wtorek, 12 maja 2015

Pamiętacie Terminatora? NSA realizuje prawdziwy program SKYNET!

Po raz kolejny mamy do czynienia z sytuacją kiedy to mroczna przyszłość opisywana na stronicach powieści science-fiction bądź w filmach niezbezpiecznie staje się rzeczywistością. Po raz kolejny też ta mroczna przyszłość ma związek z nowymi technologiami testowanymi gdzieś w podziemiach rządowych agencji. Tym razem niezbezpiecznym projektem jest system, który nosi nazwę Skynet.



Jak podaje serwis śledczy 'Intercept' agencja NSA dysponuje programem o takiej samej nazwie.Zamiast jednak kontrolować rakiety balistyczne pracujący dla NSA Skynet analizuje metadane pochodzące z rozmów telefonicznych, wiadomości email a także miejsc, w których dana osoba się znajduje.

Ofiarą Skynet stał się pochodzący z Syrii dziennikarz Al-Jazeery Ahmad Muaffaq Zaidan, którego system uznał za członka Al-Kaidy i umieścił na amerykańskiej liście terrorystów. Powodem były lokalizacje w jakich Zaidan przebywał, miały się one bowiem pokrywać z trasami jakie pokonywali kurierzy Al-Kaidy. Dzieje się tak ponieważ komputer analizując dany problem zadaje pytanie np. kto pokonywał daną trasę w danym okresie - w przypadku dziennikarza, który pracuje jako korespondent wojenny niejednokrotnie takie sytuacje się zdarzały, stąd Skynet zakwalifikował go na liście terrorystów.


Zaidan stanowczo zaprzeczył podobnym teoriom, jego wiarygodnośc potwierdzają także inni dziennikarze. Informacje o umieszczeniu go na liście pochodzą z dokumentów, które ujawnił Edward Snowden, co istotne, według informacji z wywiadu USA, osoby umieszczane na listach terrorystów były zwyczajnie zabijane.  Pracownicy NSA odmówili komentarza w sprawie domniemanej współpracy dziennikarza z Al-Kaidą.



poniedziałek, 11 maja 2015

Fragment powieści "Tajemnica 14 Bramy": Rozdział 25 Zamek Hochosterwitz. Austria



Marc obudził się. Spał długo. Wydarzenia poprzedniej nocy zmęczyły go. Stracił orientację. Nie wiedział, co się dzieje na zamku. Jego misja rozsypała się w gruzy. Bolała go głowa. Spojrzał na zegarek. Dochodziła dwunasta w południe. Pomyślał o Monik. To ona był dla niego najważniejsza. Przywołując ją, nie martwił się swoją obolałą głową i poczuciem niezrealizowanego zadania. Postanowił zebrać się w sobie i zacząć jej szukać. Wstał. Poszedł do łazienki. Ogolił się i odświeżył biorąc prysznic. Ubrał się i po chwili wyszedł na korytarz. Zabrał ze sobą kluczyki do samochodu. Zajrzał do pustej restauracji. Usiadł na chwilę, zamawiając kawę. Uprzejmy kelner zapytał go, czy ma ochotę coś zjeść. Odmówił. Podwyższona adrenalina wyeliminowała poczucie głodu. Pijąc kawę planował, co będzie robił. Postanowił pojechać na lotnisko. Skoro Monik miała przylecieć do niego, to z pewnością znalazła się na lotnisku w Klagenfurcie. Będzie musiał przekonać obsługę lotów do mówienia, by dowiedzieć się, czy przyleciała. A jeżeli znalazła się na miejscu, to musiała się gdzieś zatrzymać. „Może po prostu ukradziono jej telefon albo gdzieś go zostawiła – pocieszał się w myślach. – Może moje zdenerwowanie jest nieuzasadnione?” Uspokoił się trochę. Na zamek, w którym przebywał, nie zo- stałaby przecież wpuszczona. Wrócił myślami do miejsca swojego pobytu. Miał w pamięci wydarzenia tamtej nocy. Niewiele z nich rozumiał. Wróci do tego, jak tylko znajdzie Monik. Przypomniał sobie misję, z którą tu przyjechał. Miał obserwować spotkanie. Tajne spotkanie, na którym, jak przypuszczał jego szef, miały zapaść jakieś ważne postanowienia. Zupełnie nie wiedział, co się działo w tej sprawie. Czy doszło do spotkania? Kto w nim uczestniczył? Czy rzeczywiście temat, jaki na nim poruszano, był aż tak istotny? „A może – zastanawiał się Marc – dam radę się jeszcze czegoś dowiedzieć?” Ponownie poczuł swoją obolałą głowę. Zastanawiał się, jak się dowiedzieć, czy na zamku dzieje się coś ważnego. Musi porozmawiać z kimś z obsługi. Rzadko kiedy nie można z nią czegoś załatwić, oferując banknot odpowiedniej wartości. Rzadko kiedy i rzadko gdzie. Marc dopił kawę. Wyszedł na dziedziniec. Przyjemnie grzejące słońce, oświetlało go intensywnie swym blaskiem. Miał świadomość, że przez setki lat przez ten dziedziniec przechodzili ludzie. Zawsze miał poczucie czyjejś obecności, gdy tylko przebywał w takich naznaczonych historią miejscach. Fascynowało go to niezmiennie. Rozejrzał się dookoła. Starał się dostrzec coś nadzwyczajnego, co wskazywałoby na obecność jakichś ważnych gości. Ale na zamku panował spokój. Nikt się nie kręcił. Nic nie zdradzało obecności nietypowych gości. Może poza palącymi się, mimo wczesnej pory, światłami w największej zamkowej sali. Marc ruszył w kierunku drogi prowadzącej w dół zamku. Chciał znaleźć się na parkingu, na którym stał jego samochód. Przechodząc przez czternastą bramę, zwolnił kroku. Oglądał ją uważnie, przypominając sobie wrażenie znikających w niej ludzi, prowadzonych w tajemniczym kondukcie. Przystanął na chwilę. Przyglądał się murom. Nie mógł dostrzec w nich nic dziwnego czy podejrzanego. Czegoś, co mogło sugerować jakieś tajemne przejście. Postanowił tu wrócić. Myśl o nieobecności Monik popędzała go do szybkiego pójścia w dół. Mijał kolejne zamkowe bramy. W końcu, po kilku minutach, zszedł na dół. Przed szlabanem, ogradzającym drogę na zamek od parkingu, stało czterech mężczyzn ubranych w granatowe garnitury. Ich wzrok skierowany na Marca maskowały ciemne słoneczne okulary. Marc przeszedł obok nich, skinąwszy im głową w geście pozdrowienia. Nie zatrzymali go, nie odezwali się również, dostrzegając go. Tak jakby wiedzieli, że się pojawi. Minął ich i wszedł do małej parkingowej restauracyjki. Właściwie był to niewielki bar. Siedziało w niej kilku mężczyzn i dwie kobiety. Marc podszedł do baru, za którym stał postawny, łysawy barman z charakterystycznym sumiastym wąsem. Uśmiechnął się na jego widok.

– Czym mogę służyć szanownemu panu? – zapytał życzliwie.

– Jeżeli nie zrobię kłopotu, to poproszę jedno małe piwo. Za chwilę chciałem pojechać na przejażdżkę samochodem... – usprawiedliwił się bezwiednie, odwzajemniając uśmiech.

– Ależ, jaki kłopot? – odparł barman. – Kłopot, szanowny panie, sprawili mi ci, którzy kazali zamknąć zamek dla turystów. Ba, jeszcze poinformowali ich o tym tablicami na drogach. Teraz nawet diabeł tu nie zagląda, a ja, jak można się było spodziewać, szanowny panie, nie zarabiam. Kompletna klapa – rozłożył ramiona.

Marc zanurzył usta w złocistym płynie.

– Cóż, zdążyłem się zorientować, że coś jest nie tak. Co jest powodem zamknięcia zamku? – zapytał, starając się nie wykazywać nadmiernej ciekawości.

– Co jest powodem? – powtórzył barman nachylając się o niego. – Mam na górze szwagra. Jest na zamku mechanikiem. Zawsze umiał wszystko naprawić. Jak się na nim poznali, to go natychmiast zatrudnili. Zarabia niewiele, a robi za czterech.

– Dobrze mieć takiego szwagra – Marc uśmiechnął się.

– Przydałby mi się taki.

– Wszyscy tak mówią – roześmiał się barman. – Każdy by chciał. No więc ten mój szwagier powiedział mi w tajemni cy – rozejrzał się po swoim lokalu – że na zamek przyjechało przedwczoraj parę szyszek.

– Szyszek? Jakich szyszek? – zapytał Marc.

– No jak to. To pan nie wie? – roześmiał się ponownie.

– Szyszek, to znaczy bardzo ważnych ludzi. U nas tak się mówi na kogoś, kto ma coś do gadania na tym świecie.

– Ach rozumiem. – Marc pogładził się po miejscu na głowie, które jeszcze bolało. – Jakiś mało bystry dziś jestem.

– I te szyszki, szanowny panie, zamknęły się w komnacie i gadają. Szwagier mówił... – dodał.

– O jakichś ważnych sprawach? – zainteresował się Marc.

– A pewnie, że ważnych, szanowny panie. Pilnują ich jak prezydenta USA.

– No, a może szwagier wspominał, o czym rozmawiają?

– A coś pan taki ciekawy? – zapytał barman uśmiechając się szeroko.

– Ciekawy? – powtórzył Marc. – Cholera, każdy byłby ciekawy, skoro chodzi o szyszki – zażartował.

– Ano tak – pokiwał ze zrozumieniem barman. Spojrzał na Marca z sympatią. – A już mi się wydawało, że pan to jakiś śledczy albo jakiś inny szpicel. A pan to całkiem normalny chłop jesteś. A jak jesteś... to powiem. Otóż mój szwagier został wezwany do tej sali, gdzie oni gadają, bo jeden z tych ważnych ludzi przewrócił lampę. A lampa, jak to lampa, nie chciała się zapalić, bo żarówka się potrzaskała. I wezwali szwagra, by to szybko naprawił. Zrobili sobie przerwę w tych obradach, ale i tak gadali ze sobą. Mój szwagier niegłupi jest i podsłuchał, że gadali o jakiejś chorobie...

– Ciekawe – Marc nie umiał ukryć zdziwienia. – O jakiej chorobie?

– No cóż, tak w szczegółach to ja za bardzo nie wiem, a poza tym ze szwagrem gadałem krótko. Schodził niedawno. Tuż przed panem. Wstąpił na piwko i tak mi jakoś powiedział.

– Powiedział pan, że mówił o chorobie? Czy szwagier coś jeszcze mówił?

Barman zamyślił się.

– Wie pan, jakoś tak dziwnie to powiedział.

– Tak?

– Ano, dziwnie, że jakby jak ta choroba będzie, to znajdą się i pieniądze na coś tam.

– Na coś tam czy na coś ważnego?

– A nie wiem, szanowny panie, ale to dziwne, bo mi się wydawało, że jak jest choroba, to się raczej traci pieniądze. No nie? Chyba że się gorzałkę pije, to się nie choruje. Nieprawdaż? – spojrzał na Marca, szukając w nim potwierdzenia swojej odkrywczej myśli.


– Prawdaż, prawdaż – uśmiechnął się Marc. – Święte słowa.

Marc sięgnął po portfel. Zapłacił za piwo z sutym napiwkiem.

– Miło się gawędziło. Jeżeli pan pozwoli, wrócę tu jeszcze.

– Ano pewnie, szanowny panie, cała przyjemność po mojej stronie. Będzie troszkę euro, Jesteś pan fajny gość.

– Bardzo dziękuję, proszę pozdrowić szwagra, ma pan szczęście. Taka złota rączka to prawdziwy skarb. Do zobaczenia. Marc wstał. Podał rękę barmanowi, która zniknęła w wielkiej jak bochen chleba dłoni Austriaka.

– Do widzenia szanownemu panu. Będę czekał. Marc wyszedł na parking. Podszedł do swojego samochodu. Po chwili wyjechał na asfaltową drogę. Jechał powoli w kierunku Klagenfurtu. Myślał o słowach barmana. „Więc jednak spotkanie rzeczywiście ma miejsce. Coś nad zwyczajnego się jednak dzieje na zamku. Naczelny miał rację – myślał pokonując kolejne kilometry. – Dobrze by było spotkać się z tym szwagrem. Na pewno zapamiętał ludzi zgromadzonych w odciętej od świata komnacie.” Droga wiła się wśród wzgórz. Nie było na niej ruchu. Do lotniska Marc dojechał po kilkudziesięciu minutach. Zatrzymał samochód na parkingu. Poszedł w kierunku terminala przylotów. Wchodząc do środka, rozejrzał się za tablicą z rozkładem przylotów. Musiał znaleźć linię lotniczą łączącą Klagenfurt z Hamburgiem. Przypuszczał, że przewoźnikiem będzie Lufthansa, ale chciał się upewnić. Znalazł tablicę informacyjną i zatrzymał się pod nią dłuższy moment. Czytał uważnie. Rozejrzał się zastanawiając, dokąd powinien pójść. Wybrał stanowisko odprawy lotów. Starał się być bardzo miły dla dziewczyny obsługującej przedstawicielstwo linii lotniczej. Mówił jej o tym, że zgubił telefon i że osoba, po którą miał wyjść, przyleciała do Austrii po raz pierwszy. Pewnie czuje się bardzo zagubiona, być może czekając w jakimś hotelu. Przecież mieli się tu spotkać. Daleko od domu. W nieznanej sobie okolicy. Powoli nabierał przekonania, że pomimo rygorystycznych przepisów dziewczyna mu pomoże. Sprawdzi, czy Monik przyleciała do Klagenfurtu. Dwie się, o której znalazła się na lotnisku. Będzie mógł wtedy objechać okoliczne hotele. Pewnie niewpuszczona na zamek Monik zatrzymała się w jednym z nich. Zapewne teraz cała i zdrowa zastanawia się, jak się z nim skontaktować. Jest w podobnej sytuacji jak on. Nie przewidzieli, że coś takiego może się zdarzyć. Coś najprostszego uniemożliwiło im wzajemny kontakt. Telefon komórkowy, a raczej jego brak. Marc przekonywał swoją rozmówczynię. Ta powoli mu ulegała. W końcu spojrzała do komputera. Kiwała twierdząco głową, przekazując mu jakże pożądaną przez niego wiadomość. Był jej ogromnie wdzięczny. Teraz już wiedział. Monik przyleciała do Klagenfurtu. Była w Austrii. Gdzieś niedaleko stąd. Marc postanowił sporządzić listę hoteli, do których zadzwoni, by sprawdzić, czy nie ma w nich Monik. Wiedział, co ma robić. Rozglądał się, szukając dostępu do komputera. Idąc przez hol, wyciągnął z kieszeni telefon i wybrał numer rodziców Monik. Chwilę czekał na połączenie. Zastanawiał się, co im powie, gdy zapytają, czy jest z nim w tej chwili. Może kontaktowała się z nimi? Powie im, że się jeszcze nie spotkali, bo miejsce, w którym przebywa jest niedostępne dla gości z zewnątrz. Najlepsze są najprostsze tłumaczenia. W końcu było to prawdą. Również to, że zgubił swój telefon. A telefon Monik? Może też gdzieś zniknął. Tym bardziej powinien się skontaktować z jej rodzicami. Może dzwoniła z miejskiego telefonu. I to oni uspokoją go zupełnie. Pocieszał się, czekając na połączenie. Musiał jeszcze raz wykręcić numer. W końcu dodzwonił się. Rozczarowanie. Monik nie dzwoniła. Nie wiedzieli, co się z nią dzieje. Byli już bardzo zaniepokojeni. Rozmawiał z nimi spokojnie, starając się nie rozbudzać jeszcze bardziej ich niepokoju, mimo że sam czuł się coraz bardziej zdenerwowany. Szybko zakończył rozmowę, starając się nie rozwijać wątku, bo przecież, poza swoim niepokojem, niewiele mógł im zakomunikować. Po skończonej rozmowie trzymał jeszcze jakiś czas telefon w opuszczonej ręce. Stał bezradnie na środku terminala. Po chwili znalazł informację. Poprosił o spis najbliższych hoteli. Zaszył się w niewielkiej kawiarni z długą listą telefonów, które musiał wykonać. Zamówił kawę i jakąś kanapkę na ciepło. Sprawdził stan ba terii swojego telefonu i powoli, konsekwentnie zaczął dzwonić. Nadzieja go nie opuszczała. Zakładał, że w końcu ktoś z recepcji przekaże mu oczekiwaną wiadomość. Telefonował ponad godzinę. Szybko zorientował się, że recepcjoniści nie chcą udzielać informacji. Przedstawiał się więc jako pracownik lotniska poszukujący osoby, której walizkę odnaleziono. Poskutkowało. Jego niepokój rósł w miarę jak lista hoteli, z którymi się jeszcze nie kontaktował, malała. W końcu całkowicie rozczarowany odłożył telefon po ostatniej rozmowie. To był koniec jego nadziei. Monik nie było nigdzie. Nikt nie słyszał o niej. Żaden hotel nie gościł jej u siebie. Monik zniknęła. Marc podszedł do baru. Kupił papierosy i zapalniczkę. Wyszedł przed terminal. Chłodne powietrze owiało go. Zapalił papierosa. Robił to zawsze w chwilach wielkiego stresu. Być może niewiele mu to pomagało, lecz przyzwyczajenie robiło swoje. Krył się z tym nawykiem. Nie uważał go za męskie zachowanie. Raczej jako odruch swojej słabości. Zaciągnął się głęboko. Myślał, co ma robić. Miał przy sobie fotografię Monik w telefonie komórkowym. Kiedyś, bez uprzedzenia zrobił jej zdjęcie, jak spacerowali razem po plaży. Wyglądała uroczo w promieniach zachodzącego słońca. Monik oburzyła się, kiedy zrobił to zdjęcie. Nie lubiła być zaskakiwana, ale jego mina, małego chłopca robiącego psikusa, rozbroiła ją. Pozwoliła mu zachować ten dowód wspólnej obecności w romantycznej chwili. Teraz ta przypadkowa fotografia mogła mu się bardzo przydać. Marc postanowił pochodzić po lotnisku i pokazać zdjęcie ludziom obsługującym pasażerów. Może któryś z nich coś sobie przypomni. Może będzie pamiętał Monik. Wypalił drugiego papierosa. Było mu zimno. Wszedł do terminala. Poszukał w komórce fotografii swojej dziewczyny. Zaczął się rozglądać, do kogo mógłby pójść. Dostrzegł człowieka porządkującego wózki do przewożenia bagaży. Podszedł do niego. Rozmawiał z nim chwilę. Tamten przez chwilę przyglądał się zdjęciu i przecząco kręcił głową. Marc rozmawiał z nim jeszcze chwilę przez moment, a potem razem ruszyli w kierunku najbliższego baru. Zatrzymali się w nim. Później w następnym i następnym. Widać było, że ów człowiek wyświadcza Marcowi pożądaną przysługę, kontaktując go z osobami, które znał. Chodzili tak dobrą godzinę po lotnisku. W końcu podeszli do wypożyczalni samochodów. Chłopak obsługujący klientów pokiwał głową przyglądając się fotografii. Marc złapał go za rękę podekscytowany. Chłopak coś mu tłumaczył, wskazując na drzwi wychodzące na zewnątrz terminala. Marc zastygł nieruchomo, wsłuchując się w jego relację. Towarzyszący mu mężczyzna był wyraźnie zadowolony z wypełnienia tej dobrowolnej misji. Marc odwrócił się do niego. Sięgnął do portfela i podał mu jakiś banknot. Mężczyzna początkowo kręcił przecząco głową. Marc tak długo nalegał, aż w końcu ten przyjął banknot. Podziękował mu ściskając długo jego rękę. Miał szczęście. Już wiedział, co się stało z Monik. Ale nie był pewny, czy ma się cieszyć, czy martwić. Monik zniknęła z dwoma mężczyznami, którzy wyszli po nią na lotnisko. Wyglądem przypominali strzegących zamku ochroniarzy. Był ciekawy, czy mieli z nimi coś wspólnego. Musiał znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie, a co najważniejsze, znaleźć Monik.

Fragment powieści "Tajemnica 14 Bramy": Rozdział 23 Zamek Hochosterwitz. Austria

Na stole stały dwa kieliszki wypełnione winem.
– Wierzy Eminencja w austriackie wino?
Kardynał roześmiał się, spojrzał na  człowieka, którego zaprosił do swojego pokoju.
– Jedyne w co wypada mi wierzyć, to w Pana Boga.
– Wypada?
– Każdy z  nas uprawia jakiś zawód, bez względu na  to, czy przy tym wierzy, czy nie. Ważna jest kwestia nie przekonań, a zachowań. Życie nauczyło mnie, że szczera manifestacja przekonań prowadzi czasem do cierpienia. Ważne jest, by nasze zachowania nie uderzały w nikogo. A przynajmniej... jak najmniej –  zadumał się. –  Co do  wina, produkują je na  zamku Schloss Kapfenstein. Niedaleko stąd. To zamek o nadzwyczajnym położeniu. Z  widokiem na  Węgry i  Słowenię. I z  niezłą restauracją. Z jedną gwiazdką Michelina.
– No –  uśmiechnął się –  specyficznie austriacką. A  co  do gwiazd. Otaczają one ten zamek nocą, jak srebrzysty kobierzec. Imponujący widok – westchnął.
– Mam wrażenie, że  Eminencja wspomina go z  małym rozrzewnieniem? Kardynał spojrzał zdziwiony.
– Tak? – Uśmiechnął się. – To aż tak widać? Gość kardynała skinął głową.
– No cóż, czasem człowiek zaczyna trochę żałować, że  został księdzem – powiedział z uśmiechem i zamilkł na moment.
– Ale na szczęście, to krótkie konsternacje. Przejdźmy do meritum. Chciałem – zawahał się – powrócić do naszej rozmowy. Właściwie jestem tu w zastępstwie...
– W  zastępstwie? –  gość kardynała zdziwił się. –  Jak to w zastępstwie? O ile wiem, nasze spotkania nie uwzględniają zastępstw.
– Zapewne... ale sytuacja, która doprowadziła mnie do obecności tutaj, jest nadzwyczajna. Otóż, mój przyjaciel, jednocześnie uczestnik waszych spotkań, umiera. Umiera – powtórzył – i to na dziwną chorobę. Na kilka tygodni przed dzisiejszym spotkaniem poleciał zobaczyć jakieś medyczne laboratorium. Podobno szukano w  nim szczepionek na  współczesne epidemie. Po powrocie wszystko wydawało się w  najlepszym porządku... i  nagle zasłabł. Rozchorował się szybko, a  dziś jest umierający. Poprosił mnie, bym zastąpił go tutaj. Niewiele mi mówił. Zobowiązał za to do tajemnicy.
– Rozumiem. Niczego nie wyjaśnił?
– Nie, poprosił tylko, abym go zastąpił.
Kardynał zamyślił się.
– Zapewne milczałbym, ale poruszyła mnie zapowiedź owego specyficznego kontraktu. Eksperymenty za  technologie.
Chciałbym...
– Tak?
– Chciałbym by wiedział pan, że wszystko, co zechce mi pan
powiedzieć, zostanie wyłącznie w tym pokoju.
– Jak na spowiedzi? – Gość kardynała uśmiechnął się.
Rozejrzał się po komnacie.
– Mam nadzieję, że nawet gdy nie zostanie, to dotrze tylko tam, gdzie są ludzie nam życzliwi. Przyzwyczaiłem się do tego, że nie ma miejsca, z którego nic nie wychodzi. Zamilkł na chwilę.
– O ile życzliwość jest tu dobrym słowem. – Uśmiechnął się.
– Zaryzykujmy więc –  ożywił się kardynał. –  Mówiliśmy o eksperymentach.
– Właśnie. Umówmy się jednak, że  ograniczę się do  ogólnych informacji. Nie chciałbym wnikać w  szczegóły, które mogą Eminencję przerazić.
– Przerazić? – kardynał uniósł się z fotela. Wstał.
– Jak to?
– Widzi Eminencja, życie nie przypomina najlepszych fragmentów Biblii, a  raczej Apokalipsę. Tylko nieliczni wtajemniczeni wiedzą, że  Centralna Agencja Wywiadowcza od  lat doskonali metody, pozwalające na  przejmowanie kontroli nad  ludzkim umysłem. Nad uzyskaniem wpływu na  podejmowane przez ludzi decyzje. Różnorodność tych metod jest ogromna. Od chemicznych regulatorów zachowań, poprzez metody biologiczne, aż do oddziaływania radiologicznego.
– Czy istnieje jakieś potwierdzenie?
– Ach, gdyby się postarać, można przytoczyć ich całe mnóstwo. Pewien dziennikarz, John Marks twierdził, że  dotarł pod  koniec lat siedemdziesiątych do  dokumentów, z  których wynikało, że CIA stosuje w swych badaniach nie tylko narkotyki, promieniowanie, ultradźwięki, lecz nawet psychochirurgię i  niezwykle zaawansowaną psychologię. Nie mówiąc już o zwykłym rażeniu prądem. Wszystko to w ramach programu doświadczeń nad wpływem na ludzki umysł.
– Czy będzie to niezręczne, jeśli poproszę o jakiś przykład? – delikatnie, ale stanowczo zapytał kardynał.
– Niezręczne? Ależ nie. Dziennikarz ów ujawnił na  przykład, że w 1956 roku Centralna Agencja Informacyjna prowadziła doświadczenia nad substancją zwaną bulbokapnina. Jest to narkotyk, który może wywoływać stan katatonii. Doświadczenia przeprowadzono nie tylko na  zwierzętach, ale także na  ludziach. Głównymi obiektami były małpy oraz  skazańcy przebywający w amerykańskich więzieniach. CIA interesowała się oddziaływaniem tej wyniszczającej substancji na organizm, przede wszystkim na psychikę,
– Czy ten dziennikarz wskazał jakieś przykłady stosowania tej metody?
– Ależ oczywiście, w  latach pięćdziesiątych dwaj więźniowie, których podejrzewano o  działalność szpiegowską mieli być przesłuchiwani z użyciem środków i technik wpływających na psychikę, między innymi tiopentalu, stosowanego jako lek usypiający. W większym stężeniu używa się go, jak w Stanach Zjednoczonych, jako zastrzyk śmierci. Jeden ze wspomnianych mężczyzn po podaniu tej substancji cofnął się w swej świadomości o kilkanaście lat.
– Mam wrażenie, że  w  stosunku do  szpiegów każda metoda jest dobra. Nieprawdaż? –  zastanowił się kardynał. Jego rozmówcę zdziwiła taka ocena duchownego, ale niezrażony kontynuował.
– Co najmniej usprawiedliwiona. Gorzej, gdy okazuje się, że eksperymenty były prowadzone na dzieciach, kobietach ciężarnych lub na osobach w stanie śpiączki klinicznej. Chodzi tu o wykorzystywanie osób bezbronnych, całkowicie nieświadomych tego, czemu je poddawano. Skutki eksperymentów mogły być długofalowe i niebezpieczne dla zdrowia, a nawet życia.
– To makabryczne. To bestialstwo! – uniósł się kardynał.
– Zapewne, ale to nie wszystko. Istnieją dosyć dobrze udokumentowane źródła mówiące o  doświadczeniach zarówno na pojedynczych ludziach, jak i większych grupach. Do takic zaliczają się eksperymenty polegające na  wprowadzaniu śladowych dawek plutonu do organizmu. Znanym przypadkiem był pewien pacjent przebywający w szpitalu w Bostonie. Pluton miał się również znajdować w płatkach śniadaniowych, które przekazywano dla psychicznie upośledzonych dzieci w jednej ze  szkół w  Nowej Anglii. Doświadczenia z  użyciem środków halucynogennych i metali ciężkich miały być przeprowadzane na ciężarnych kobietach, więźniach i narkomanach w różnych placówkach leczniczych. Wymienia się między innymi takie miasta jak  Lexington i  Kentucky w  Stanach Zjednoczonych, jest ich zresztą wiele. Znane są także doniesienia o  rozpyleniu bakterii, a  także napromieniowaniu pewnych obszarów miejskich. Gość kardynała zamilkł na chwilę. Sięgnął po kieliszek z winem. Odstawił go po chwili.
– Wśród częściej wymienianych projektów, których istnienie stało się wstrząsem dla społeczeństwa, kiedy informacje zaczęły się przedostawać do mediów, był High Frequency Active Auroral Research Program. Był on finansowany między innymi przez US Air Force i US Navy, czyli amerykańskie Siły Powietrzne oraz Marynarkę Stanów Zjednoczonych. Oficjalnie celem projektu miało być zrozumienie, symulowanie i  kontrola procesów zachodzących w  jonosferze, które mogą mieć wpływ na funkcjonowanie urządzeń i sieci komunikacyjnych. Zarzuty, jakie się pojawiły, nie pokrywały się z tą wersją. Jaka jest prawda...?
– A do czego miało to prowadzić?
– HAFARP jest instalacją, która może być wykorzystana na  bardzo różne sposoby. Teorie zwane spiskowymi podają, że  może być użyta jako broń elektromagnetyczna. Może ona na niewielkim obszarze skumulować energię, a następnie unieszkodliwić praktycznie każdy obiekt na  ziemi. Jako broń geofizyczna może z  kolei wywoływać trzęsienia ziemi i  inne klęski żywiołowe. Udowadniano, że pewne przypadki kataklizmów oraz wielkich awarii w miastach były efektem jej testowania. Najciekawsza jest hipoteza, według której miałoby to być urządzenie potrafiące sterować ludzkim ciałem oraz  myślami. Dziwne, niewytłumaczalne głosy, podszepty, jakie zaczęły się pojawiać u osób dotąd zdrowych, u całych zbiorowości, miały być skutkiem działania HAFARP. Jeśli tak było, to można to interpretować, co zresztą robiono, jako próbę kształtowania nowego człowieka, absolutnie uległego wobec technologii i tych, którzy są w jej posiadaniu. Człowieka, którego można naładować jak baterię, aby był skuteczniejszy.
Nie wiedziałem, że  sam padłem ofiarą tej metody
–  uśmiechnął się kardynał. –  Zważając na  mój pracoholizm. Dobrze, że tylko tak to zadziałało. Z tego co pan powiedział, wnoszę, że są gorsze przypadki.
– No cóż – uśmiechnął się nieznajomy – w końcu to tylko podobno spiskowe teorie dziejów.
– Właśnie –  odpowiedział kardynał. –  A  może zaledwie wierzchołek góry lodowej?
Mężczyzna zastanowił się przez moment.
– Posłużę się jeszcze jednym przykładem. – Spojrzał na kardynała. – Oczywiście jeżeli nie nudzę Waszej Eminencji.
– Ale skądże – zaprotestował kardynał. – Sam prosiłem o tę garść informacji. Skoro był grzech, to musi być i kara – dodał, uśmiechając się.
– Bardzo proszę.
Gość kardynała rozejrzał się ponownie po pokoju, w którym siedzieli.
– Silent Sound Spread Spectrum, czyli Poszerzone Spektrum Cichego Dźwięku. To nazwa technologii, którą po  raz pierwszy zastosowano na  większą skalę w  latach dziewięćdziesiątych. W największym skrócie, chodzi o fale elektromagnetyczne identyczne z tymi, dzięki którym działa nasz umysł. Wszystko, co robimy, jest sterowane przez centralny układ, czyli nasz mózg. A co jeśli fale te zostaną zakłócone? Jeśli mózg odbierze obce fale i uzna je jako pochodzące z własnego ciała? Podać przykład?
– Tak, poproszę. – Kardynał z coraz większym niepokojem słuchał tych niezwykłych teorii.
– W czasie wojny w Zatoce Perskiej tysiące irackich żołnierzy poddawało się bez walki... Byli znakomicie wyszkoleni, zaprawieni w bojach, mieli broń i zapasy pozwalające na stawianie długotrwałego oporu. Do tego zajęli też dobre pozycje na polu walki, siedzieli znakomicie chronieni w bunkrach. Nic nie pozwala przypuszczać, by brakowało im determinacji, wiary w  zwycięstwo, umiejętności oceny sytuacji. A  jednak wychodzili z bunkrów i poddawali się wrogim wojskom. Czy zostali poddani wpływowi, któremu nie mogli się oprzeć? Teorie głoszą, że zastosowano SSSS. Kardynał przysłuchiwał się z  rosnącym zainteresowaniem. Watykan przy swoich rozległych zainteresowaniach nie zaglądał w tę sferę kształtowania ludzkich dusz.
– Są jednak i inne obszary, w których wykorzystuje się fale radiowe. Tak zwane drony.
– Drony? A cóż to takiego? – zdziwił się kardynał.
– To bezzałogowe samoloty używane przede wszystkim w celach militarnych. Do niedawna były one kojarzone raczej z działaniami rozpoznawczymi i szpiegowskimi, z ich pomocy skorzystano między innymi przy rozpoznaniu terenu wokół domu, w którym miał przebywać Osama Bin Laden, zabity rzekomo przez Navy SEALs. O zastosowaniu bezzałogowych samolotów do celów wywiadowczych można było czytać od wielu lat. Szczególnie dużo mówiło się o użytkowanym od lat dziewięćdziesiątych General Atomics MQ-1 Predator. Początkowo Predatory wykorzystywano głównie do przeprowadzania akcji rozpoznawczych. Ale po interwencji USA w Afganistanie pojawił się pomysł, by  wykorzystać drony do  zadań bojowych. Aż do ich wycofania w 2011 roku brały one udział w akcjach na terenie Afganistanu i Iraku, lecz pojawiały się też podczas konfliktów bałkańskich.
– Czy to jakiś nowy rodzaj broni? – zainteresował się kardynał. – Można tak to nazwać. A w zasadzie zdecydowanie tak to nazwać – powtórzył. – Pomimo że z roku na rok ich aktywność wyraźnie rośnie, praktycznie do 2011 roku ciężko było znaleźć oficjalne doniesienia o zastosowaniu dronów bojowych. Gość kardynała zamilkł na chwilę. Spojrzał na zegarek. Kardynał czekał na dalszy ciąg jego relacji.
– Całej akcji nie udało się jednak na dłuższą metę utrzymać w tajemnicy, gdyż jak się okazało, ataki dronów były nieprecyzyjne i często zamiast przywódców Al-Kaidy ofiarami ataków padali przypadkowi cywile.
Mężczyzna spojrzał na kardynała.
– Czy Wasza Eminencja nie jest zmęczony? Godziny mijają szybko.
– Ależ nie, dzięki pańskiej osobie mogę dowiedzieć się czegoś, o czym nie wiedziałem. Kardynał zaczerpnął powietrza.
– Może pan przybliżyć mi, jak dokładnie wyglądają te maszyny? Aparatura szpiegowska kojarzy się powszechnie z czymś niewielkim, niedostrzegalnym. Chyba że jest to zainstalowane na pokładzie samolotów szpiegowskich.
– Drony to samoloty same w  sobie –  odpowiedział. –  Naukowcy pracują obecnie intensywnie nad dronami, które naśladując ptaki bądź owady, będą w  stanie skutecznie działać na polu walki. Obecnie Pentagon dysponuje ponad siedmioma tysiącami maszyn zbudowanych jeszcze w  poprzedniej dekadzie. Planuje jednak przeznaczyć poważne środki finansowe potrzebne do  opracowania technologii, która do  2030 roku umożliwiłaby stworzenie „much szpiegowskich”, czyli robotów wywiadowczych bardzo niewielkich rozmiarów.
– To niezwykłe –  powiedział kardynał. –  Czy uważa pan, że  nowe rozwiązania technologiczne i  udoskonalone drony, które będą w stanie przeprowadzić atak w dowolnym miejscu na świecie, sprawią, że liczba ofiar po stronie cywili zmaleje?
– Podobno celem tych technologii jest właśnie to, aby  przy  każdej następnej wojnie zmniejszać liczbę zabitych – odpowiedział mężczyzna. – Kolejnym ważnym skutkiem powszechniejszego użycia dronów jest to, że ludzie podejmować będą decyzje dotyczące życia i śmierci bez narażania własnego życia. Do tej pory silnie działał czynnik psychologiczny, gdzie żołnierz poprzez obecność na  polu walki pozostawał w  bezpośrednim kontakcie z  przeciwnikiem. Dla pilota drona ten bezpośredni kontakt znika, a  same działania zaczynają przypominać grę komputerową, gdzie postać wroga ma charakter wirtualny.
Kardynał zadumał się. Zastanawiał się nad  wypowiedzią swojego gościa. Czy pan Bóg tak wyobrażał sobie ewolucję świata? Chociaż, czy w  historii ludzkości przynajmniej przez jedno stulecie panował pokój? Czy obecna technika jest bardziej humanitarna niż miecz hoplity czy karabin żołnierza?
Kardynał westchnął głośno.
– Słuchając pana, odnoszę wrażenie, że  wprowadzenie cywilnych dronów do  kontrolowania zachodnioeuropejskich miast doskonale wpisuje się w ogólnoświatowy trend zwiększania kontroli na obywatelami. Już nie tylko podsłuchy i wszechobecne kamery będą w stanie śledzić każdy nasz krok, ale nawet poza miastem nie będziemy mogli mieć pewności, że krążący nad nami ptak nie jest przypadkiem zdalnie sterowanym robotem.
Nieznajomy wstał z fotela. Podszedł do okna.
– Świta, chyba się trochę zasiedzieliśmy.
Spojrzał na kardynała. Ten odezwał się po chwili:
– Manipulowanie ludzkim umysłem, te wszystkie fale, eksperymenty, supernowoczesne urządzenia i nieznane substancje, jakimi posługują się tajne służby, to właśnie domena spiskowych teorii. Pożywka dla  ludzi niezrównoważonych, zagubionych w swoim życiu, którzy próbują sobie wytłumaczyć złożoność świata, to, co ich przerasta i przeraża. Przynajmniej tak dotychczas myślałem. Wiele z tych teorii brzmi absurdalnie. Czy to nie śmieszne, że  inteligentni, wykształceni ludzie zajmują się takimi rzeczami? Jest wielu takich, którzy dają im wiarę. To oczywiście żaden argument. Jestem jednak przekonany, że niektóre z przykładów każą się zastanowić chociażby nad tym, czy wszystkie myśli w naszych głowach są na pewno nasze. Jeśli odsiać słabiej udokumentowane zarzuty, zostają takie, których obalenie staje się prawdziwym problemem. A to już intelektualne wyzwanie.
– Właśnie, pora spać. Pożegnam się.
Mężczyźni podali sobie dłonie.
– To był długi dzień, dobrej nocy – powiedział kardynał.
– Noc właśnie się skończyła, Eminencjo –  uśmiechnął się nieznajomy wychodząc.

sobota, 9 maja 2015

[infografika] Walka z GMO trwa, zobacz kilka interesujących informacji na ten temat

Tematyka GMO była już wielokrotnie omawiana na blogu "Kod Władzy", większośc dotychczasowych artykułów wskazywała główne zagrożenia jakie niesie ze sobą genetycznie modyfikowana żywność. Dziś kilka infografik w sposób przystępny prezentujące fakty na ten temat.
Jak radzą sobie przeciwnicy GMO?


Kto najwięcej wydaje na lobbying na rzecz GMO?

Najczęściej modyfikowane rośliny

Żywność modyfikowana genetycznie vs żywność organiczna


Tematyka GMO była już wielokrotnie omawiana na blogu "Kod Władzy", większośc dotychczasowych artykułów wskazywała główne zagrożenia jakie niesie ze sobą genetycznie modyfikowana żywność. Dziś kilka infografik w sposób przystępny prezentujące fakty na ten temat.

piątek, 8 maja 2015

Kanada: Wolność oddana w zamian za bezpieczeństwo

Niższa izba kanadyjskiego parlamentu przegłosowała ustawę na mocy której służby wywiadowcze będą w stanie w znacznie większym zakresie śledzić poczynania swoich obywateli.



W dniu wczorajszym kanadyjska Izba Gmin (House of Commons) przegłosowała ustawę znacznie poszerzającą zakres kompetencji tamtejszego wywiadu. Na mocy specjalnej ustawy antyterrorystycznej kanadyjskie służby będą mogły działać poza granicami kraju, dokonywać prewencyjnych aresztowań a także karać za promocję terroryzmu. Jak przyznał minister obrony Jason Kenney: "istnieje wysokie ryzyko ataku dżihadystów z wewnątrz kraju, nigdy do tej pory nie byliśmy tak bardzo zagrożeni atakiem terrorystycznym".

Ustawa C-51 wywołała duże niezadowolenie wśród kanadyjskich obywateli, którzy uważają, że została ona przeprowadzona za szybko i bez odpowiednich konsultacji, ponadto znacząco obniży ono stopień wolności słowa i będzie naruszać sferę prywatną w kraju. Kanadyjczycy zainicjowali akcję #StopC51, zapowiadają też, że jeśli ustawa zostanie zatwierdzona przez Senat, stanie się ona kluczowym czynnikiem wpływającym na przyszłe wybory parlamentarne. Przedstawiciele protestującychpodkreslają, że sama ustawa jest "najeżona mętnymi terminami , które sprawiają, że rząd będzie w stanie definiować praktycznie wszystko co się mu sprzeciwia jako szkodliwe dla Kanady i jej narodowych interesów".

Wprowadzenie ustawy C-51 ma swoje korzenie w ataku jaki w październiku 2014 roku dokonano w Ottawie kiedy to uzbrojony zamachowiec (inspirujący się rzekomo działalnością państwa islamskiego) zastrzelił
żołnierza przed National War Memorial a następnie zaatakował pobliskie budynki parlamentu. Dwa dni wcześniej inny zamachowiec w Quebecu zaatakował dwóch żółnierzy siedzących w zaparkowanym samochodzie, jednego z nich zastrzelił a drugiego ranił.




środa, 6 maja 2015

Dlaczego autyzm nie wystepuje wśród Amiszy?

Wśród badanych członków wspólnoty amiszów znaleziono niezwykle małą ilość dzieci ze zdiagnozowanym autyzmem. Czy może być to dowód na związek tej choroby ze szczepionkami?
 
 
 
Protestancka wspólnota amiszy znana jest ze swoich restrykcyjnych zasad, nie tylko religijnych, ale też odrzucenia współczesności, zarówno w jej aspekcie technologicznym jak i instytucjonalnym. Z tego tez powodu amisze często popadali w konflikt z władzami państwowymi, szczególnie amerykańskimi, gdzie żyje ich najwięcej. Członkowie wspólnoty sprzeciwiali się między innymi poborowi do wojska (są pacyfistami), obowiązkowym ubezpieczeniom społecznym, a także szczepieniom.

Brak szczepień skutkował w przeszłości konfliktami z rządem a także epidemiami, np. polio. Z drugiej jednak strony izolacja amiszów od praktyk powszechnie stosowanych przez Amerykanów pozwala na przestudiowanie skutków dzisiejszego stylu życia i technologii na nasze zdrowie.

Ciekawe obserwacje mozna w przypadku amiszy poczynić badając związek pomiędzy szczepionkami a występowaniem autyzmu. Grupa dziennikarzy wybrała się w związku z tym do Pensylwanii, gdzie żyje najwięcej członków tej grupy religijnej. Okazało się, że wśród licznej grupy żyjących tam dzieci tylko troje miało objawy autyzmu: pochodząca z Chin dziewczynka, którą adoptowała rodzina amiszy, dziecko, które było zaszczepione i trzecie, u którego nie udało się ustalić co było przyczyną choroby. Proporcjonalnie wśród dzieci powinno być ok. 200 zachorowań, skąd więc ta niezwykła dysproporcja?

Korelacja między odrzuceniem szczepionek wszelkiej maści (w większości) przez amiszy rzuca nowe światło na problem ich związku z autyzmem, trudno wobec tego problemu przejść obojętnie.


źródło
 
 

Traveling to the heart of Pennsylvania Dutch country in search of autistic Amish children, the reporter, based on national statistics, should have found as many as 200 children with autism in the community — instead, he found only three, the oldest age 9 or 10:
The first autistic Amish child was a girl who had been brought over from China, adopted by one family only to be given up after becoming overwhelmed by her autism, and then re-adopted by an Amish Mennonite family. (China, India and Indonesia are among countries moving fast to mass-vaccination programs.)
The second autistic Amish child definitely had received a vaccination and developed autism shortly thereafter.
The reporter was unable to determine the vaccination status of the third child.
- See more at: http://yournewswire.com/why-dont-amish-children-get-autism/#sthash.HwnV6vrd.dpuf

wtorek, 5 maja 2015

Wenezuela: rząd przejmie kontrolę nad dystrybucją żywności

 Wenezuela nadal nie radzi sobie z kryzysem gospodarczym. Uzależnione od eksportu ropy państwo musi borykać się z brakami podstawowych produktów, dlatego też obecny prezydent tego kraju zapowiedział, że przejmie kontrolę również nad ich dystrybucją.

fot. order-order

 
Prezydent kraju, Nicolas Maduro zapowiedział, że juz wkrótce państwo przejmie na siebie obowiązek dystrybucji żywności, podniesie również płace o 30%. Data deklaracji nie jest przypadkowa, miała ona miejsce w piątek, 1 maja.


Trudno dotrzeć do oficjalnych danych statystycznych dotyczących sytuacji w Wenezueli, niektórzy analitycy podejrzewają, że już teraz blisko połowa żywności w kraju jest pod kontrolą rządu.

Wenezuela od dłuższego czasu zmaga się z rosnącym kryzysem gospodarczym, inflacja wciąż rośnie, w zeszłym roku wyniosła ona 68.5% brakuje często podstawowych produktów, takich jak chleb czy papier toaletowy.  Na sytuację kraju ma wpływ między innymi jego uzależnienie od eksportu ropy naftowego, która za czasów rządów Hugo Chaveza osiągała znaczącą wartość a co za tym idzie pozwalała finansować wiele rządowych przedsięwzięć. Przy spadających cenach za baryłkę Wenezuela stała się jednym z pierwszych państw, które szczególnie na tym ucierpiały.

O pomysłach na walkę z kryzysem pisaliśmy już na blogu "Kod Władzy" wielokrotnie, władze w Caracas proponowały już między innymi by podczas zakupów tak podstawowych produktów jak chleb skanowano linie papilarne kupującego, dzięki czemu powstrzymałoby się rosnącą falę spekulacji. Sami obywatele również próbują sobie radzić, pojawił się na przykład pomysł by zamiast słabnącej lokalnej waluty zacząć wykorzystywać kryptowaluty.



poniedziałek, 4 maja 2015

Fragment powieści "Tajemnica 14 Bramy": Rozdział 22 Zamek Hochosterwitz. Austria



Marc siedział na łóżku. Zastanawiał się, co ma robić. Był zdenerwowany. Stracił poczucie czasu. Nie wiedział, jak długo był nieprzytomny. Dzień? Kilka godzin? Najbardziej irytowała go strata telefonu komórkowego. Nie wiedział, czy mu go odebrano, czy może wypadł mu, podczas upadku. Nie sprawdził będąc na dziedzińcu, czy gdzieś nie leży. Martwił go przede wszystkim brak kontaktu z Monik. Niepokoił się o nią ogromnie. Zdobycze cywilizacji pozwalały na poczucie ciągłej obecności drugiej, ukochanej osoby. Wystarczyło wybrać odpowiedni numer. Teraz został sam. Nie wiedział, co się dzieje z Monik. Poczuł się bezradny. Czas mijał. Zastanawiał się, co ma zrobić, do kogo się zwrócić będąc na zamku. Do jego dyrektora? Spróbować wydostać się stąd? Pójść na policję? Co im powie? Musi odzyskać telefon komórkowy. Poderwał się z łóżka. Podszedł do drzwi. Otworzył je. Znalazł się na korytarzu. Panowały tu mrok i cisza, która w murach starego zamku była bardziej dotkliwa. Wyszedł na dziedziniec. Ten był bardziej oświetlony. Podszedł jeszcze raz do miejsca, w którym upadł. Schylił się, starając się dostrzec telefon. Szukał go centymetr po centymetrze. Nie znalazł. Trochę zrezygnowany rozpoczął przeszukiwanie graniczącego z żwirem trawnika. Musiał uklęknąć. Rozbolały go mięśnie nóg. Posuwał się powoli. Telefonu nigdzie nie było. Wstał. Rozejrzał się dookoła. Pomyślał, by przejść jeszcze drogę do drzwi, z których wyszedł po tym, jak obudził się, leżąc na łóżku w nieznanej komnacie.
„Może wypadł mi, gdy mnie nieśli” – pomyślał. Szedł powoli, wpatrując się w ścieżkę wytyczoną kolorowym kamieniem. Nie tracił nadziei. Mimowolnie spoglądał w kierunku czternastej bramy. Widział, że nie uległ złudzeniu. Był pewny, że widział ludzi pędzonych w jej kierunku. Był pewny, że wśród nich dostrzegł człowieka, który w tajemniczych okolicznościach zniknął na zamku Czocha w Polsce. Był o tym przekonany. Skupił się ponownie na poszukiwaniu telefonu.
– Boże, pomóż mi – wyszeptał.
Nie był wzorem człowieka religijnego. Ale w tej sytuacji zachował się jak większość tych, którzy wierzą, ale szukają Boga jedynie wówczas, gdy tracą nadzieję na inną pomoc. Nagle dostrzegł blask metalu wśród wystających kamieni. Podszedł tam szybko. Schylił się. Tak. To był jego telefon. „Pewnie wypadł mi, jak mnie niesiono” – pomyślał. Cieszył się. Spojrzał na wyświetlacz. Był pełen sygnał i dwie kreski informujące o stopniu naładowania baterii. „Muszę zadzwonić do Monik” – pomyślał. Rozejrzał się ponownie. – „Ale nie tu. Muszę wrócić do komnaty”. Zawrócił. Prawie biegł. Na schodach przeskakiwał po dwa stopnie. Znalazł się w komnacie i zatrzasnął drzwi, zamykając je wystającym z zamka dużym, starym kluczem. Podszedł do okna. Znalazł telefon Monik w spisie. Nacisnął przycisk.
Czekał.
– Abonent jest poza zasięgiem sieci lub ma wyłączony aparat. – Usłyszał najgorszą z możliwych odpowiedzi. Pomyślał chwilę. – „Muszę zadzwonić do jej rodziców”. Już miał to zrobić, kiedy spojrzał na wyświetlony na telefonie zegar. Była druga trzydzieści. Zrezygnował z połączenia.
„I tak nikt nie odbierze...” – pomyślał.
Osunął się na fotel. Zastanawiał się. – Nic już dzisiaj nie załatwię. Za wcześnie na interwencję policji – myślał. – Muszę zasnąć na chwilę. Muszę zasnąć... Rozebrał się. Nie wkładał piżamy. Nie mył się. Położył się na łóżku. Wsparł głowę o drewniane oparcie i zamknął oczy. Starał się zasnąć.
– Może nowy dzień przyniesie lepsze wieści – pocieszył się.
– Muszę znaleźć Monik. Muszę ją odzyskać...
Emocje ustąpiły zmęczeniu. Zasnął.

sobota, 2 maja 2015

Stanisław Burzyński - czy istnieje lekarstwo na raka?

Rak jest rzekomo nieuleczalny, jakiekolwiek wyleczenie z tej choroby ma być praktycznie niemożliwe - tak brzmi oficjalna wykładnia. Poza jednak głównym przekazem mediów i koncernów farmaceutycznych istnieją także osoby jak Stanisław Burzyński.






piątek, 1 maja 2015

Skażenie radioaktywne: w okolicach Czarnobyla drzewa nie ulegają rozkładowi

Skutki wybuchu w elektrowni atomowej w Czarnobylu są odczuwane do dzisiaj, chociaż ludzie już tam praktycznie nie mieszkają to rośliny i zwierzęta wciąż żyją na tamtym obszarze. Niektóre gatunki praktycznie już się tam jednak nie pojawiają, inne występują w nadmiarze. Mało co jednak ulega tam gniciu.

tzw. Czerwony Las, jeden z najbardziej skażonych obszarów


W przyszłym roku minie 30 lat od tragedii w Czarnobylu, kiedy to w wyniku awarii reaktora atomowego doszło do wybuchu i powstania ogromnej, radioaktywnej chmury, która przeszła nad znaczną częścią Europy. Wskutek katastrofy pobliskie miasto Prypeć oraz okoliczne wsie praktycznie zupełnie się wyludniły a na napromieniowany teren zaczęła powoli wkraczać przyroda.

To właśnie zwierzęta i rośliny, które żyją w strefie skażenia stanowią doskonały obiekt badawczy dla naukowców chcących dowiedzieć się jaki realnie wpływ ma napromieniowanie na żywe organizmy. Do tej pory zaobserwowano między innymi, że żyjące tam populacje ptaków mają ok.5% mniejsze mózgi niż osobniki tego samego gatunku, które można spotkać gdzie indziej. Ponadto, znikły niektóre gatunki owadów, takich jak choćby cykady, z kolei znacznie więcej znaleźć tam można pająków (podobne obserwacje poczyniono w Fukushimie).

Co szczególnie interesujące to fakt, że większość małych ssaków, gadów i płazów unika miejsc gdzie skażenie jest najwyższe żyjąc głównie w czystszych rejonach strefy, naukowcy zwracają też uwage, że niektóre gatunki wytworzyły już teraz mechanizmy lepszego radzenia z promieniowaniem niż inne.


A co ze światem roślin? Tutaj mamy do czynienia z jeszcze bardziej zaskakującą obserwacją. Jak podaje bowiem portal iflscience.com w okolicach umarłe drzewa...nie ulegają rozkładowi nawet po tylu latach. Liście, gałęzie i pnie drzew, wszystko to pozostaje nienaruszone i praktycznie nie podlegają gniciu. Podczas przeprowadzonego kilka lat temu eksperymentu stwierdzono, że znacznie wolniejszy rozkład może byc wywołany znacznym spadkiem ilości żyjącym w tamtejszych lasach grzybów i mikrobów, które w naturalnych warunkach szybko dokonałyby dekompozycji liści i innych odpadów organicznych. W efekcie do gleby trafia mniej związków mineralnych i drzewa w okolicach Czarnobyla rosną znacznie wolniej niż gdzie indziej.

- See more at: http://pomocnicy.blogspot.com/2013/04/jak-dodac-informacje-o-ciasteczkach-do.html#sthash.uAMCuvtT.dpuf