczęli schodzić po schodach. Zeszli na dolny poziom zamku i znaleźli się w holu prowadzącym do komnaty. Zza drzwi dochodziły odgłosy głośnej rozmowy. Rozejrzeli się dookoła i ukryli się za kamienną balustradą schodów.
Po dłuższej chwili drzwi otworzyły się. Wyszedł z nich mężczyzna z tacą. Po chwili ponownie zniknął.
Marc podniósł się z miejsca, w którym się ukryli. Zauważył smugę światła sączącego się zza olbrzymich drzwi, prowadzących do komnaty. Były niedomknięte.
– Ależ mamy szczęście… Zobacz, nie zamknął dobrze drzwi – powiedział do Monik.
– Podejdziemy do nich. Zajrzę do środka, a ty stań za mną i wsłuchuj się w to, co będzie się działo na schodach. Gdyby ktoś szedł, schowamy się. Tutaj jest dosyć bezpiecznie.
– Dobrze – odpowiedziała.
Po cichu podeszli do drzwi. Marc spojrzał do środka.
Duża komnata otoczona była kolumnami. W sali ustawiony był ogromny dębowy stół. Dookoła, na skórzanych fotelach ozdobionych herbami, siedziało kilkunastu mężczyzn. Marc policzył ich szybko – było ich dokładnie trzynastu.
– Myślisz, że CIA zostało powołane, aby gonić niegrzecznych chłopców po świecie? Albo strzec prezydenta przed wariatami? Nie zapominaj, że to nasi ludzie budowali tę organizację i nasze cele są również ich celami – męski głos niósł się echem po sali.
Marc spojrzał na mężczyzn siedzących za stołem. Jego wzrok przyciągnął w pierwszej kolejności człowiek ubrany w czerwoną kardynalską sutannę z purpurowym pasem. Obok niego siedział mężczyzna w mundurze amerykańskiego generała. To właśnie on odpowiedział na słowa, które Marc usłyszał.
„Poul byłby zaskoczony, widząc tu kardynała – pomyślał. – Szkoda, że nie mogę zrobić zdjęcia”.
– Wiem, ale pamiętaj, że problem nie leży w CIA, a w wojnie toczącej się w nowej KGB, to stamtąd przeciekają różne informacje, które nam szkodzą i nad tym powinniśmy zapanować.
– Spokojnie, to może jeszcze trochę potrwać. Cały czas staramy się opanować konflikty, zwłaszcza wśród starych agentów. To nie takie proste…
Marc spojrzał w kierunku osoby mówiącej te słowa. Rosyjski generał w galowym mundurze siedział po drugiej stronie stołu.
– Nie irytujcie się – powiedział mężczyzna o szpakowatych włosach, siedzący na głównym miejscu przy stole. Ubrany był w elegancki garnitur.
– Zdrajców trzeba usuwać, a konflikty likwidować. Zwłaszcza teraz potrzebny jest nam spokój. Dosyć mamy problemów w miejscach, które wymykają się nam spod kontroli.
– Tak – odezwał się inny mężczyzna – ale są również i dobre informacje. Mamy pod kontrolą praktycznie każdy system bankowy i przynajmniej z tym od pewnego czasu mamy spokój. Kontrolujemy giełdy, obrót złotem i diamentami. Trochę problemów będziemy mieli na Ukrainie, ale z tym również sobie poradzimy.
– A jak tam u was we Francji? – prowadzący spotkanie zwrócił się do innego mężczyzny.
– Trzymamy prezydenta z daleka od mieszania się w nasze sprawy i tego, co dzieje się pomiędzy Niemcami a Rosją. Chętnie by się w to bardziej zaangażował, ale wewnętrzne burdy z paleniem tysięcy samochodów, jakie są wszczynane z naszej inicjatywy, skupiają jego uwagę gdzie indziej. Dla ludzi zawsze ważniejsze jest to, co dzieje się obok nich.
Marc odwrócił się, by spojrzeć na Monik. Wsłuchiwała się w odgłosy korytarza. Zerknęła na niego uspokajająco. Zwrócił głowę w kierunku komnaty.
– Bardzo się z tego cieszę. Pamiętajcie, teraz najważniejszą dla nas sprawą jest coś, co było największą hańbą – brak uchwalenia konstytucji europejskiej. To okropne. Tyle lat przygotowań i przez nieudolność kilku szefów rządów wszystko się rozsypało. Bez jednej Unii nie da się osiągnąć nowego ładu. Chcę, byście zrobili wszystko, aby nam się udało.
Siedzący obok rosyjskiego generała postawny mężczyzna z czarną brodą zapytał:
– Mamy problem z Polską? Teraz ona najbardziej blokuje nasze wspólne działania. Jeszcze przez chwilę… Jak zapewne pamiętacie, już Monnet stwierdził, że wspólnota europejska jest tylko etapem na drodze do zorganizowanego świata jutra. Udało się nam przeniknąć do wszystkich głównych struktur organizacyjnych Unii. W czerwcu 1993 roku z inicjatywy Wielkiego Wschodu Francji i Wielkiej Loży Francji oraz niezależnych obediencji i lóży europejskich, w tym sześciu lóży polskich, utworzona została w Strasburgu Europejska Konferencja Masońska, która uchwaliła Europejską Umowę Masońską mającą doprowadzić, w oparciu o etykę wolnomularską, do zbudowania Europy masońskiej jako konstrukcji dla ideałów bez kompromisów i dewiacji. Polska to fundament Kościoła w Europie i dlatego jest dla nas trudna. Ostatnio osłabiliśmy pozycję Kościoła. Wiele afer wokół byłych współpracowników tajnych służb to jeden z tych mechanizmów. Wspieramy po cichu telewizję parakościelną. Nasz wpływ jest coraz większy. Ale to jeszcze potrwa…
– A co z Opus Dei?
Marc nie dojrzał, kto zadał to pytanie.
– W Polsce jest około czterystu członków prałatury Opus Dei, mają tam duże wpływy – odpowiedział człowiek siedzący na najważniejszym fotelu. – Jak to wygląda z perspektywy Watykanu? – zwrócił się do kardynała.
– Kościół uczestniczy w walce konkurencyjnej z wszystkimi możliwymi ruchami. Jeśli osłabną jego siły, będzie mógł po cichu zrezygnować z roszczeń reprezentowania wszystkich, ograniczając się do jeszcze większej przeciwwagi dla gnijącego społeczeństwa, wycofania się na biegun lub do rezygnacji z ucieleśniania „nowego, oświeconego rodzaju chrześcijaństwa”. Przegrałby wtedy także szansę swojej własnej globalizacji – odpowiedział kardynał. – Proszę pamiętać, że ja tylko staram się podpowiadać papieżowi to, co dla naszej organizacji byłoby najlepsze. Ale nie zawsze mi się udaje.
– Udało ci się z pewnością przy kompromitacji Kościoła polskiego podczas nominacji na arcybiskupstwo warszawskie i nieudany ingres – powiedział ktoś siedzący tyłem do drzwi.
– Owszem – uśmiechnął się kardynał. – Nie wiem, czy macie świadomość, ale to, co udało nam się uzyskać, czyli zmiana decyzji papieża pod wpływem kompromitacji kandydata, to nadzwyczajny przypadek. Mam wrażenie, że dla wielu Kościół przestał być wiarygodny. Wszystkie najważniejsze światowe media to nagłośniły. A co ciekawe, w samych Włoszech skomentowano to jako osłabienie pozycji papieża. Opowiem wam więcej w czasie kolacji. To dopiero początek naszego działania pod rządami nowego papieża, działania zmierzającego do osłabiania instytucji kościelnych w krajach, gdzie ma się za dobrze. Działamy. Chcę wam tylko przypomnieć, że już na początku udało nam się skłócić go z muzułmanami, podsuwając mu jakże niezręczną wypowiedź. – Uśmiechnął się.
Marc przysunął się bliżej drzwi. Starał się, by go nie dostrzeżono, ale prowadzona dyskusja powodowała w nim coraz większą chęć dokładnego usłyszenia wszystkich padających słów. Serce waliło mu jak oszalałe, nie spodziewał się być świadkiem tak niezwykłej rozmowy. A już na pewno nie spodziewał się być na niej w charakterze szpiega.
– Osłabiliśmy również znacznie pozycję Polski przy realizacji naszej koncepcji sprzedaży ropy do Europy – odezwał się jeden z milczących dotąd uczestników spotkania. – Najgorsze mamy już za sobą. Teraz pozwolimy odnieść Polakom jakiś mały sukces w handlu z Rosją, a w międzyczasie załatwimy swoje. Małe stowarzyszenie – Preussische Treuhand, Powiernictwo Pruskie, wznieciło niepokój w sprawie odszkodowań za pozostawione przez Niemców mienie. Sprawa będzie miała szerszy wymiar. Chodzi o nieruchomości w różnych częściach Polski. Jest wśród nich piękny pałac – spojrzał w kierunku najważniejszego w towarzystwie mężczyzny – rodziny von Waldow. Szanowni panowie! – powiedział głośno, wstając. – Nikt nie może być przeszkodą do stworzenia supermocarstwa. Wznieśmy za to toast!
Wszyscy obecni wstali, sięgając po pokaźnej wielkości kielichy z jakimś płynem. Po chwili nieskrywanego entuzjazmu usiedli z powrotem w fotelach. Marc nie mógł zobaczyć wszystkich twarzy zgromadzonych.
– Myślę panowie, że sytuacja rozwija się w dobrym kierunku. Możemy już oficjalnie kontynuować myśl ministra spraw zagranicznych, który w wywiadzie prasowym powiedział, pozwolicie, że go zacytuję – mężczyzna sięgnął po leżące przed nim dokumenty. – Jeżeli przyjrzycie się panowie liczbie aktualnych konfliktów, szybko zauważycie, że dwubiegunowość z czasów zimnej wojny od piętnastu lat należy do przeszłości, ale świat wciąż poszukuje nowego ładu. Brakuje porządkującego mocarstwa i żadne pojedyncze państwo nie potrafi przejąć tej roli. Czyż nie potwierdza to tym razem oficjalnie tego, do czego zmierzamy od lat? Nareszcie głośno zostało to powiedziane. Jeżeli pozwolicie, chciałbym teraz omówić sytuację, która ma miejsce na Mazurach w Polsce. Otóż nie podoba mi się to, co się tam dzieje. Zaczyna się jakieś zamieszanie, które niczego dobrego za sobą nie niesie. Oby tylko sprawa nie wyszła na jaw. Będziemy mieli wówczas problem ze znalezieniem sojuszników dla tych działań…
Marc poczuł szarpniecie za rękę. Był to znak od Monik. Odwrócił się do niej. Jej twarz wyrażała zaniepokojenie.
– Słyszę jakieś odgłosy w holu. Musimy się ukryć – powiedziała.
Marc odskoczył od drzwi. Podbiegli razem do miejsca, w którym schowali się poprzednio. Byli niewidoczni od strony komnaty. Marc usłyszał głosy rozmawiających ze sobą dwóch osób. Monik złapała Marca za rękę. Miał wrażenie, że jej dłoń drży.
– Nie bój się, jak tylko przejdą, pobiegniemy na górę. Chyba najbezpieczniej będzie, jak się ulotnimy – starał się ją uspokoić.
Po schodach schodziły dwie osoby. Z ich rozmowy wywnioskowali, że mieli zaprosić gości na kolację.
Ta wiadomość sprawiła, iż Marc był pewny, że czas najwyższy zrezygnować z podglądania niebezpiecznego dla nich towarzystwa. Dwaj mężczyźni zniknęli za drzwiami. Marc pociągnął Monik za sobą. Szybko wspięli się na schody. Pobiegli znanym już sobie korytarzem do drzwi wychodzących na dziedziniec. Po chwili byli już przy bramie. Przytulili się do chłodnego muru. Marc wychylił się, spoglądając w kierunku miejsca, gdzie wcześniej stali strażnicy. Dostrzegł w ciemności rozświetlanej jedynie przez sączące się światło latarni tylko jedną postać.
– Rzuć czymś w któryś samochód. Może ma czuły alarm i zwabi strażnika do siebie.
– Dobrze, zaraz coś znajdę, nie spuszczaj go z oczu – odpowiedziała Monik.
Nagle otwarły się szeroko drzwi, przez które przed chwilą wyszli. Na dziedzińcu pojawiło się kilku mężczyzn, zapewne uczestników spotkania. Marc, ukryty za filarem, zaniepokoił się o Monik.
– Dobrze, że jesteś. Wystraszyli cię? – zapytał.
– Trochę.
Marc spojrzał w kierunku strażnika. Ten, usłyszawszy rozmowy na dziedzińcu, ruszył w ich stronę. Ukryli się jak najgłębiej. Strażnik przeszedł obok nich i udał się w stronę głośno rozmawiających mężczyzn. Wybiegli cicho z miejsca, w którym się schowali. Przedostali się do zagajnika.
– Jezu, przy tobie dostanę zawału… Od kilku dni przeżywam jakiś sen na jawie. Nie wiem, czy dożyję momentu, kiedy w fotelu przy kawie przeczytam opis tych przygód w naszym piśmie. – nabierała oddechu Monik.
– Chciałem ci uprzejmie przypomnieć, że to ty mnie zaraziłaś żądzą otrzymania Pulitzera. Mam wrażenie, po tym, co usłyszałem, podsłuchując jak pięciolatek rodziców, że jesteśmy na właściwej drodze.
– No, nareszcie coś optymistycznego – zaśmiała się Monik.
– Masz jeszcze jakieś dobre wiadomości, by mnie pocieszyć?
Marc milczał tajemniczo.
– Marc, jesteś tu…? – Monik przebijała się wzrokiem przez ciemność.
– Jestem, jestem – odpowiedział. – Mam dla ciebie jeszcze coś bliższego i równie interesującego jak zaszczyty Pulitzera.
– Ależ jesteś tajemniczy. Cóż to takiego? – zapytała.
Poczuła dotyk jego dłoni, a po chwili ciepło jego ciała na swoich piersiach.
– Wiesz… – powiedział cicho – stałaś mi się bardzo bliska przez te ostatnie kilka dni.
Przytuliła się do niego. Byli razem w lesie połączeni strachem.
Obok, w zamku, zaledwie kilkadziesiąt metrów od nich, toczyły się rozmowy o przyszłości świata.
piątek, 2 maja 2014
Dark Wallet, czyli technologia prania pieniędzy za pomocą bitcoina
Rosnąca popularność bitcoina sprawiła, że kryptowaluta szybko znalazła się przedmiotem zainteresowania służb wywiadowczych wielu państw. Jej zwolennicy uważają, że jest to najlepszy dowód na to, że może się ona stać narzędziem, które doprowadzi do wyzwolenia ludzi od nadmiernej kontroli rządów. Stworzenie projektu Dark Wallet, jest więc do pewnego stopnia naturalną konsekwencją idei przyświecających stworzeniu bitcoina.
![]() |
| źródło: YouTube |
Dark Wallet jest projektem grupy anarchistów występujących pod nazwą unSystem. Do grupy należy między innymi twórca projektu broni wykonywalnej na drukarce 3D Cody Wilson. Aplikacja poprzez mieszanie adresów i przepływu transakcji ma chronić tożsamość użytkowników bitcoin przez identyfikacją. Jest to znaczna zmiana w stosunku do pierwotnego kształtu kryptowaluty, która do tej pory zapisywała każdą transakcję na domenie publicznej a anonimowa mogła być co najwyżej tożsamość samego posiadacza danego portfela.
Istnienie Dark Wallet umożliwi ukrycie tych transakcji i znacznie utrudni ich śledzenie, jak przyznaje Wilson tego typu oprogramowanie to nic innego jak narzędzie prania pieniędzy, które będzie jeszcze trudniejszym do uregulowania od bitcoina. Sami twórcy są zdania, że ewentualne wykorzystanie tej sieci przez grupy terrorystyczne i przestępcze jest kosztem, który trzeba ponieść by zapewnić sieci wolność od rządowych interwencji: "Owszem, na tych targowiskach będą się zdarzać złe rzeczy. Wolność to niebezpieczna sprawa" - przyznaje Wilson.
Bitcoin to historia, która dzieje się tu i teraz, za kilka lat będzie można opisywać to zjawisko jako niezwykły proces kształtowania się nowego, alternatywnego i w pełni opartego na sieci społeczeństwa. Jakie jednak będą jego granice?
środa, 30 kwietnia 2014
Czy Miley Cyrus i inne gwiazdy pop to zasłona dymna dla polityków?
Zdaniem wokalisty grupy Korn gwiazdeczki-skandalistki takie jak Miley Cyrus są narzędziem polityków, których zadaniem jest ogłupianie i odwracanie uwagi opinii publicznej.
![]() |
| fot. prisonplanet |
Skandal to nieodłączny partner sceny, muzycy od lat starają się swoimi występami zaszokować publiczność sprawiając tym samym, że staną się bardziej rozpoznawalni a ich popularność wzrośnie. Ostatnio jedną z czołowych skandalistek jest Miley Cyrus, której występy są szeroko komentowane przez tysiące jej fanów i przeciwników. Jednak dla niektórych zachowania skandalistki to nic innego jak zasłona dymna mająca odwrócić uwagę od działań polityków.
Tak przynajmniej uważa jeden z najbardziej znanych wokalistów metalowych Jonathan Davis z grupy Korn, który w niedawno udzielonym wywiadzie stwierdził, że gwiazdki takie jak Cyrus są wykorzystywane przez prezydenta Baracka Obamę do odwracania uwagi opinii publicznej od naprawdę istotnych faktów. Uważa on, że Obama jest na prostej drodze do zostania dyktatorem.
Myślę, że nasz rząd wykorzystuje tych ludzi do odwrócenia uwagi od tego co naprawdę się dzieje. Ta cała afera z Miley Cyrus do jakiej doszło podczas VMA (Video Music Awards), myślę, że Barack Obama przepchnął prawo, na mocy którego jest on w rzeczywistości dyktatorem, może on aresztować kogo tylko chce, nie musi im przedstawiać zarzutów, może go przetrzymywać tak długo jak tylko zechce.
wtorek, 29 kwietnia 2014
Keiser: banki zabijają swoich pracowników żeby zarobić na ubezpieczeniu
Kolejne zgony pracowników sektora bankowego mają jeden wspólny mianownik - po ich śmierci banki, w których pracowali mogą zyskać miliardy dolarów na wypłatach z ich polis na życie.
![]() |
| fot. http://monolithik.wordpress.com |
W lutym bieżącego roku opisywałem szereg zgonów prominentnych pracowników sektora bankowego. Miały one miejsce w dość krótkim czasie trwającym około 3 tygodni, w kilku biurowcach zlokalizowanych w różnych częściach świata. W poprzednim wpisie wymieniłem w sumie 5 bankierów, z czego nie wszyscy byli aż tak wysoko postawionymi pracownikami sektora. Znany z ciętych komentarzy na temat Wall Street i londyńskiego City Max Keiser w opublikowanym niedawno materiale stwierdził, że wszystkich "zmarłych" w ostatnim czasie bankierów może być nawet około dwudziestu.
Kiedy umiera pracownik sektora bankowego nie ma w tym nic zaskakującego, również samobójstwa się zdarzają. Ale jeśli mówimy o tak dużej liczbie zgonów w relatywnie niedługim czasie to nie jest to powód żeby podejrzewać, że cała sprawa nie jest jedynie zbiegiem okoliczności?
Wspomniany już Max Keiser wprost oskarżył Wall Street o mordowanie bankierów. Swoją teorię podparł faktem, że polisy ubezpieczeniowe zmarłych opiewały na niebotyczne kwoty i tylko jeden z nich zarobić może 10,4 miliarda dolarów na odszkodowaniach. Okazuje się bowiem, że cztery czołowe nowojorskie banki są posiadaczami polis ubezpieczeniowych dla swoich pracowników, których łączna wartość ma wynosić 680 miliardów dolarów. Co ważne, w razie wypadku firmy ubezpieczeniowe nie wypłacą tych pieniędzy rodzinom zmarłych, lecz właśnie bankom (bank-owned life insurance - BOLI).
Wielu zmarłych w ostatnim czasie osób powiązanych z sektorem bankowym to były osoby młode, które często nie skończyły 35 lat. Prawdopodobieństwo śmierci w ich przypadku nie było wysokie, stąd ich ubezpieczenie nie było zbyt wysokie a ewentualne kwoty do wypłaty znaczące. Większość zmarłych to byli młodzi ludzie cieszący się dobrym zdrowiem, do tego dopiero zaczynający karierę. W przypadku samobójstw, były one zaskoczeniem dla ich rodzin, nikt nie widział u nich jakichkolwiek oznak depresji, jedyne co ich łączyło to powiązania z sektorem bankowym.
Teoria wydaje się być szokująca i jeśli jest prawdziwa, pokazuje jak brutalnymi i bezwzględnymi regułami rządzi świat finansów. Według autorów tej teorii banki mają w ten sposób ratować się przed bankructwem. Kto jednak uchroni przed bankructwem firmy ubezpieczeniowe, które przecież także są powiązane z bankami?
Kiedy umiera pracownik sektora bankowego nie ma w tym nic zaskakującego, również samobójstwa się zdarzają. Ale jeśli mówimy o tak dużej liczbie zgonów w relatywnie niedługim czasie to nie jest to powód żeby podejrzewać, że cała sprawa nie jest jedynie zbiegiem okoliczności?
Wspomniany już Max Keiser wprost oskarżył Wall Street o mordowanie bankierów. Swoją teorię podparł faktem, że polisy ubezpieczeniowe zmarłych opiewały na niebotyczne kwoty i tylko jeden z nich zarobić może 10,4 miliarda dolarów na odszkodowaniach. Okazuje się bowiem, że cztery czołowe nowojorskie banki są posiadaczami polis ubezpieczeniowych dla swoich pracowników, których łączna wartość ma wynosić 680 miliardów dolarów. Co ważne, w razie wypadku firmy ubezpieczeniowe nie wypłacą tych pieniędzy rodzinom zmarłych, lecz właśnie bankom (bank-owned life insurance - BOLI).
Wielu zmarłych w ostatnim czasie osób powiązanych z sektorem bankowym to były osoby młode, które często nie skończyły 35 lat. Prawdopodobieństwo śmierci w ich przypadku nie było wysokie, stąd ich ubezpieczenie nie było zbyt wysokie a ewentualne kwoty do wypłaty znaczące. Większość zmarłych to byli młodzi ludzie cieszący się dobrym zdrowiem, do tego dopiero zaczynający karierę. W przypadku samobójstw, były one zaskoczeniem dla ich rodzin, nikt nie widział u nich jakichkolwiek oznak depresji, jedyne co ich łączyło to powiązania z sektorem bankowym.
Teoria wydaje się być szokująca i jeśli jest prawdziwa, pokazuje jak brutalnymi i bezwzględnymi regułami rządzi świat finansów. Według autorów tej teorii banki mają w ten sposób ratować się przed bankructwem. Kto jednak uchroni przed bankructwem firmy ubezpieczeniowe, które przecież także są powiązane z bankami?
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
Fragment powieści "Kod Władzy": Rozdział 30 Wewelsburg, Niemcy
Poprzedni rozdział
Granatowe audi toczyło się spokojnie asfaltową drogą. Był piękny, piątkowy wieczór, jeden z tych, które najlepiej spędzić, spacerując po plaży lub podziwiając panoramę gór. Poprzedniego dnia Marc i Kajetan bez specjalnych problemów odzyskali samochód. Marc miał wrażenie, że wypadek czarnego bmw przekonał policję do zamknięcia sprawy. Rzeczywiście było prawdopodobne, że ten sam sprawca, który potencjalnie ukradł ich samochód, ukradł następny, po czym nieszczęśliwie rozbił go podczas ucieczki przed pościgiem. Komisarz, który wydawał się być znajomym Kajetana, dopełnił formalności, zastrzegając, że w każdej chwili może ich wezwać w sprawie dodatkowych wyjaśnień. Wrócili nad jezioro po swoje rzeczy. Serdecznie pożegnali się z Kajetanem. Musieli przyznać, że przypadł im do gustu. Spokojny, uprzejmy, inteligentny był dla nich symbolem polskiej gościnności. Bardzo go polubili i mieli nadzieję utrzymywać kontakt nie tylko ze względu na podjętą misję.
Wyjechali do Wewelsburga zgodnie z sugestią Kajetana. Czekało ich kilka fascynujących dni.
Podróż była spokojna. Śpiąca na przednim siedzeniu Monik otwarła oczy. Samochód minął stojącą przy drodze zieloną tablicę – Paderborn 25 km.
– O, dojeżdżamy… – ucieszyła się Monik. – Długo spałam?
– Gdybyś się nie obudziła, dojechałbym pewnie do Barcelony. – Uśmiechnął się do niej Marc.
– Nie żartuj… Więc jak długo?
– Ach, jakieś dwie godziny – odpowiedział. – Wypoczęłaś trochę.
– To prawda, a ty – zaniepokoiła się – czy jesteś bardzo zmęczony?
– Nie, nie jestem. Ważne, że jesteśmy na miejscu. Wiesz, mam propozycję – może podjedziemy na chwilę do zamku? O tej porze musi wyglądać malowniczo. Później znajdziemy jakiś hotel.
– OK, jestem za – odpowiedziała.
Zbliżali się do zamku. Świadczył o tym brązowy drogowskaz. Nagle z dużą prędkością minęła ich elegancka, złota limuzyna.
– A cóż to za oryginalny pojazd? – zapytała Monik.
– Rolls-Royce Phantom IV – odpowiedział Marc. – W Niemczech to dosyć rzadki samochód. Trochę ekscentryczny, nieprawdaż?
– Zabawny, ale coś w nim jest wytwornego – odpowiedziała Monik.
Jej ostatnie słowa zagłuszył hałas spowodowany przez silnik przelatującego nad nimi czarnego helikoptera. Przeleciał nad samochodem, kierując się w stronę zamku.
Ledwo ucichł jego silnik, gdy podobny dźwięk ponownie zaczął narastać. Z drugiej strony nadleciał kolejny helikopter. Nie różnił się wiele od poprzedniego. Oba były sporych rozmiarów jak na cywilne maszyny. Przeleciał nad drogą, którą jechali i podążył w znanym im już kierunku.
– A cóż to? Zlot czarownic? – zażartowała Monik.
– Trochę tak to wygląda – roześmiał się Marc. – W zamku jest teraz muzeum, a pora na jego zwiedzanie trochę późna. Może to jakiś korytarz lotniczy dla helikopterów?
– To może dla Rolls-Royce’ów też. Przejeżdżają tu średnio dwa razy dziennie – zaśmiała się Monik.
Do zamku pozostało im zaledwie kilka kilometrów. Nie opuszczał ich dreszcz emocji w związku z pojawiającą się perspektywą obcowania z tym niezwykłym obiektem. Takie tajemnicze miejsca budziły nie tylko zainteresowanie, ale niejednokrotnie wyzwalały w osobach, które się w nich znalazły, niedoświadczane wcześniej emocje. Najczęściej energia krwawej historii cywilizacji gromadziła się w miejscach takich jak to, do którego właśnie zmierzali.
Samochód skręcił w drogę prowadzącą bezpośrednio do zamku. Marc jechał wolno, rozglądając się uważnie dookoła. Na drodze dojazdowej wyprzedził go mercedes klasy S. Nagle samochód jadący przed nimi zatrzymał się, gdyż drogę zagrodził mu drewniany szlaban. Do kierowcy mercedesa podszedł mężczyzna ubrany w czarny mundur ze srebrnymi dodatkami. Rozmawiali ze sobą dłuższą chwilę, po czym mężczyzna w mundurze krzyknął coś do kogoś niewidocznego zza samochodu. Szlaban podniósł się i pojazd pojechał dalej. Marc również podjechał do szlabanu. Stało przy nim dwóch postawnych funkcjonariuszy ochrony. Na lewych przedramionach mieli dużą odznakę przyszytą do munduru z napisem Straż Zamkowa. Jeden z nich podszedł do samochodu. Marc opuścił szybę.
– Państwo na spotkanie? – zapytał strażnik.
– Na spotkanie? – powtórzył za nim Marc.
– Hasło poproszę – powiedział służbowo strażnik.
– My nie na spotkanie. Chcieliśmy po prostu rzucić okiem na wasz piękny zamek w blasku zachodzącego słońca – stwierdził przyjaźnie Marc.
– Przykro mi bardzo – życzliwiej odezwał się strażnik – ale dziś musicie państwo podziwiać zamek z oddali. Wieczorem odbywa się zamknięte spotkanie. Zapraszamy pojutrze. Jutro niestety również będzie zamknięte. Proszę zawrócić. Dobranoc państwu.
– A cóż to za spotkanie? – zapytał Marc, którego nie opuszczała dziennikarska ciekawość.
– Nie jestem upoważniony do udzielania takich informacji – odpowiedział strażnik. – Proszę odjechać.
– W porządku – odparł Marc – już odjeżdżamy. Dobranoc.
Zawrócił. Powoli oddalali się od zamku.
– A nie mówiłam, że to jakiś zjazd czarownic? – powiedziała Monik.
– Masz intuicję. Wiesz co, zatrzymamy się na kawę w tym zajeździe. Co ty na to?
Marc zwolnił. Przy drodze stała stara gospoda. Wyglądała zachęcająco, jej elewacja pomalowana była na wrzosowo. Przed nią zaparkowany był tylko jeden samochód. Nad restauracją widniał napis Hotel Pod Łabędziem.
– Znakomity pomysł… – powiedziała Monik. – Jaka szkoda, że nas nie wpuszczono. Ale chyba możemy się tu zatrzymać. To bliziutko zamku.
Weszli do środka. Przytulne wnętrze zachęcało do pozostania w nim.
Nie dostrzegli żadnych gości, wybrali stolik. Chwilę czekali, aż ktoś ich obsłuży.
Do stolika podszedł starszy, uśmiechnięty mężczyzna. Trochę tęgi, ubrany w regionalny strój, wyglądał na zadowolonego z pojawienia się klientów.
– Dobry wieczór, mili państwo. Na nocleg czy tylko coś zjeść? – zapytał miło.
– Rozumiem, że nocleg będzie darmową nagrodą za porządne zamówienie? – zażartował Marc.
– Tak dobrze to nie ma – zaśmiał się gospodarz – ale coś tam na pewno wymyślę dla was. Może śniadanko za darmo?
Marc pytająco spojrzał na Monik. W jej oczach zobaczył, że miejsce jej odpowiada. Jemu samemu również przypadło do gustu.
– Dobrze, w takim razie poprosimy o pokój – zawahał się Marc.
Właściwie nie byli razem, a wspólny pokój na Mazurach był wynikiem „wyższej” konieczności. Wciąż nie potrafił przyzwyczaić się do tak bliskiego kontaktu z Monik, mając w głowie obraz jej ojca. Zastanawiał się, kiedy uda mu się to przezwyciężyć.
– Poprosimy na razie dwie dobre kawy i jakieś miejscowe ciasto – dodał szybko.
Monik uśmiechnęła się, spostrzegając jego zmieszanie. Przyzwyczaiła się już do jego obecności, więc zachowanie Marca nie zdziwiło jej. Pewnie nie miał nic złego na myśli.
Chwilę czekali na kawę. W międzyczasie odświeżyli się, a gospodarz podał im aromatyczny napój i zamówione smakołyki.
– Czy może wie pan, dlaczego nie wpuścili nas dziś na zamek? – zapytał Marc. – Nie wiedziałem, że można wynająć go na zamknięte imprezy.
Gospodarz zadumał się na chwilę. Uśmiech zniknął z jego twarzy.
– E… panie… to jakaś dziwna historia – powiedział. – Od lat zjeżdżają się tu… Zamykają wtedy zamek na dwa dni. Tracę klientów… Obstawiają cały teren i nikogo nie wpuszczają. Tak jak dziś. Nie wiem, kto tam po nocach tańcuje, ale to chyba jakieś ważne „szyszki”. Przylatują helikopterami, przyjeżdżają limuzynami z obstawą.
– Ale kto ten teren obstawia? Policja? – zapytała Monik.
– Nie… policja nie… Jacyś ich… ja wiem… tajniacy. Raz tylko policja tu była, dwa lata temu coś się musiało stać… Wszystko odbywa się w tajemnicy. Mieliście pecha, że to właśnie dziś i jutro. Chyba że zatrzymacie się do niedzieli? – zapytał z życzliwym uśmiechem. – Mamy wygodne pokoiki, a w nich słodkie łóżeczka – spojrzał na Monik znacząco.
– No kto wie, kto wie… takie tu sympatyczne chłopaki. – Uśmiechnęła się. – Może damy się skusić.
– To smacznego. – Odszedł, znikając za drzwiami kuchni.
Marc pomyślał o wyborze pokoi. Najchętniej zmieniłby hotel. Cóż sobie pomyśli ten człowiek, jak wezmą dwa pokoje. Jego męska duma narażona została na dyshonor.
– No ładnie – zaśmiała się Monik. – Chyba nie masz wyboru i będziesz musiał wziąć jeden pokój.
„Ależ mnie wyczuła” – pomyślał. – Rozumiem, że chcesz mi uratować honor – powiedział – ale co zrobisz, jak będzie tylko jedno wielkie łóżko?
– No wiesz, kobiety są teraz bardzo wyemancypowane – śmiejąc się, spojrzała mu głęboko w oczy.
Zmieszał się.
– Wiesz co, zostawię tę decyzję tobie, skoro taka jesteś odważna. Najwyżej twój papa wyrzuci mnie z pracy – odparł poirytowany.
– Nie przejmuj się, taki geniusz znajdzie pracę wszędzie – Monik najwyraźniej bawiła się jego zmieszaniem.
– Już dość tych żartów – powiedział Marc. – Co sądzisz o tym, co powiedział ten człowiek? Nie wydaje ci się to wszystko trochę dziwne?
– Nie wiem jak ty Marc, ale ja mam wrażenie, że powinniśmy natychmiast wsiąść na jakąś miotłę i cichutko polecieć zobaczyć, co się tam dzieje.
– Szczerze mówiąc, mnie też przyszło to do głowy. Wygląda na to, że wybierzemy się na nocną wycieczkę.
– No to do dzieła. Pójdę zamówić to spanie – spojrzała na niego z uśmiechem – a ty idź po nasze bagaże do samochodu. Poczekam na ciebie w holu na dole. Przebierzemy się w coś stosownego na ten bal czarownic i pójdziemy na zamek.
– Dobrze – odpowiedział – idę.
Wyszedł przed hotel i odetchnął głęboko.
Użył pilota samochodu i klapa bagażnika podniosła się do góry. Zabrał rzeczy swoje i Monik. Wszedł do holu. Czekała na niego z kluczem w ręku.
– Chodź. – Uśmiechnęła się.
Poszedł za nią na górę. Zatrzymała się przed drzwiami pokoju. Klucz zazgrzytał w starym zamku. Otworzyła drzwi. Weszła pierwsza, on podążył za nią. Pod ścianą stało wielkie łóżko złożone z dwóch mniejszych. Pokój był bardzo przytulny. Stare meble z mnóstwem bibelotów tworzyły nastrój tego miejsca. Stanął z bagażami za nią. Odwróciła się.
– Nie wiem, jak się skończy nasza nocna przygoda. Może będę się bała. – Uśmiechnęła się zalotnie. – Nie powinnam wówczas sama spać. Nie możesz mnie zostawiać. Papa byłby niezadowolony.
Stał milcząc. Jej żarty wcale nie wydały mu się zabawne. „Papa” mógł go nie tylko zwolnić, ale i ośmieszyć w szeroko pojętym środowisku dziennikarskim.
– Wiesz, zawsze możesz rozsunąć te łóżka – pocieszyła go.
Marc postawił bagaże. Czekała go fascynująca, pełna niespodzianek noc.
Granatowe audi toczyło się spokojnie asfaltową drogą. Był piękny, piątkowy wieczór, jeden z tych, które najlepiej spędzić, spacerując po plaży lub podziwiając panoramę gór. Poprzedniego dnia Marc i Kajetan bez specjalnych problemów odzyskali samochód. Marc miał wrażenie, że wypadek czarnego bmw przekonał policję do zamknięcia sprawy. Rzeczywiście było prawdopodobne, że ten sam sprawca, który potencjalnie ukradł ich samochód, ukradł następny, po czym nieszczęśliwie rozbił go podczas ucieczki przed pościgiem. Komisarz, który wydawał się być znajomym Kajetana, dopełnił formalności, zastrzegając, że w każdej chwili może ich wezwać w sprawie dodatkowych wyjaśnień. Wrócili nad jezioro po swoje rzeczy. Serdecznie pożegnali się z Kajetanem. Musieli przyznać, że przypadł im do gustu. Spokojny, uprzejmy, inteligentny był dla nich symbolem polskiej gościnności. Bardzo go polubili i mieli nadzieję utrzymywać kontakt nie tylko ze względu na podjętą misję.
Wyjechali do Wewelsburga zgodnie z sugestią Kajetana. Czekało ich kilka fascynujących dni.
Podróż była spokojna. Śpiąca na przednim siedzeniu Monik otwarła oczy. Samochód minął stojącą przy drodze zieloną tablicę – Paderborn 25 km.
– O, dojeżdżamy… – ucieszyła się Monik. – Długo spałam?
– Gdybyś się nie obudziła, dojechałbym pewnie do Barcelony. – Uśmiechnął się do niej Marc.
– Nie żartuj… Więc jak długo?
– Ach, jakieś dwie godziny – odpowiedział. – Wypoczęłaś trochę.
– To prawda, a ty – zaniepokoiła się – czy jesteś bardzo zmęczony?
– Nie, nie jestem. Ważne, że jesteśmy na miejscu. Wiesz, mam propozycję – może podjedziemy na chwilę do zamku? O tej porze musi wyglądać malowniczo. Później znajdziemy jakiś hotel.
– OK, jestem za – odpowiedziała.
Zbliżali się do zamku. Świadczył o tym brązowy drogowskaz. Nagle z dużą prędkością minęła ich elegancka, złota limuzyna.
– A cóż to za oryginalny pojazd? – zapytała Monik.
– Rolls-Royce Phantom IV – odpowiedział Marc. – W Niemczech to dosyć rzadki samochód. Trochę ekscentryczny, nieprawdaż?
– Zabawny, ale coś w nim jest wytwornego – odpowiedziała Monik.
Jej ostatnie słowa zagłuszył hałas spowodowany przez silnik przelatującego nad nimi czarnego helikoptera. Przeleciał nad samochodem, kierując się w stronę zamku.
Ledwo ucichł jego silnik, gdy podobny dźwięk ponownie zaczął narastać. Z drugiej strony nadleciał kolejny helikopter. Nie różnił się wiele od poprzedniego. Oba były sporych rozmiarów jak na cywilne maszyny. Przeleciał nad drogą, którą jechali i podążył w znanym im już kierunku.
– A cóż to? Zlot czarownic? – zażartowała Monik.
– Trochę tak to wygląda – roześmiał się Marc. – W zamku jest teraz muzeum, a pora na jego zwiedzanie trochę późna. Może to jakiś korytarz lotniczy dla helikopterów?
– To może dla Rolls-Royce’ów też. Przejeżdżają tu średnio dwa razy dziennie – zaśmiała się Monik.
Do zamku pozostało im zaledwie kilka kilometrów. Nie opuszczał ich dreszcz emocji w związku z pojawiającą się perspektywą obcowania z tym niezwykłym obiektem. Takie tajemnicze miejsca budziły nie tylko zainteresowanie, ale niejednokrotnie wyzwalały w osobach, które się w nich znalazły, niedoświadczane wcześniej emocje. Najczęściej energia krwawej historii cywilizacji gromadziła się w miejscach takich jak to, do którego właśnie zmierzali.
Samochód skręcił w drogę prowadzącą bezpośrednio do zamku. Marc jechał wolno, rozglądając się uważnie dookoła. Na drodze dojazdowej wyprzedził go mercedes klasy S. Nagle samochód jadący przed nimi zatrzymał się, gdyż drogę zagrodził mu drewniany szlaban. Do kierowcy mercedesa podszedł mężczyzna ubrany w czarny mundur ze srebrnymi dodatkami. Rozmawiali ze sobą dłuższą chwilę, po czym mężczyzna w mundurze krzyknął coś do kogoś niewidocznego zza samochodu. Szlaban podniósł się i pojazd pojechał dalej. Marc również podjechał do szlabanu. Stało przy nim dwóch postawnych funkcjonariuszy ochrony. Na lewych przedramionach mieli dużą odznakę przyszytą do munduru z napisem Straż Zamkowa. Jeden z nich podszedł do samochodu. Marc opuścił szybę.
– Państwo na spotkanie? – zapytał strażnik.
– Na spotkanie? – powtórzył za nim Marc.
– Hasło poproszę – powiedział służbowo strażnik.
– My nie na spotkanie. Chcieliśmy po prostu rzucić okiem na wasz piękny zamek w blasku zachodzącego słońca – stwierdził przyjaźnie Marc.
– Przykro mi bardzo – życzliwiej odezwał się strażnik – ale dziś musicie państwo podziwiać zamek z oddali. Wieczorem odbywa się zamknięte spotkanie. Zapraszamy pojutrze. Jutro niestety również będzie zamknięte. Proszę zawrócić. Dobranoc państwu.
– A cóż to za spotkanie? – zapytał Marc, którego nie opuszczała dziennikarska ciekawość.
– Nie jestem upoważniony do udzielania takich informacji – odpowiedział strażnik. – Proszę odjechać.
– W porządku – odparł Marc – już odjeżdżamy. Dobranoc.
Zawrócił. Powoli oddalali się od zamku.
– A nie mówiłam, że to jakiś zjazd czarownic? – powiedziała Monik.
– Masz intuicję. Wiesz co, zatrzymamy się na kawę w tym zajeździe. Co ty na to?
Marc zwolnił. Przy drodze stała stara gospoda. Wyglądała zachęcająco, jej elewacja pomalowana była na wrzosowo. Przed nią zaparkowany był tylko jeden samochód. Nad restauracją widniał napis Hotel Pod Łabędziem.
– Znakomity pomysł… – powiedziała Monik. – Jaka szkoda, że nas nie wpuszczono. Ale chyba możemy się tu zatrzymać. To bliziutko zamku.
Weszli do środka. Przytulne wnętrze zachęcało do pozostania w nim.
Nie dostrzegli żadnych gości, wybrali stolik. Chwilę czekali, aż ktoś ich obsłuży.
Do stolika podszedł starszy, uśmiechnięty mężczyzna. Trochę tęgi, ubrany w regionalny strój, wyglądał na zadowolonego z pojawienia się klientów.
– Dobry wieczór, mili państwo. Na nocleg czy tylko coś zjeść? – zapytał miło.
– Rozumiem, że nocleg będzie darmową nagrodą za porządne zamówienie? – zażartował Marc.
– Tak dobrze to nie ma – zaśmiał się gospodarz – ale coś tam na pewno wymyślę dla was. Może śniadanko za darmo?
Marc pytająco spojrzał na Monik. W jej oczach zobaczył, że miejsce jej odpowiada. Jemu samemu również przypadło do gustu.
– Dobrze, w takim razie poprosimy o pokój – zawahał się Marc.
Właściwie nie byli razem, a wspólny pokój na Mazurach był wynikiem „wyższej” konieczności. Wciąż nie potrafił przyzwyczaić się do tak bliskiego kontaktu z Monik, mając w głowie obraz jej ojca. Zastanawiał się, kiedy uda mu się to przezwyciężyć.
– Poprosimy na razie dwie dobre kawy i jakieś miejscowe ciasto – dodał szybko.
Monik uśmiechnęła się, spostrzegając jego zmieszanie. Przyzwyczaiła się już do jego obecności, więc zachowanie Marca nie zdziwiło jej. Pewnie nie miał nic złego na myśli.
Chwilę czekali na kawę. W międzyczasie odświeżyli się, a gospodarz podał im aromatyczny napój i zamówione smakołyki.
– Czy może wie pan, dlaczego nie wpuścili nas dziś na zamek? – zapytał Marc. – Nie wiedziałem, że można wynająć go na zamknięte imprezy.
Gospodarz zadumał się na chwilę. Uśmiech zniknął z jego twarzy.
– E… panie… to jakaś dziwna historia – powiedział. – Od lat zjeżdżają się tu… Zamykają wtedy zamek na dwa dni. Tracę klientów… Obstawiają cały teren i nikogo nie wpuszczają. Tak jak dziś. Nie wiem, kto tam po nocach tańcuje, ale to chyba jakieś ważne „szyszki”. Przylatują helikopterami, przyjeżdżają limuzynami z obstawą.
– Ale kto ten teren obstawia? Policja? – zapytała Monik.
– Nie… policja nie… Jacyś ich… ja wiem… tajniacy. Raz tylko policja tu była, dwa lata temu coś się musiało stać… Wszystko odbywa się w tajemnicy. Mieliście pecha, że to właśnie dziś i jutro. Chyba że zatrzymacie się do niedzieli? – zapytał z życzliwym uśmiechem. – Mamy wygodne pokoiki, a w nich słodkie łóżeczka – spojrzał na Monik znacząco.
– No kto wie, kto wie… takie tu sympatyczne chłopaki. – Uśmiechnęła się. – Może damy się skusić.
– To smacznego. – Odszedł, znikając za drzwiami kuchni.
Marc pomyślał o wyborze pokoi. Najchętniej zmieniłby hotel. Cóż sobie pomyśli ten człowiek, jak wezmą dwa pokoje. Jego męska duma narażona została na dyshonor.
– No ładnie – zaśmiała się Monik. – Chyba nie masz wyboru i będziesz musiał wziąć jeden pokój.
„Ależ mnie wyczuła” – pomyślał. – Rozumiem, że chcesz mi uratować honor – powiedział – ale co zrobisz, jak będzie tylko jedno wielkie łóżko?
– No wiesz, kobiety są teraz bardzo wyemancypowane – śmiejąc się, spojrzała mu głęboko w oczy.
Zmieszał się.
– Wiesz co, zostawię tę decyzję tobie, skoro taka jesteś odważna. Najwyżej twój papa wyrzuci mnie z pracy – odparł poirytowany.
– Nie przejmuj się, taki geniusz znajdzie pracę wszędzie – Monik najwyraźniej bawiła się jego zmieszaniem.
– Już dość tych żartów – powiedział Marc. – Co sądzisz o tym, co powiedział ten człowiek? Nie wydaje ci się to wszystko trochę dziwne?
– Nie wiem jak ty Marc, ale ja mam wrażenie, że powinniśmy natychmiast wsiąść na jakąś miotłę i cichutko polecieć zobaczyć, co się tam dzieje.
– Szczerze mówiąc, mnie też przyszło to do głowy. Wygląda na to, że wybierzemy się na nocną wycieczkę.
– No to do dzieła. Pójdę zamówić to spanie – spojrzała na niego z uśmiechem – a ty idź po nasze bagaże do samochodu. Poczekam na ciebie w holu na dole. Przebierzemy się w coś stosownego na ten bal czarownic i pójdziemy na zamek.
– Dobrze – odpowiedział – idę.
Wyszedł przed hotel i odetchnął głęboko.
Użył pilota samochodu i klapa bagażnika podniosła się do góry. Zabrał rzeczy swoje i Monik. Wszedł do holu. Czekała na niego z kluczem w ręku.
– Chodź. – Uśmiechnęła się.
Poszedł za nią na górę. Zatrzymała się przed drzwiami pokoju. Klucz zazgrzytał w starym zamku. Otworzyła drzwi. Weszła pierwsza, on podążył za nią. Pod ścianą stało wielkie łóżko złożone z dwóch mniejszych. Pokój był bardzo przytulny. Stare meble z mnóstwem bibelotów tworzyły nastrój tego miejsca. Stanął z bagażami za nią. Odwróciła się.
– Nie wiem, jak się skończy nasza nocna przygoda. Może będę się bała. – Uśmiechnęła się zalotnie. – Nie powinnam wówczas sama spać. Nie możesz mnie zostawiać. Papa byłby niezadowolony.
Stał milcząc. Jej żarty wcale nie wydały mu się zabawne. „Papa” mógł go nie tylko zwolnić, ale i ośmieszyć w szeroko pojętym środowisku dziennikarskim.
– Wiesz, zawsze możesz rozsunąć te łóżka – pocieszyła go.
Marc postawił bagaże. Czekała go fascynująca, pełna niespodzianek noc.
piątek, 25 kwietnia 2014
Najdziwniejsze nagrania z UFO w tle
Niezidentyfikowane obiekty latające - NOL a częściej znane ze swojego angielskiego odpowiednika, UFO. Czy tajemnicze obiekty obserwowane na całym świecie to zupełnie przypadkowa gra świateł albo nieświadomie sfilmowany przelatujący samolot? A może jednak w historiach o obcych pojazdach jest ziarenko prawdy?
Subskrybuj:
Posty (Atom)











