poniedziałek, 23 marca 2015

Fragment powieści "Kod Władzy". Rozdział 16 Zamek Hochosterwitz. Austria

www.yunphoto.net


Marc obudził się. Nerwowo spojrzał na zegarek. Dwudziesta druga dwadzieścia. Zerwał się z łóżka. Sięgnął po telefon. Ręce mu drżały. Przyłożył słuchawkę do ucha. Czuł, jak głośno bije mu serce. – Osoba, do której dzwonisz, jest poza zasięgiem sieci lub ma wyłączony telefon – zabrzmiał komunikat. Wybrał jeszcze jeden numer.
– Witaj, macie jakieś wiadomości od Monik? – zapytał nerwowo. – Nie? Czemu jestem taki nerwowy? Nie, nie jestem – starał się uspokoić, by nie denerwować niepotrzebnie jej rodziców. – No wiesz, jak to jest... po prostu, tęsknię – starał się być spokojny. – Dobrze, zadzwonimy do was jutro. – „Mam nadzieję” – pomyślał. – Dobranoc. U mnie? U mnie wszystko w porządku. Śpijcie dobrze – pożegnał się szybko. Zastanawiał się przez chwilę. Wszedł do łazienki, przyczesał włosy, spoglądając do lustra. Był blady. Potarł rękami twarz, by pobudzić krążenie krwi. Wszedł do komnaty. Ubrał buty i kurtkę. Wychodząc z pokoju, dotknął kieszeni kurtki. Sprawdził, czy ma w niej telefon.
– Jest, w porządku – uspokoił się. Po schodach schodził ostrożnie. Czuł, jak drżą mu kolana. Był zdenerwowany. Wyszedł na dziedziniec. Panował na nim gęsty mrok. Światła, których iluminofonia oświetlała wczoraj elewację zamku, były wyłączone. Na dziedziniec sączyło się jedynie ponure światło, kołyszącej się w rytm powiewów wiatru, dużej lampy, zawieszonej tuż nad wejściem do budynku. Marc zmrużył oczy. Niewiele widział. Przeszedł po omacku kilka kroków. Miał nadzieję, że spotka kogoś, kto pomoże mu dostać się do samochodu. Chciał pojechać na lotnisko szukać Monik. Potem być może na policję. Wiedział, że musi coś zrobić. Nie mógł czekać bezczynnie do rana. Rozejrzał się dookoła. W oddali pod murem, w kierunku ostatniej, czternastej bramy, kilku mężczyzn poganiało grupę osób idących parami. Tłoczyli się. Marc stanął jak wryty.
– Jezu, co to? Ruszył do przodu. Prawie biegł. Idący ludzie, jak mu się wydawało, przyspieszyli. Niewielki konwój poruszał się szybciej, tak jakby miał zniknąć, zanim Marc do niego dotrze. W chwili gdy dobiegał do grupy osób, pierwsi ludzie zaczęli znikać w murze bramy. Marc nie potrafił dostrzec, gdzie wchodzili. Załapał za rękaw najbliższego konwojenta.
– Co wy robicie! – krzyknął i zaraz zamilkł, spoglądając na twarz wysokiego mężczyzny idącego w ostatniej parze. Zastygł. Spojrzał w oczy człowieka, który wydawał mu się znajomy. Jego oczy były dziwne... jakby półprzytomne.
– Ależ... to ty? – Marc starał się szybko skupić. – Tom!... Boże, to ty, Tom! Szukałem ciebie i twojej żony... jak zniknęliście na zamku Czocha. Jezu! Tom... co ci jest? Konwojent pchnął człowieka, do którego zwrócił się Marc. Spojrzał na niego.
– Odejdź! Natychmiast odejdź! – krzyknął do niego po angielsku. – Wynoś się!
Odepchnął go mocno od siebie. Marc zatoczył się. Zrobił gest rękoma, jakby chciał się czegoś złapać. Nie znalazł jednak w mroku nocy niczego, co mogłoby mu pomóc. Odchylił się mocno. Zachwiał się. Upadł do tyłu. Uderzył głową o coś twardego.
Zemdlał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Podziel się swoimi uwagami

- See more at: http://pomocnicy.blogspot.com/2013/04/jak-dodac-informacje-o-ciasteczkach-do.html#sthash.uAMCuvtT.dpuf